01.04.2014 08:42

Autor: Michał Stępniak

Pharrell Williams – “G I R L”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje, Rozkręcamy

Wykonawcy:


Pharrell Williams - “G I R L”
Columbia/2014

Bezbronny romantyk?

Pharrell Williams przez osiem lat od wydania poprzedniej solowej płyty sprawiał wrażenie osoby, która nie do końca wie, jak zachować się na rynku muzycznym. Im więcej czasu upływało, tym coraz częściej można było podejrzewać, że artysta znalazł sobie cichy kącik, a rola producenta całkowicie mu wystarcza. Ubiegły rok to jednak prawdziwa reanimacja. Trzy utwory, w których odgrywał rolę gościa (“Get Lucky”, “Blurred Lines”) czy grał pierwszoplanową rolę (“Happy”) sprawiły, że odzyskał splendor i sławę czy nawet miano ogólnoświatowego dobra. Dla artysty powrót z solowym albumem w takim momencie był wykorzystaniem idealnych warunków, ale i wiązał się z gigantycznym ryzykiem. Spaść ze szczytu jest bowiem niezwykle łatwo.

“G I R L” miało być, wedle słów Williamsa, dziełem, do którego dążył przez kilkadziesiąt lat swojej  kariery. Te wielkie słowa wydają się jednak zupełnie niepotrzebne. Płyta z pewnością nie zapisze się bowiem wielkimi literami w historii muzyki i mimo jej uroku chciałoby się od Pharrella Williamsa otrzymać coś więcej. Z pewnością na to go bowiem stać. Tak nie może brzmieć jego opus magnum.

Dostaliśmy album, jakiego w sumie można było się spodziewać. Dziesięć piosenek, których podstawowym celem jest wywołanie uśmiechu, zaproszenie do tańca i zapewnienie dobrej zabawy (let’s all dance and elevate each other). “G I R L” to pop soul z lat 70. i 80. w pigułce. Czasami gdzieś w tle majaczy element z innej bajki (gitary w stylu tych z “Get Lucky”), ale poza klimaty retro podróż generalnie nie wychodzi. Williams bawi się  tanecznym funkiem (“Hunter”) czy nawet reggae (“Know Who You Are”). Usłyszeć można również nieco Michaela Jacksona (“Brand New”) czy nawet coś, co Pharrell już proponował z Chadem Hugo w The Neptunes (“Gush”). Ani przez moment nie ma jednak wątpliwości, czyja to jest płyta. Warto zauważyć, iż Williams nie jest samolubem i do zabawy dopuścił innych. Utwory nagrane z Justinem Timberlakiem i Alicią Keys można traktować w kategorii pełnoprawnych i udanych duetów, zaś pojawienie się Miley Cyrus to zdecydowanie najsłabszy moment “G I R L”. Są jeszcze panowie z Daft Punk, ale i oni psują nieco zabawę, koniecznie chcąc zaznaczyć swoją obecność auto-tune’m.

“G I R L” miało być w zamierzeniu hołdem oddanym płci pięknej i niejako zadośćuczynieniem za seksizm, o który oskarżano Pharrella przy okazji “Blurred Lines”. W zasadzie samo tłumaczenie z bezsensownych zarzutów wydaje się dość dziwacznym pomysłem, ale jeśli tak chciał postąpić Williams, to jego wola. Artysta w jednym z wywiadów mówił: Kobiety są motorem napędowym mojego życia i mojej kariery, podstawą mojej egzystencji. Na albumie otrzymujemy więc utwory o zakochiwaniu się, traceniu głowy. Williams pragnie uwodzić, ale i tak w pewnym momencie musiał się obudzić w nim “zwierzęcy instynkt” i nie mogło zabraknąć wersów takich jak: Make the pussy just gush.

Skoro mimo kilku wpadek wszystko wydaje się funkcjonować w miarę tak jak powinno, to czemu rezultatem jest pewne rozczarowanie? Oto bowiem ten doskonale wyprodukowany, ładnie zaśpiewany i zarażający radością pop to trochę za mało. Problemem już po kilku przesłuchaniach wydaje się fakt, iż drugiego takiego przeboju jak “Happy” tutaj nie doświadczymy. Williams jest też stanowczo za bardzo przewidywalny. Chciałoby się od niego czegoś więcej niż wesołej muzyki, która może być doskonałym tłem przy obieraniu ziemniaków czy zmywaniu naczyń. Czego więc zabrakło? Chyba błysku w miejsce rozmieniania się na drobne.

Wbrew słowom artysty liczę jednak, że dzieło życia jest ciągle przed nim. Do trzech razy sztuka? Jeden z internautów napisał: Mimo że kocham kobiety ponad życie, to Pharrella z łóżka bym nie wypuścił. E tam, obecnie Timberlake jest lepszy.

Michał Stępniak


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (12 głosów, średnio: 4,92 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.