Ostatki 2014

Przedstawiamy krótkie recenzje ubiegłorocznych albumów!

Przyszedł czas na ostateczne rozliczenie się z 2014 rokiem. Pokrótce zrecenzowaliśmy dla Was 69 ubiegłorocznych albumów, o których nie pisaliśmy, a powinniśmy. Wiele z nich to po prostu świetne płyty, o których nie sposób zapomnieć. Jest też część krążków, która nas rozczarowała. Znajdziecie tu mini-recenzje albumów hip-hopowych, rockowych, elektronicznych, singer-songwriterskich i innych, których nie sposób sklasyfikować.

…And You Will Know Us by the Trail of Dead – “IX”
Mówi się o nich, że są zespołem jednego krążka. Faktycznie, “Source Tags and Codes” to jak najbardziej ich opus magnum, ale nie zmienia to faktu, że od kilku lat sukcesywnie próbują swoich sił celem powrotu do formy. Już na “Lost Songs” zaoferowali kawał porządnej muzyki, która niestety została za bardzo pominięta swego czasu. Dziewiąty album grupy zatytułowany po prostu “IX” to kontynuacja stylu nadanego na poprzedniej płycie, gdzie w dużej mierze opierają się na trochę post-punkowej, trochę art rockowej aranżacji. Plotki o ich zakończeniu są grubo przesadzone.
Kuba Serafin

2sty – “Stej Flaj”
Można na tę płytę psioczyć, bo przecież “2sty kopiuje to, co dzieje się za Oceanem”, że nie jest “normalnym gościem”, ale nie można albumowi odmówić tego, że jest naprawdę dobrze wyprodukowany i jeśli chodzi o niuskul, to 2sty jest jednym z najlepszych raperów w tym kraju (i jako jedyny wie, jak odpowiednio używać autotune’a). Na sukces płyty składają się przede wszystkim świetne, nowoczesne beaty (odpowiadają za nie m.in. DJ Flip, SherlOck, Foux, BeJotKa i Bez Struktury). 2sty tekstami może nie zachwyca, ale swoim flow na pewno może imponować. “Stej Flaj” to kawał dobrej roboty.
Ewelina Malinowska

30daysofline – “Odczaruj” EP
Tyle słońca w całyyyym mieście, nie widziałeś tego jeszcze, popatrz, ooo popatrz! Zespół ze Świecia nagrał drugą EP-kę, która pokazuje, że Panowie dokładnie wiedzą, w którą stronę chcą podążać (w stronę słońca!). Ich muzyka przepełniona jest pozytywnymi brzmieniami gitar i wesołymi tekstami, które mimo infantylności, są po prostu prawdziwe. Na “Odczaruj” znajduje się 5 utworów, które oscylują gdzieś pomiędzy indie i math rockiem a wakacjami. Bo wszystko ma głębszy sens, gdy razem smakuje :)
Ewelina Malinowska

3moonboys – “Na tym zdjęciu wcale nie wyglądasz grubo”
Powrót Bydgoszczan w postaci ich najnowszego albumu to nie tylko wyzbycie się wizerunku post-rockowych smutasów, ale także tranzyt ze wszechobecnej angielszczyzny do naszego pięknego, polskiego języka. Jak sami mówią, są już mniej melodyczni i bardziej rytmiczni. Wystarczy posłuchać wstępu do “Misia”, by wiedzieć, że w tej kwestii bynajmniej nie żartują. Wciąż jednak potrafią zaskoczyć bogactwem brzmienia w swojej piosenkowej formie. Post-rock, elektronika, indie – wszystko łączy się w ciekawy tygiel, w którym za każdym razem jesteśmy w stanie odnaleźć coś nowego.
Kuba Serafin

Adult Jazz – “Gist Is”
Debiutancki album czterech Brytyjczyków nie należy do najłatwiejszych w odbiorze. Panowie za wszelką cenę chcieli swoje kompozycje komplikować, co tylko w niektórych przypadkach wyszło im na dobre. Często mamy zmiany rytmu, nieoczekiwane przejścia i jeszcze bardziej niespodziewane wejścia wokalu. Krążek nie każdemu przypadnie do gustu, ale jednak w pewien sposób zaciekawia. Utwory w większości są długie, co tylko rozbudza nasze oczekiwania i można zastanawiać się, co jeszcze kwartet wymyśli. A wymyśla sporo.
Ewelina Malinowska

Ana Tijoux – “Vengo”
Kobiecy rap po hiszpańsku? Brzmi wyśmienicie. Ach, gdyby więcej było tak świetnie zrobionej world music, która przeniesiona została na hip-hopowe podłoże. “Vengo” to czwarta płyta chilijskiej artystki, ale pierwsza aż tak świetnie zagrana. Cała paleta instrumentów, niemal całkowity brak typowych beatów, specyficzne, folkowe naleciałości i całe mnóstwo dobrych, rapowanych tekstów – kto by pomyślał, że takie połączenie jest w stanie stworzyć 37-letnia kobieta? Posłuchajcie genialnego “Somos Sur”, śpiewanego “Creo En Ti”, czy też absorbującego “Rio Abajo” i wielu innych, równie dobrych kawałków.
Ewelina Malinowska

Angel Olsen – “Burn Your Fire for No Witness”
Zaczynała od współpracy z Willem Oldhamem i dzieli z nim naleciałości folkowe oraz zawodzący wokal. Ten ostatni na drugiej płycie nieco mniej, czemu zdecydowanie należy przyklasnąć. Teraz Angel częściej delikatnie uwodzi szepcząc do ucha, jak w przepięknym “White Fire”. Jej najnowszy album to nawiedzony dom pełen poruszających historii – klasyczny duet, czyli miłość i strata, tańczą w towarzystwie lęków, niepokojów, pustki i zagubienia. Pachnie tu piosenkarkami country, ale wokalistka wychodzi na swoje, elegancko tonąc w brzęczeniu gitar. Potrafi zaczarować w dwie minuty, więc jeśli tylko nie boicie się mrocznego folku, czas zawrzeć z nią bliższą znajomość.
Katarzyna Borowiec

Azealia Banks – “Broke With Expensive Taste”
Azealia w końcu wydała debiutancką płytę, nad którą pracowała ponad 3 lata. Jakie są efekty? Naprawdę interesujące. Panna Banks nie siedzi bowiem tylko w rapie, a jej album to istny miszmasz stylistyczny, ale za to jaki ciekawy! “Broke With Expensive Taste” jest opisywana jako hip-house i etykietka ta doskonale oddaje to z czym mamy do czynienia. Taneczna płyta została okraszona mocnymi bitami, house’owym rytmem, UK garage’m, jest też sporo odniesień do punku, trapu i oczywiście r&b. Niezła mieszkanka, prawda? Warto było czekać.
Ewelina Malinowska

