20.03.2015 10:00

Autor: Kuba

Pink Freud w Starym Klasztorze

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy:


Pink Freud w Starym Klasztorze
Wrocław/19.03.2015

Kasza i seks.

Do Pink Freud mam sentyment, bo dzięki postaci Wojtka Mazolewskiego chciałem cofać się w czasie i odkrywać historię polskiego yassu. Ale i dlatego, że po “Monster of Jazz” otworzyli we mnie małego improwizatora, więc chętnie wybieram się na ich koncerty, jeśli są tylko w okolicy. Tym razem wypadło na mury Starego Klasztoru, gdzie w Sali Gotyckiej miały panoszyć się dźwięki jazzowego monstrum.

Na pierwszy ogień wyszedł jednak support. Lokalna formacja Issel powstała w zeszłym roku i niestety  to słychać. Muzycznie panoszyli się w okolicach cięższych odmian rocka, próbując co nieco z zagrywek nowej fali metalu. Wszystko okraszone głosem Uli Issel, która, miałem wrażenie, chciała zrobić show, choć nie do końca jej wychodziło. Kilka momentów miało swój urok, ale jedynie pod względem instrumentalnym. Co prawda, nie zawsze też dało się wyłapać, ponieważ gitary brzmiały strasznie charcząco i poza “siarą” nie za wiele było cokolwiek słychać. Nie chcę podcinać nikomu skrzydeł, bo nie takie jest moje zadanie. Po prostu dawno wyrosłem z takiego grania, a metalowy zespół z małym doświadczeniem przed jazzową hybrydą nie był udanym pomysłem już od samego początku. Niemniej jednak, życzę lepszego materiału, więcej swobody na scenie i doświadczenia, które potem może zaprocentuje.

Po sprawnej przepince niedługo mogliśmy już cieszyć się w pełni muzycznym smakołykiem w postaci kwartetu. Mazolewski po długim wstępie, gdzie przedstawił grzecznie wszystkich muzyków, zaprosił nas powoli w świat Pink Freud. Od “Canonu” Charlesa Mingusa, grupa konsekwentnie rozkręcała publiczność (niestety nie tak liczną, jak sądziłem) zebraną w Starym Klasztorze. Następnie medley “Come As You Are”/”Punk Freud”/”Anioły i Demony” zrobił robotę. Kupiłem ich wtedy w całości. Szczególnie, że pokazali się z ludzkiej, radosnej strony. Chociażby podczas “Bourbon” zespół usilnie prosił o whiskey, którą w końcu dostali i z uśmiechem na ustach wypili. Albo moment, gdy Mazolewski zszedł ze sceny w stronę publiczności, budząc konsternację widzów. Okazało się, że… po prostu zapomniał efektu gitarowego i popędził po niego, sprawnie podłączając go na scenie.

Muzycznie fenomenalni, bez zarzutu. Z polotem, werwą i kunsztem, którego mogłoby zażyczyć sobie wielu instrumentalistów, nie tylko tych w naszym kraju. Podróże między jazzem, punkiem czy elektroniką były sprawne i co najważniejsze, znakomicie wyegzekwowane. Aż mi głupio pisać w samych superlatywach, ale ciężko tego nie robić, kiedy wychodzi się z bananem na ustach. “Diamond Way”, “G-Spot” czy finałowe “Flying Dolphy” pokazały, że w jazzie chodzi o emocje. W Pink Freud chodzi o radość, czystą nieposkromioną radość, która najwyraźniej udzieliła się wrocławskiej publiczności, która wywołała zespół na bis, podczas których wykonali “Pink Hot Loaded Guns” i “Horse And Power”. Ale było nam wciąż mało, więc oszołomieni muzycy wyskoczyli ponownie na scenę, by zagrać utwór, który wymyślili w dniu koncertu. Wspólnie zatytułowany z publicznością jako “Kasza i seks” był dowodem na to, że Pink Freud to także kapela grająca świetne rzeczy totalnie z kapelusza. Impromptu Freud.

Koncerty takie, jak te, przypominają tylko o tym, że polskie podwórko to masa uzdolnionych kolesi, która potrafi za pomocą kilku dźwięków roznieść koncertowe sale. Trzeba tylko im dać szansę. Pink Freud wykorzystuje ją w stu procentach. A ja wracam do nucenia “G-Spot”.

Kuba Serafin
fot. Adam Rajczyba




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.