Podróżowanie po ekranie
Kraków/1-4.12.2016

Relacja z 17. Festiwalu Filmu Niemego

Hasłem przewodnim tegorocznego festiwalu zostały właśnie “Podróże” – i tak z krakowskiego Kina Pod Baranami wywędrowaliśmy w różne części świata, od polskieo morza aż po planetę Mars.

Rozpoczęliśmy w czwartek, 1 grudnia od wyprawy do Kanady, gdzie odwiedziliśmy Indian Kwakwala. Pokazał ich Edward S. Cutis, fotograf, w filmie “In the Land of the Head Hunters”, fikcji o walorach dokumentalnych. Fabuła – pełen dramat, młody Motana kocha kobietę obiecaną innemu, który na dodatek ma wyjątkowo mściwego brata. Ale to nie miłosne perypetie przykuwają i zasługują na uwagę – ale samo otoczenie, to, jak Indianie się ubierają, w jakich wspaniałych, rzeźbionych drewnianych domach mieszkają. I najbardziej spektakularne – ich tańce w przebraniach dzikich zwierząt. Wszystko to okraszone dźwiękami gitary Urszuli Stosio i skrzypiec Marcina Pokorskiego. To były dwa wiodące instrumenty, ale oprócz nich znalazło się sporo innych dźwięków, od perkusyjnych hałasów do transowych rytmów sampli. Na początku gitara brzmiała trochę jak z krakowskiego rynku, lecz szczęśliwie szybko muzycy przeszli do o wiele ciekawszych dźwięków. Muzyka podążała za obrazem, ale nie ściśle, poza momentami, gdy pojawiała się także w świecie przedstawionym – wtedy duet starał się dopasować rytm do tego wybijanego przez ekranowych Indian, ale nie oznacza to, że słyszeliśmy historycznie adekwatne dźwięki. I dobrze, bo jednym z obrazów, jakie żywo zapamiętam z tej edycji festiwalu będą Kwakwala tańczący do techno.

Miłość w dwóch wariantach

W piątek polecieliśmy na Marsa – była to podróż tyleż widowiskowa, co rozczarowująca. Uroczy podniebny stateczek (czy raczej samolocik) plątał się bowiem po niesamowicie naiwnej fabule. Może gdyby nie znać klasyki kina niemego można by pomyśleć, że taka bajeczka jest jakimś osiągnięciem tamtej ery. Oto po wielu miesiącach kosmicznej żeglugi duńska załoga dociera do Marsa, świata idealnego, gdzie kobiety tańczą z czystości, a zabici ożywają po okazaniu skruchy przez zabójców. Tak jest pięknie, że nawet czarny charakter się nawraca (drugi, który został na Ziemi, wiadomo, ginie). Seans szczęśliwie uprzyjemniła muzyka Helatone Trio, również zręcznie podążająca za emocjami z ekranu – bez rozczarowań i bez zaskoczeń.

Po miłości spełnionej, rzekłabym w rozbłysku tęczy, gdyby nie to, że film był, jak to w kinie niemym, czarno-biały, pojawiła się wizja o wiele mroczniejsza. Ernst Lubitsch i typowy Emil Jannings – czyli epicki rozmach z wybitnym aktorem początku wieku w charakterystycznej dla siebie roli wiecznie cierpiącego (nie tylko) miłosne niedole. Motorem napędowym akcji, podobnie jak w filmie czwartkowym, była kobieta o helleńskich właściwościach, tu akurat dodatkowo znamiennie Greczynka. Odkąd pojawia się w historii – nieszczęść jest więcej niż melancholii w muzyce Immortal Onion. A tej było sporo. Opowieść, która dla nikogo dobrze się nie kończy, została pięknie opleciona lekko post-rockową, meandrującą muzyką młodego zespołu.

Morskie opowieści

Trzeciego dnia zaczęło się spokojnie – dopiero po 21:00 wypłynęliśmy. Na początek “Niepożądana” Mihlay’ego Kertesza (potem w Hollywood został Michaelem Curtizem). Ponownie film o nieco naiwnej fabule, też w całkiem ciekawej scenografii. Węgirska wieś i węgierskie miasteczko, stroje ludowe, stare wnętrza. W środku oczywiście dramaty: bohaterka najpierw dowiaduje się, że jej ojciec nie jest jej ojcem, potem zostaje oskarżona o kradzież, a na końcu traci dopiero co odzyskaną matkę. Do tego bezlitośnie przerysowane nieme aktorstwo i możecie zobrazować sobie skalę tragedii. Całość muzycznie wzbogacił stały gość festiwalu, grupa Semi-Invented Trio na klawiszach, skrzypcach i perkusji. Tutaj również ścieżka dźwiękowa nie zapadła w pamięć niczym szczególnym, układnie wiodąc widza po liniach fabularnych. Skrzypce były tak zgrabnie dopasowane, że miało się momentami wrażenie, jakby ich dźwięk płynął z instrumentu na ekranie, choć o złudzeniu przypominał rozdźwięk stylistyczny. Który zresztą przykuwał uwagę do połączenia film + muzyka.