B.O.K. – “Labirynt Babel”
Dla bydgoskiej formacji momentem wybicia się do pierwszej ligi hip-hopu był solowy album Bisza. “Wilk chodnikowy” zapewnił muzykom potężną siłę przerobową w postaci legionów nowych fanów i bardzo dobrze, że grupa skrzętnie to wykorzystała. Użycie żywych instrumentów w hip-hopie ciągle budzi podziw u niektórych i mam wrażenie, że duże instrumentarium w B.O.K-u robi swoje (pcha ten syf). Ale nie zapominajmy, że to działająca sprawnie od kilku lat maszyna, która nie tylko tworzy dobrą muzykę, ale za sukcesem grupy kryje się postać Bisza – rapera-poety, który swoimi metaforami wypełnia kolejne szesnastki “Labiryntu Babel”. Może nie są tak pamiętliwe, jak niektóre wersy “Wilka Chodnikowego”, ale wciąż czuć autentyczność i pasję w jego przekazie, bo technicznie zarzutów brak. Jest to udane podejście i wierzę, że na żywo materiał broni się jeszcze lepiej niż na albumie.
Kuba Serafin

Babymetal – “Babymetal”
Tak, tak, wiem, śmiech na sali. Ale spójrzcie na to trzeźwym okiem – trzy dziewczyny śpiewające w rytm ciężkiego, metalowego brzmienia to tak wielkie kuriozum, że naprawdę trzeba się z tym osłuchać. Szczególnie, że muzycznie album stoi na bardzo wysokim poziomie sprawnie przeskakując między power metalowymi zagrywkami a black metalowymi blastami nie bojąc się odskoków w stronę popu czy reggae. Ale tylko na moment, bo wracają wtedy z podwójną siłą swoich ciężkich riffów. Do tego jest to świetnie wyprodukowane ? utwory są ciężkie, zgrzytliwe, a łamanie tego słodkimi głosami trzech japońskich dziewczynek to najświeższa rzecz, jaka działa się w metalu AD 2014(kawaii metal?). Na nowej płycie udzielają się muzycy Dragonforce znanego szerzej jako nintendo metal, więc ja już nie wiem, co się będzie działo.
Kuba Serafin

Bad for Lazarus – “Life’s a Carnival! Bang! Bang! Bang!”
Jeden z najbardziej promimentnych debiutów zeszłego roku, choć dowiedziałem się o nich… zaraz na początku 2015. A wielka szkoda, bo psychodeliczno-garażowe brzmienie, jakie serwuje grupa z Brighton to granie bez napinki i zbędnego szukania zrzynspiracji. Chociaż czasem słyszymy echo Thee Oh Sees, czasem stonerową zabawę spod znaku QOTSA, to i tak nie można odmówić grupie tego, że mają całkiem oryginalny pomysł na siebie i swoje brzmienie. Tylko pozazdrościć!
Kuba Serafin

Bad Light District – “Science of Dreams”
Powiem szczerze, że Bad Light District nigdy do końca mnie do siebie nie przekonali. Dopiero przy “Science of Dreams” mogę powiedzieć, że w końcu pokazali na co ich stać. Album funkcjonuje jako nierozerwalna całość, co może też potwierdzać fakt, iż ponad 40 minut muzyki to tylko 8 kompozycji. Wszystko jest ładnie porozciągane i naprawdę zajmujące, a gitary są szarpane momentami w taki sposób, że aż robi się błogo na sercu. Oby więcej takich albumów!
Ewelina Malinowska

Ben Khan – “1992″ EP
Czy 11 minut wystarczy, aby zainteresować? W przypadku Bena Khana – w zupełności. 4 utwory, które znalazły się na jego debiutanckiej EP-ce, to patchworkowa robota. Khan bawi się efektami, dużo w tym soulu i funku. Tych kilka minut muzyki Brytyjczyka po prostu buja! Czekam z niecierpliwością na cały album, bo zapowiada się bardzo interesująco.
Ewelina Malinowska

Black Atlass – “Young Bloods” EP
Jeśli macie ochotę na coś sensualnego, zakorzenionego w r&b, ale z odrobiną synth-popu – to coś dla Was. Alex Fleming swoim głosem czaruje. Nie sposób oderwać się od tych sześciu kawałków, które znalazły się na EP-ce. Posłuchajcie oszczędnego w środkach “Burning Man”, albo ociekającego seksem “Jewels”, a sami doświadczycie pewnego rozluźnienia. Black Atlass to bardzo obiecujący projekt.
Ewelina Malinowska

Bombay Bicycle Club – “So Long, See You Tomorrow”
Czwarta płyta zespołu z Wielkiej Brytanii to dowód na to, że nie trzeba tworzyć czegoś mocno abstrakcyjnego i wymyślnego, aby wkupić się w łaski fanów muzyki. Zarówno recenzenci, jak i słuchacze docenili “So Long, See You Tomorrow”, a wszystko przez to, że płyty słucha się od początku do końca z uśmiechem na ustach. Mimo tego, że album nie znalazł się w podsumowaniach końcoworocznych, to znalazł się w sercach i głośnikach i gościł (i będzie gościł) w nich bardzo długo. Tak samo było i u mnie. To jeden z tych krążków, który był przeze mnie najczęściej odtwarzany w 2014 roku.
Ewelina Malinowska

Caught a Ghost – “Human Nature”
Kiedy po raz pierwszy blisko 2 lata temu usłyszałam “Time Go”, zwyczajnie mnie “wzięło”. Bo jak może nie złapać za serducho soul w nowoczesnym wydaniu? Kocham dęciaki i wszelkie nowatorskie rozwiązania, kocham indie naleciałości i głębokie barwy głosu, kocham elektronikę. A to wszystko łączą Caught a Ghost na “Human Nature”. Nie obyło się jednak bez wpadek. Momentami zabrakło pomysłów (“Better”, “Human Nature”). Ale w ogólnym rozrachunku krążek przedstawia się naprawdę przyjemnie. Debiutancka płyta zespołu daje wiele powodów do radości.
Ewelina Malinowska

clipping. – “CLPPNG”
Sex, drugs & hip-hop. & glitch. & industrial. & violence. Po raz drugi trio prezentuje genialną miksturę, w której hałas dopełniają soczyste rymy. Dużo tu pysznych gier słownych, nawiązań do klasyki rapu (i nie tylko) oraz fantastycznych, szalonych obrazów. W “Body & Blood” mamy na przykład wizję krwiożerczej kobiety, która seks kończy w stylu modliszki, w “Dream” trzy narkotykowe widoki – z perspektywy miasta, oceanu i chmur. Jest tu pełnia hip-hopowych klisz, umiejętnie wykorzystywanych i ironicznie ogrywanych, jak w doskonałym teledysku do “Work Work”. Mnóstwo atrakcji dla miłośników dziwnych dźwięków, ale znajdzie się też kilka spokojniejszych numerów.
Katarzyna Borowiec

Closure in Moscow – “Pink Lemonade”
Australijska grupa stanowi dla mnie nie lada wyzwanie, żeby spróbować ją sklasyfikować. Z jednej strony starsze dokonania kierują się mocno w stronę amerykańskiego post-hardcore?u przemieszanego z delikatnością słonia w postaci Mars Volty, a na “Pink Lemonade” – właśnie, kolejna wolta. Ciągle co poniektórzy mogą mieć problem z liczeniem metrum utworów (najwyraźniej muzycy liczby 4 unikają jak ognia), ale to wszystko jest jakieś zgrabniejsze, ładniejsze. Koncept “Pink Lemonade” ma ewidentnie swoje plusy, bo album jest bardziej przyswajalny i gładki w swojej formie, a do tego udała im się sztuka bardzo trudna – ciągle unikają szufladek. Chociażby rozstrzał między “Happy Days” czy “The Church of the Technochrist” jest ogromny, a jednak album wciąż brzmi jak całość. Zazdroszczę wyobraźni i życzę powodzenia.
Kuba Serafin

Crosses – “Crosses”
Chino Moreno coraz częściej można usłyszeć poza macierzystym Deftones. Czy to Team Sleep, czy to Palms z muzykami ISIS. W zeszłym roku mogliśmy wreszcie usłyszeć debiutancki krążek Crosses. Oprócz kontrowersji o to, czy próbują grać witch house, usłyszeć można przede wszystkim dobrą muzykę. Lejące się niespiesznie kompozycje w zgrabny sposób łączą darktronicowe zagrywki z dream popowym klimatem. A nad wszystkim czuwa delikatny głos Moreno.
Kuba Serafin

CunninLynguists – “Strannge Journey Volume Three”
To płyta niezwykła – stworzona w procesie crowd-sourcingu. O co chodzi? Nie o proste sfinansowanie wydania albumu (crowd-funding), ale o to, że fani współpracowali z zespołem przy koncepcie całości. “Strange Journey” to cykl mixtapów, w odróżnieniu od regularnych albumów hip-hopowego tria. Fani zagłosowali, kto na trzecim albumie gościnnie zajmie się produkcją, o czym będą teksty, udzielali się podczas procesu twórczego, który zespół relacjonował w mediach społecznościowych. Efekt? To, czego można się spodziewać po Lingwistach – świetna płyta pełna błyskotliwych rymów, zgrabnych refrenów i świetnych podkładów.
Katarzyna Borowiec

Curly Heads – “Ruby Dress Skinny Dog”
Dawid Podsiadło jest chyba jednym z niewielu przedstawicieli obecnie żyjącej rasy “wygrał talent show i faktycznie na tym zarobił”. Ale nie będziemy mówić tu o jego solowym albumie. Cieszy to, że Podsiadło nie zapomniał, skąd się wywodzi i pociągnął za sobą swoją macierzystą kapelę Curly Heads. Szkoda tylko, że muzycznie album to wielki tygiel niepoukładanych kompozycji. Polskie Muse? Polskie Kings of Leon? Etykietki nic nie mówią. Ważne jest to, czego słuchamy. A mianowicie w większości przeciętnych utworów obleczonych nazwiskiem Podsiadły i jego zachrypniętego wokalu, który zna gros dystyngowanych pań po 40-tce. I tak jest zdecydowanie lepszy niż na jego solowej płycie.
Kuba Serafin

Coldplay – “Ghost Stories”
Proponuję odpowiedzieć następująco: KLIK. Ponoć kolejna płyta ma być ich ostatnią. Chłodzimy szampany.
Kuba Serafin

D’Angelo & the Vanguard – “Black Messiah”
Od wydania ostatniego albumu w życiu D’Angelo upłynęło 14 bardzo trudnych i wyboistych lat. Energia wszystkich pozytywnych i negatywnych wydarzeń w życiu muzyka znalazła swoje ujście w genialnym albumie “Black Messiah”. Ale D’Angelo nie poświęca zbyt dużo czasu własnym rozterkom. Chce być “czarnym mesjaszem”, mówić o problemach społeczno-politycznych, przekazywać prawdę, dawać nadzieję. I to właśnie robi.
Weronika Makowska

Echo Deal – “Totem” EP
Echo Deal to polski producent zajmujący się eksperymentami. Na EP-ce “Totem” pokazał krzyżówkę ambientu z żywymi instrumentami. Na płycie wspierają go Pablopavo (tekst), Olgierd Dokalski (trąbka), Zbigniew Chojnacki (akordeon), Jerzy Mazzoll (klarnet) i Jan Wierzbicki (bas). Całość brzmi bardzo imponująco i fascynuje już od początkowych dźwięków. Jest niespokojnie, mrocznie i bardzo klimatycznie. Najciekawsze w tym wszystkim jest chyba to, że informacje o płycie można odnaleźć w Hiphopedii. Czy to przez raperów, z którymi Echo Deal nagrał w 2012 roku “Urban Nocturnes”? Hip-hopowcy tym razem się rozczarują ;)
Ewelina Malinowska

Eldo – “Chi”
Te 45 minut z Eldoką na “Chi” to zdecydowanie za dużo. Album jest nieco miałki, nudny, aż bije prostotą. Beaty są wyważone, spokojne i nie zaskakują (odpowiada za nie Fawola); Kaźmierczak płynie po nich powoli, jego flow sunie się nieco ospale, ale teksty potrafią trafić w odpowiednie miejsce z sercu. Eldo ciągle umiejętnie posługuje się językiem polskim – jest stabilnie. Brakuje mi na tej płycie właściwie wszystkiego – mocnych, zapadających w pamięć podkładów, kontrowersyjnych tekstów, świetnych myśli Leszka, które później można wypisywać sobie w zeszycie jako ważne, życiowe sentencje. Siódma płyta rapera rozczarowuje, ale mam nadzieję, że doczekamy się od niego jeszcze kolejnego klasyka.
Ewelina Malinowska