Na morze wyruszyliśmy w doborowym towarzystwie Douglasa Fairbanksa w uroczym czarnym wdzianku, z czarującym uśmieszkiem pod wąsikami i Billie Dove omdlewającej pod wpływem jego wdzięku. “Czarny pirat” z 1926 to widowisko w technicolorze, z fabułą może nie najmądrzejszą, ale bardzo zgrabnie opowiedzianą. Barwne drugoplanowe postaci z pewnością odcisnęły się w niejednej twórczej wyobraźni. Do tego muzyka duetu Tropy, czyli znowuż połączenie rockowej podstawy z elektronicznymi udziwnieniami. Soundtrack powstał z tego bardzo intensywny, odpowiadający przepychem technicolorowi.

“Zew morza” zawezwał tylko nielicznych, a szkoda, bo piękny, odrestaurowany film Henryka Szaro zasługuje na poświęcenie mu tych ponad dwóch godzin z życia kinomana. Wiadomo, to wszystko można by opowiedzieć w bardziej zwartej formie, ale wybacza się twórcom ich typowe dla kina niemego rozpasanie – opowieść jest zgrabna, a szczegóły dopracowane. Od interpretacji tytułowej książki w oczach głównego bohatera, Stacha, czyli pięknego teatrzyku z królewną i dzielnym królewiczem, aż po stachowe perypetie miłosne, choć dosyć proste, to jednak o wiele bardziej bliskie i przekonujące niż choćby fatalne faraonowe zauroczenie. Muzyka Krzesimira Dębskiego nie do końca mnie usatysfakcjonowała – dosyć nachalna i też wiodąca prosto po filmowych emocjach, z przeplatanymi motywami, co było eleganckim, acz przewidywalnym ukłonem w stronę tradycyjnych ścieżek z kina niemego.

Czas w drogę

Ostatniego dnia najpierw obejrzeliśmy filmy ojca chorwackiego kina autorskiego – Oktavijana Miletica. Poźne kino nieme, bo w latach 1932-37 mieliśmy już przecież piwersze talkies; do tego fabularnie dosyć naiwne i momentami wyglądające na wprawki studenckie. Ale od czegoś to kino autorskie w Chorwacji trzeba było zacząć, nieprawdaż? I był to początek całkiem uroczy, nie do końca banalny, momentami liryczny (dokumentalne ujęcia znad Adriatyku) momentami prześmiewczy (faustowski sen, w którym bohater dzwoni do centrali piekła i łączy się z oddziałem odmładzania). A po jego różnorodnych obliczach oprowadzała nas muzyka kolektywu Lód9, agresywnie elektroniczna, przeplatana modyfikowanymi dźwiękami skrzypiec i czystym brzmieniem waltorni.

Wszystko pięknie, ale w tym roku jakoś mi się te ścieżki dźwiękowe zlewały – nikt nie pokusił się o granie sprzecznością, o szczególne dysonanse, czy wręcz pozorne ignorowanie tego, co się dzieje na ekranie, które sprawiło, że do dziś z drżeniem wspominam “Great White Silence” (grał Pleq – szczegóły tu: http://www.uwolnijmuzyke.pl/nostalgia-smutek-i-snieg). Kilka ciekawszych momentów wśród poprawnych tras prowadzących widza za rękę pośród filmowych uniesień. I to, co ujednolicało najmocniej – instrumentarium. Paradoks – bo mieliśmy w repertuarze zespoły przecież bardzo różne, a jednak finalnie całość sprowadzała się do perkusji, gitar, skrzypiec, podlanych różnego rodzaju elektronicznym sosem.

Z tego lekkiego marazmu szczęśliwie wyrwał się Kixnare – pojawiła się “Droga do Ernoa”, prosty, i tą prostotą piękny film Louisa Delluca. To znów opowieść o miłości, nietrafionej, przegapionej, o dokonywaniu wyborów i wyruszaniu w podróż, która niekoniecznie musi się odbyć. I dużo pięknego światła, czego film i reżyser słyną. Kixnare słnie z elektronicznych dźwięków i takimi właśnie uraczył publiczność Kina pod Baranami, snując delikatne niczym blask słońca dźwięki. Były momenty brzmień intensywnych, były głosy wysamplowane z innych opowieści, wprowadzające interesujący kontrast, wplatające się w materię obrazu z pomocą w budowaniu znaczeń. To na pewno nie najbardziej spektakularny, ale moim zdaniem najbardziej udany akompaniament 17. edycji Festiwalu.

I wisienka na torcie – doskonały “Generał” z genialnym Busterem Keatonem. Film, który zachwyca humorem i efektami. A do bitwy zagrzewała muzyka zespołu Baaba, nie wyłamująca się z ogólnej tendencji, czyli instrumentarium rockowe + elektronika. I również nie wyłamująca się z porządnego, wciągającego wykonania – wyróżniającym zabiegiem było wprowadzanie momentów ciszy w przełomowych momentach. Takie krótkie przerwy bardzo fajnie pozwalały nie tylko skupić się na historii, ale też przypomnieć sobie o tym, skąd słychać ścieżkę dźwiękową.

Z podróży wyniosłam bagaż ciekawych doświadczeń, choć muzycznie marzyłoby mi się trochę większe zróżnicowanie wykonawców. Niemniej kolejny Festiwal Filmu Niemego fantastycznie umilił mi grudzień, i jeśli będziecie o tej porze w Krakowie, to gorąco polecam uczestniczenie w kolejnej edycji.

Katarzyna Borowiec




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.