Electric Wizard – “Time to Die”
Brytyjscy doomowcy nie dają sobie w kaszę dmuchać i powracają w glorii i chwale. Ósmy album w ich dorobku to udany powrót po tytuł, który należy im się bez pytania. Riffy złożone ze szlamu i niskich rejestrów pięknie rozlewają się po głośnikach. Wszechobecnie wysokie noty i przyrównanie do, bodajże, najważniejszego albumu grupy – “Dopethrone” świadczą o tym, że to nie tylko moja odosobniona ocena. Teraz tylko usłyszeć ich gdziekolwiek na żywo!
Kuba Serafin

Flirtini – “Heartbreaks & Promises” / “Heartbreaks & Promises 2″
Te dwie kompilacje świadczą tylko o jednym – polska scena producencka stoi na światowym poziomie. Flirtini, czyli Jedynak i Ment XXL podjęli się stworzenia przekrojowego materiału, gdzie motywem przewodnim są relacje damsko-męskie. Znaleźli się tu wszyscy najważniejsi producenci, którzy swoimi beatami wybiegają daleko w przyszłość. Na dwóch albumach jest ponad 3 godziny muzyki! W drugiej części “składanki” znalazło się też miejsce dla zagranicznych beatmakerów. To tylko potwierdza, jak wysoko zawieszona jest poprzeczka. Ukłony!
Ewelina Malinowska

Gallon Drunk – “The Soul of the Hour”
Nie wydaje mi się, żeby ktoś szczególnie wyczekiwał premiery nowego albumu Anglików. Szczególnie chyba w Polsce. Żadnych wzmianek dziennikarskich, nawet portale alternatywne ominęły krążek szerokim łukiem. A szkoda, bo na najświeższym longplayu Pijaków znajdziemy 7 świetnych utworów, które łączą hałas ze świetnymi melodiami. Nie ma to jednak nic wspólnego z shoegazem – nagraniom Gallonów przypisywano zwykle szyld punk bluesa, który i tym razem pasuje. Znakomita płyta.
Jakub Buszek

Gazelle Twin – “Unflesh”
Elizabeth Bernholz debiutowała w 2011 płytą “The Entire City”. Porównywano ją wtedy do The Knife. Tym razem poszła raczej w stronę Throbbing Gristle – i wyszło jej olśniewająco. Płyta jest pełna dziwnych, hałaśliwych, industrialnych dźwięków przeplatanych elektrowniczymi wstawkami, głos zmodyfikowany do robotycznej melorecytacji. Tematyka jest bardzo mroczna: poronienia, eutanazja, kryzysy cywilizacyjne. Wszystko bardzo cielesne, chwytające za pokrwawione mięśnie. To jednocześnie królestwo rytmu, który sprawia, że łapiemy się na bujaniu do tych makabresek. Nic, tylko dać się porwać… na kawałki.
Katarzyna Borowiec

Gedz – “NNJL”
Kolejny niuskulowy gracz, tym razem z ciekawszym pomysłem na siebie. Gedz to zawodnik, który skupia się na swoim wnętrzu. Jego teksty są szczere i trafiające w punkt, innym razem mocne i fantastyczne technicznie. Jedyne co momentami “boli”, to zbyt oczywiste hashtagi. Muzycznie album przedstawia się bardzo przyjemnie, mamy sporo beatów trapowych, nad którymi raper wręcz się unosi. Jednak album jako całość pozostawia pewien niedosyt. “NNJL” nie dorównuje jego debiutowi “Serce bije w rytm”. Szkoda.
Ewelina Malinowska

GusGus – “Mexico”
To już dziewiąty album Islandczyków i kolejny, którego aż chce się słuchać od początku do końca. Na “Mexico” mamy prawie 50 minut delikatnego house’u, który przeplata się z trip-hopowymi naleciałościami i downtempo. Aż chce się wyjść na parkiet i zatracić się w tańcu. Włączcie płytę, zróbcie głośniej, jeszcze głośniej i dajcie się ponieść, bo jest naprawdę transowo.
Ewelina Malinowska

Hades – “Czasoprzestrzeń”
Tę płytę zdecydowanie robią beaty, które skonstruował Emade. Hades, owszem, płynie po nich zgrabnie, jednak same teksty nie wnoszą wiele do odbioru całości płyty. Znakomicie przedstawia się utwór “Muzyka z brodą”. W “Robo Ty” Emade sampluje samego siebie (z albumu “Mamut”). “Pełny słoik” ma świetne oldschoolowe sample, podobnie jak “Proste słowa”. “Czasoprzestrzeń” to płyta bardzo dobra, wszystko spaja się tu ze sobą idealnie. Jeden z lepszych hip-hopowych krążków w 2014 roku?
Ewelina Malinowska

Hugo Kant – “The Point of No Return”
Hugo Kant to mistrz w swoim fachu. Ten francuski multiinstrumentalista i producent potrafi stworzyć z sampli dzieło sztuki, takim jest np. kawałek “DR Van Helsing”. Jeśli fascynuje Was downtempo, nu-jazz i trip-hop, to trafiliście idealnie, bo Quentin La Roux łączy właśnie te stylistyki i robi to fantastycznie. “It’s an African Jungle” to kolejny majstersztyk, a tuż za nim plasuje się “Little Tale”. “The Point of No Return” jest albumem bardzo dobrze wyprodukowanym, dopieszczonym w każdym calu. Koniecznie trzeba sprawdzić!
Ewelina Malinowska

HV/Noon – “HV/Noon”
Szczerze mówiąc miałam niemały problem z tą płytą, a wszystko przez moje wyobrażenia. Bo przecież to miała być płyta roku, niesamowita współpraca dwóch magików ciszy i beatu. Spodziewałam się bardziej “pojechanego” brzmienia, a jest dosyć zachowawczo. Spodziewałam się mniejszego nastawienia na hip-hopowe brzmienie, a występuje tu sporo raperów. Spodziewałam się czarnej magii, a dostałam zaledwie kilka magicznych sztuczek karcianych. Piękne dźwięki to nie wszystko, czegoś tu brakuje. Nie sposób jednak nie docenić kunsztu obu muzyków, którzy wyróżniają się tu detalami.
Ewelina Malinowska

Iggy Azalea – “The New Classic”
Karierę Iggy śledziłam już od dobrych paru lat. Zadziorna dziewczyna z Australii od samego początku miała o wiele więcej animuszu od niejednego rapera ze Stanów. “The New Classic” potwierdza, że na wiele ją stać. Na albumie znalazło się kilka bangerów, ale nie zabrakło spokojniejszych kawałków, w których widać prawdziwe oblicze raperki. W głowach wielu zostanie na pewno kawałek “Fancy” (gościnnie Charli XCX). Album jest trochę nierówny, ale przecież to dopiero pierwsza płyta panny Azalea, więc ma jeszcze czas na bardziej spójne krążki. Pewnie klasykiem ta płyta nie zostanie, ale na pewno jest krokiem w dobrą stronę.
Ewelina Malinowska

Jakub Nox Ambroziak – “Mikrokosmos”
Ambroziak to płodny artysta. Świadczą o tym aż 24 utwory zawarte na jego płycie “Mikrokosmos”. Niejednego liczba ta może przerazić. Jednak po przesłuchaniu ponadgodzinnej dawki muzyki od tego producenta, możemy odczuć lekki niedosyt. Część kompozycji jest jakby pourywana, niedokończona. I ma to swój klimat. Najciekawsze pozycje na płycie to zdecydowanie “Assn / Inhuman Nature”, “Flowers” i “Trip to the Empty Places”. “Mikrokosmos” to album pełen smaczków, trzeba tylko przebrnąć przez gąszcz dźwięków.
Ewelina Malinowska

Kiasmos – “Kiasmos”
Ólafur Arnlads wydał album techno. Nie zrobił tego sam, lecz wespół z Janusem Rasmussen, który stanowi drugą połowę duetu Kiasmos. Mogło wypaść słabo, w końcu od ambientu do techno droga daleka. Jest… zachwycająco. A tak urzeczony jest człowiek, który słucha muzyki elektronicznej raczej rzadko. Za pomocą wiolonczeli, skrzypiec, perkusji oraz oczywiście beatów Islandczyk z Farerem wykreowali niesamowity nastrój, tworząc fenomenalne dźwiękowe przestrzenie. Muzyka dla marzycieli…
Jakub Buszek

Kuba Knap – “Lecę, chwila, spadam”
Na polskiej scenie rapowej brakowało kogoś, kto w luzacki sposób opowie o “osobliwościach” życia codziennego. Rapuję tylko o tym, bo w sumie nie robię nic więcej… i tu zaczynają się schody. “Lecę, chwila, spadam” jest zbyt monotematyczna. Jednak nie można powiedzieć, że podkłady na niej zawarte są monotonne. Fakt, są wyjątkowo chillowe, ale niemal każdy sięga do innej stylistyki (np. funku, oldschoolu, trapu, a nawet w niewielkim stopniu do ambientu). Debiut Knapa to solidna porcja rapu, ale nie rozpływałabym się nad nim.
Ewelina Malinowska

Lamb – “Backspace Unwind”
Mój romans z “Backspace Unwind” rozpoczął się dość nieprzyzwoicie, bowiem pierwszy raz z zawartym na płycie materiałem zetknęłam się dopiero na grudniowym koncercie Lamb. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia – chociaż napływająca ze sceny muzyka miała w sobie coś niezwykle pociągającego i uwodzicielskiego, kryła w sobie również pewną dozę odstraszającej nachalności. Po wspólnie spędzonej nocy przyszły kolejne – tym razem spędzone w bardziej intymnej atmosferze. Kawałek po kawałku, dźwięk po dźwięku, album zapełnił się konstelacją subtelnych brzmień i nieposkromionych loopów. Trance’owe melodie dopełniane sekcją smyczkową, fortepianowe intra, niesamowite kontrasty, intrygujące sprzeczności, “What Makes Us Human”, “As Satellites Go By” i “Doves &Ravens” – za to kocham tę płytę. I chociaż zdarzają się chwile, kiedy doskwiera mi monotonia (“In Binary”) czy brak energii płynącej z głośników (“Shines Like This”), to przymykam oko na te niedoskonałości. Ignorance is bliss.
Dorota Szubska

Lemonade – “Minus Tide”
Trzecia płyta kalifornijskiego tria jest nieco przedobrzona. Za dużo tu… właściwie wszystkiego, przez co gubi się gdzieś kompozycja. Być może to przez nadmiar efektów, ale w końcu to muzyka taneczna, elektroniczna, więc tak powinno być. Ano, nie do końca. Powinno być lekko, a jest nieco ociężale, gdy posłuchamy tego zbyt długo. Jednak Panowie bronią się melodyjnością i tym, że w ostatnim roku wyszło niewiele produkcji stricte dream-popowych czy też synth-popowych, które namieszałyby na rynku. “Minus Tide” to przyjemna dawka muzyki, a utwór “Orchid Bloom” powinien gościć na każdej imprezie.
Ewelina Malinowska

LJ Karwel – “Niepotrzebne skreślić”
Debiutancka płyta Eljota to 50 minut dawki prawdziwego rapu. I nie chodzi tu o to, że Karwel siedzi w latach 90., a o to, że jest tu wszystko, czego trzeba spodziewać się po hip-hopowej płycie (a nie wszystkie ostatnie albumy mają “to wszystko”). Na “Niepotrzebne skreślić” mamy do czynienia z mocnymi bitami, niebanalnym flow, różnorodnością tekstów, dobrym doborem gości i producentów, zabawnymi skitami i lekką nutką bezczelności. Najbardziej wyróżniają się tu “Twój Hero”, “Sąsiedzi”, “Nienawidzę ludzi”, znakomity “Gdzie są moje maupy?” i (tutaj trochę prywaty) “Małpie Miasto”. Solidna pozycja! Mońki we did it!
Ewelina Malinowska

Mac DeMarco – “Salad Days”
Przez wielu okrzyknięty albumem roku. Mac DeMarco jest jednym z tych muzyków, którzy propagują modę na lata 80. Gra tzw. jangle pop, w którym metaliczna gitara elektryczna wybrzmiewa w delikatnych melodiach, płynących powoli i leniwie, a wszystko to zaśpiewane bez pośpiechu i bez wysiłku. Powiedzieć o nim “objawienie”, to o wiele za dużo, ale na pewno warto śledzić kolejne kroki Maca DeMarco.
Weronika Makowska

Mica Levi – “Under the Skin”
Soundtrack do niesamowitego filmu Jonathana Glazera, autora genialnych teledysków (sam film jest raczej emocjonalnym obrazem, który spokojnie można by pokroić właśnie na świetne teledyski) funkcjonuje doskonale zarówno jako oprawa muzyczna do niepokojących ujęć, jak i kawałek muzyki do posłuchania i stworzenia własnych wizualnych, bądź nie, interpretacji. Mica udziela się w Micachu, ale z nimi produkuje dźwięki raczej radosne, choć niepozbawione tego wykrzywiania, które tutaj zdecydowanie dominuje. To bardzo mroczny świat, oparty na dźwiękach instrumentów smyczkowych, skrzypiących, piszczących, czy po prostu w jeżący włoski na skórze sposób porozciąganych. Czarna magia.
Katarzyna Borowiec

Mister Lies – “Shadow”
Chyba już nie doczekamy się od Nicka Zanca utworów w stylu tych z EP-ki “Hidden Neighbours”. Mamy za to do czynienia z nieco wtórnym, około trip-hopowym brzmieniem, które okraszone zostało popem, ale tym nieco mroczniejszym. “Shadow” słucha się tak, jak nakazów i zakazów rodziców, kiedy mieliśmy 5 lat – wpuszczamy ją jednym uchem, a wypuszczamy drugim. Trochę to przykre, bo Mister Lies potencjał miał. Jego pierwszy album dawał jeszcze nadzieję, jednak “Shadow” udowadnia, że Zanca wybrał inną ścieżkę, tą bez magii.
Ewelina Malinowska

MO – “No Mythologies to Follow”
Debiutancki krążek MO to wielkie rozczarowanie. Ale czego można było się spodziewać, kiedy większość jej utworów była do siebie bardzo podobna? Owszem, można uznać, że Karen Orsted ma swój własny styl, jednak po kilku przesłuchaniach jest to zwyczajnie nudne. Na pewno w mojej pamięci zostanie kilka jej kawałków (“Pilgrim”, “Waste of Time”, “Glass”), jednak płyta jako całość w ogóle się nie broni. To było fajne, kiedy panna MO miała na koncie 4 piosenki, a nie 20.
Ewelina Malinowska

Nervy – “Nervy”
Kompletnie pominięte w niektórych rocznych podsumowaniach zjawisko, choć uważam, że jest to ogromny błąd. Igor Pudło i Agim Dżeljilji w najdziwniejszy z możliwych sposób łączą siły i uzyskując do tego wspaniałego Jana Młynarskiego tworzą Nervy. Nazwa zdecydowanie oddaje nastrój albumu, bo jest on kompletnie nieprzewidywalny za sprawą nieszablonowych perkusyjnych rytmów, ciągle mieszającej sekcji dętej i genialnego sznytu elektronicznego duo do tworzenia nieprzeciętnych motywów pchających do przodu napęczniałe od dźwięku kompozycje. Momentami płyta bardziej intensywna i ciężka niż niektóre metalowe single, innym razem kierują się w stronę jazzowej estetyki, a czasem szukają rozwiązań w otchłani EDM-u. Zdecydowanie zasługują na większą uwagę.
Kuba Serafin

Pawbeats – “Utopia”
Na 15 kawałkach Marcin Pawłowski prezentuje ciągle to samo. Mamy ogromną ilość gości, poziom patosu – milion i niezbyt udane połączenia płaskich, hip-hopowych elementów perkusyjnych (ach, te okrutnie smutne stopy i werble…) z wiecznie zatęchłym pianinem i pseudo-smyczkami… Już dawno żaden producent tak nie rozczarowywał. Przecież płyty producenckie to zawsze majstersztyki, a tu, cóż… Na pewno Pawbeats włożył tu dużo pracy i zasługuje na uznanie, bo opanował wiele instrumentów, ale co z tego? Materiał jest mierny i ciągną go w górę jedynie zwrotki części gości. Niewielki sukces jaki płyta odniosła to tylko i wyłącznie sprawka ograniczonych słuchaczy, którzy mówią “wow”, bo pierwszy raz usłyszeli w “hip-hopowym” bicie żywe instrumenty. Wow.
Ewelina Malinowska

Royal Blood – “Royal Blood”
Abstrahuję zupełnie od tego, że nazywano ich odkryciem roku, a NME najwyraźniej znalazło sobie nowego pupilka (Alex Turner założył ich koszulkę, olaboga!), ale nie można duetowi odmówić swoistego czaru. Nieco ponad 30 minut muzyki wystarczyło, by zawładnąć rynkiem brytyjskim, a wiadomo, że gusta przenoszą się także falą do nas, stąd całkowicie jestem w stanie zrozumieć szał Polaków na ich muzykę. Niby to wszystko gdzieś słyszeliśmy – echo The White Stripes czy Queens of the Stone Age przebija w większości kompozycji. Nie zmienia to faktu, że robią to cholernie sprawnie. Najwyraźniej to wystarcza.
Kuba Serafin

Royksopp – “The Inevitable End”
Zachwyty nad tym albumem są tak samo niezrozumiałe jak stwierdzenie, że skończyli się na pierwszej płycie (“Melody A.M.” z 2001 roku). Norweski duet nagrał dobrą, przyjemną płytę, która umili długie (chociaż już coraz krótsze) wieczory i nic poza tym. To, że powrócili do korzeni nie znaczy, że była to świetna decyzja. Owszem, kilka utworów brzmi znakomicie, np. takie “Sordid Affair”, ale posłuchajcie przenudnego “Compulsion” albo niezrozumiałego “Coup De Grace” (co to robi na tej płycie?). Najlepszym rozwiązaniem byłoby chyba stworzenie nowego szyldu i zaangażowanie Robyn na stałe – to byłoby coś. (I ciągle zastanawiam się, jakim cudem utwór “Something in My Heart” nie znalazł się na krążku…).
Ewelina Malinowska

RX Bandits – “Gemini, Her Majesty”
Po pięciu latach od pamiętnej “Mandali” powrócili synowie marnotrawni amerykańskiej alternatywy. RX Bandits wydali tym razem swój kolejny album bez wsparcia dużej wytwórni, dzięki wsparciu fanów na serwisie PledgeMusic. Eksperyment zakończony sukcesem w postaci “Gemini, Her Majesty” to zupełnie inny rodzaj muzyki niż te na poprzednich albumach – zespół był w stanie zabrać trochę wszechobecnych instrumentów szalejących na wszystkich pasmach i schować je za spokojniejszą zasłoną. Nie umniejsza to jednak ich aranżacyjnego geniuszu do tworzenia chwytliwych kompozycji. Nie jest to już ska-punkowa zabawa ani eksperymentalna jazda – jest to rasowy album alternatywny, który na pewno na długo zagości w Waszych sercach.
Kuba Serafin

Selah Sue – “Alone” EP
Tytułowy singiel z EP-ki “Alone” jest chyba jednym z najbardziej funkowych utworów w karierze Selah Sue. Jeśli jest to przedsmak marcowej płyty to pewnie można się spodziewać, że belgijska piosenkarka wejdzie na dyskotekowo-elektroniczne terytoria. Na EP-ce przeplatają się jeszcze szybsze rytmy i delikatne, akustyczne kompozycje. Cokolwiek by Selah Sue nie robiła, to ze swoim charyzmatycznym, zachrypniętym głosem zawsze wyjdzie jej to dobrze.
Weronika Makowska

Sleepmakeswaves – “Love of Cartography”
Widziałem ich na żywo przed God Is an Astronaut, kiedy jeszcze grali materiał z “…And We Destroyed Everything”, który brzmieniowo nie wychodził poza post-rockowe ramy i niestety potężne riffy zostały pochłonięte, przeżute, a następnie zapomniane. W przypadku “Love of Cartography” stała się rzecz niezwykła. Chciałbym wierzyć, że to przez moje narzekanie nagle zmienili zdanie co do tego, jak chcą grać, ale nagle utwory mają w sobie dreszcze i ładunki emocji. Zwiększenie sampli zbliżyło ich niebezpiecznie w kierunku takich tuz jak 65daysofstatic, ale Australijczycy pamiętają także, że materiał musi kopać po jajcach. Od otwierającego “Perfect Detonator” aż do finałowego “Your Time Will Come Again” nie obniżają lotów. Najwyraźniej to nie jedynie moje zdanie, skoro “Love of Cartography” znalazło się na oficjalnych listach sprzedaży ich rodzimej Australii. Post-rock wchodzi na salony. Bardzo, bardzo dobrze.
Kuba Serafin

Spinache – “Spinache”
Stary, średni Spinache? Ano nie. Tym razem jest dobry, ale najlepiej i tak sprawdza się jako producent. “Spinache” to jego, nota bene, drugi album (pierwszy wydał ponad 10 lat temu) i zauważalna jest ogromna zmiana, jaką muzyk przeszedł przez ten czas. Nie ulega wątpliwości, że beaty na albumie są świetnie wyprodukowane. Paweł Grabowski wie co w trawie piszczy i całkiem nieźle przekazuje to swoim dźwiękom. Nieco gorzej jest z warstwą tekstową i samym flow, które można uznać raczej za recytację. Jednak całość wypada całkiem przyjemnie i na pewno nie raz wrócę do kilku kawałków z tej płyty.
Ewelina Malinowska

Sunn O))) & Scott Walker – “Soused”
Zdecydowanie jedna z najciekawszych zeszłorocznych kolaboracji (ta z Ulver też jest bardzo, bardzo dobra). Gitarowe drony wypluwają ściany dźwięku, przez które przebija się wokal Walkera – ponad 70-letniego weterana sceny, który swoich projektów nie wybiera przypadkiem. Hipnotyczny i ciężki klimat sprawia, że to jedna z najmocniejszych płyt ubiegłego roku. Awangarda nie śpi – ona buczy nieustannym niszczącym dźwiękiem. Takim, w którym Amerykanie odnajdują się najlepiej.
Kuba Serafin

Tau – “Remedium”
Można mieć wrażenie, że Tau znalazł swoje powołanie. Jego nawrócenie powiązane ze zmianą pseudonimu artystycznego to ciekawy zabieg, w którym chce się ewidentnie odciąć od swojej “grzesznej” przeszłości. O ile flow pozostaje nienaganne, co prezentuje chociażby na “Liście Motywacyjnym” czy “Made in Serce” z gościnną zwrotką Zeusa (swoją drogą, kiedy następca “Zeus. Nie Żyje”?!), ale mam wrażenie, że w swojej świętości zapomina czasem o tym, żeby kawałki były po prostu dobre. Nie zmienia to faktu, że wciąż jest to pierwsza klasa polskiego rapu pod względem skilla i pomysłu. Może Tau oprócz nawrócenia musi zostać jeszcze oświecony dobrym pomysłem.
Kuba Serafin

Thaw – “Earth Ground”
Polski metal chyba od lat nie miał się tak dobrze. Widzimy to nie tylko po tym, że Behemoth zgarnia dziesiątki nagród za granicą, ale także tym, że coraz więcej młodszych wykonawców przeciera szlaki i coraz częściej mówi się o tym zjawisku także poza granicami naszego kraju. Cieszy to, że Furia czy właśnie Thaw są godnymi reprezentantami tego wzrastającego trendu. “Earth Ground” to wielki sukces ekipy z Sosnowca i zaprzeczenie idei, jakoby drugie płyty były tymi gorszymi. Tutaj wykazali się sporym ryzykiem wracając ze sludge’owo-dronowych kierunków w stronę blackmetalowych szaleństw, ale zrobili to po swojemu. Z przytupem, ze skłonnością do eksperymentu. Tym sposobem Thaw trafia do pierwszej ligi metalu. Nie tylko tego polskiego.
Kuba Serafin

The Raveonettes – “Pe’ahi”
The Raveonettes potrafią zaskoczyć. “Pe’ahi” pojawiła się dość niespodziewanie, co potwierdza wyjątkową płodność duetu. Album powstawał tylko 4 miesiące, ale nie odbiło się to specjalnie na jakości płyty. Fakt, brakuje może hitów lub bardziej wyróżniających się momentów, ale przecież shoegaze ma to do siebie, że przebojowy nie jest. Dobrze, że The Raveonettes dodają do niego też sporą dawkę noise popu, przez co utwory są bardziej melodyjne (np. “Killer in the Streets”). Momentami jest też nieco post-punkowo (“Kill!”). “Pe’ahi” to niezła płyta, ale do najlepszych dokonań grupy trochę jej brakuje.
Ewelina Malinowska

Tinashe – “Aquarius”
Chyba nikt w muzyce r&b nie namieszał w 2014 roku tak bardzo jak Tinashe. Ta dziewczyna zachwyciła głosem i świetnym wyczuciem trendów, o  czym świadczą znakomicie dobrane beaty (w tym kilka wyprodukowanych przez nią samą). “Aquarius” to album pełen stonowanych kawałków, przepełnionych seksem i vibem. W końcu na rynku pojawił się ktoś nowy, kto czuje ten klimat i przenosi go w nowoczesne rejony. A hit “2 On” z  gościnnym udziałem Schoolboy Q jest jednym z najlepszych kawałków r&b ostatnich lat.
Ewelina Malinowska

Tom Vek – “Luck”
Zastanawiające jest to, że Tom Vek ciągle nie przebił się swoją muzyką do większej ilości ludzi. Od wydania jego pierwszej płyty minęło niemal 10 lat, a muzyk nadal nie jest szeroko rozpoznawalny. Dlaczego tak się dzieje? Czy to jego barwa głosu? A może totalnie odjechany styl? Bo przecież nie chodzi o samą muzykę, bo tej nie można mieć nic do zarzucenia. Na swojej najnowszej płycie Tom Vek ciągle świetnie łączy ze sobą surowość rocka i elektronikę. Utwory są niebanalne i wciągające, choć nieco mniej przebojowe niż na poprzednich dwóch krążkach. Ale i tak warto się zapoznać!
Ewelina Malinowska

Totorro – “Home Alone”
Debiutancki krążek Francuzów w przyjemny dla ucha sposób łączy post-rockowe szerokie machnięcia znane chociażby z grup Caspian czy Explosions in the Sky krzyżując je z math-rockowym stylem mocno zbliżonym do And So I Watch You from Afar. Po EP-ce “All Glory to John Baltor” z 2011 roku spodziewałem się, że znikną w czeluściach post-rockowego banału, ale tym albumem wybili się bardzo mocno do góry i  mam nadzieję, że tendencja zwyżkowa zostanie. A za sam tytuł utworu “Festivalbini” powinni dostać jakąś nagrodę specjalną.
Kuba Serafin

Ty Segall – “Manipulator”
Po pierwszym okresie twórczości Segall nie wystrzeliwuje tysiącem piosenek na minutę, czego nie uważam za kompletnie zły pomysł. Przez to kolejny, już siódmy (sic!) sygnowany jego nazwiskiem album (nie licząc kilkunastu innych nagrywanych z kilkoma innymi projektami) to perła znaleziona w garażu. Segall pracował nad “Manipulatorem” ponad rok, czyli najwięcej w swojej krótkiej i intensywnej karierze. Efekty są słyszalne od samego początku. Garażowy sound klasyfikujemy jako high-tech-lo-fi, dzięki czemu gitary rżną jeszcze zacieklej niż wcześniej, a sam Segall zadbał o konceptualne zgranie całości, przez co otrzymujemy niecałą godzinę brudnej, brudnej rozkoszy. Jak dla mnie, może zwolnić i nagrywać mniej, jeśli przez to mamy otrzymywać lepszy jakościowo materiał. “Manipulator” to najlepszy tego przykład.
Kuba Serafin

Tycho – “Awake”
To najbardziej kojąca płyta ubiegłego roku. Włączasz i odpływasz. Dźwięki wypływające z głośników rozchodzą się po całym pokoju i jakby otulają, wyciszają i pozostawiają dobrą energię. Bo album Tycho nie jest smętny – wręcz przeciwnie – ma bardzo pozytywny wydźwięk. Taka dawka elektroniki i gitar jest optymalna i delikatnie pobudza do działania. Krążek “Dive” był naprawdę dobry, ale “Awake” ma w sobie coś jeszcze.
Ewelina Malinowska

Vacationer – “Relief”
Zespół swoim drugim albumem nie pozostawia wątpliwości, że ma na siebie określony pomysł i ciągle go realizuje (w lepszy lub gorszy sposób). Na pewno płyta “Relief” nie jest tak dobra jak ich debiut “Gone”. Jest tu o wiele spokojniej, dźwięki są bardziej wyważone, wszystko unosi się nad wodą, delikatnie muskając nasze uszy. Ciągle znajdujemy się w stylistyce “nu-hula”, jest wakacyjnie, ciepło i beztrosko. Jednak momentami może wydawać się, że słońce już zaszło, więc trzeba iść spać, a tu nadal mamy te pozytywne, tropikalne dźwięki. Album zdecydowanie na wakacje.
Ewelina Malinowska

Venetian Snares – “My Love Is a Bulldozer”
Aaron Funk to niekwestionowany król breakcore’u. Wielbiciele jego siekanki przyzwyczaili się, że co jakiś czas wypuszcza wiadro nowych jazgotów, bardziej lub nieco mniej udane – dyskografię ma w każdym razie bardzo bogatą. Ten album jest jednak wyjątkowy: po dziesięciu latach Veneckiemu udało się wypuścić na światło dzienne coś, co porusza równie mocno jak uwielbiana “Rossz Csillag Alatt Született”. Są tu świetnie dobrane sample wszelkiego rodzaju, kawałki klasycznych smyczków, oczywiście mnóstwo połamanych rytmów i… śpiew Aarona. O czym śpiewa? Reprezentacyjną linijką jest romantyczne wyznanie miłosne Only you can make my dick feel like this. A obok tak misternie wydzierganych hałaśliwych kompozycji znajdują się dźwięki gitary akustycznej, nuty średniowiecza i spokojnie kołyszące się w przestrzeni kosmicznej “She Runs”. Breakcore jeszcze nigdy nie był taki piękny.
Katarzyna Borowiec

Weezer – “Everything Will Be Alright in the End”
Myślałem, że już tego nigdy nie powiem, ale Weezer wydał w końcu dobrą płytę. Chyba swoją pierwszą od czasu “Green Album”. Co uderza przede wszystkim? Świeżość. Grupa w końcu znalazła muzyczną drogę wolną od kompromisowych popowych piosenek, które wybrzmiewały bardzo krótko i zapominaliśmy o nich zaraz po przesłuchaniu. W ich miejsce wskoczyły ciężkie riffy przetykane barokowymi solówkami. Cuomo zaczął bawić z powrotem swoimi lirycznymi opowieściami. Trylogia wieńcząca album czy “Cleopatra” to jedne z najlepszych kompozycji, jakie Weezer wykuł od lat, więc cieszmy się, bo pies nie taki znów pogrzebany.
Kuba Serafin

WhiteHouse – “Kodex V: Elements”
Kiedyś to były “Kodexy”… 5. część przeszła bez większego echa. Wypalenie? Producencko na pewno nie. Chyba goście nie do końca dopisali. Całość wypada dość standardowo, jednak kilka kawałków wychodzi ponad przeciętność, np. “Oczy Mona Lisy” (donGURALesko, Sitek, Buszu), “Pozostając sobą” (KęKę), “Sinusoida” (Gedz, HuczuHucz), “Łowca” (Tau). Jeśli L.A. i Magiera chcą nadal robić “Kodexy”, których chce się słuchać, to muszą bardziej skupić się na jakimś konkretnym koncepcie. Póki co, jadą na dobrej opinii, ale jak daleko można zajechać tylko na tym?
Ewelina Malinowska

Włodi – “Wszystko z dymem”
Ostatnią solową płytę Włodi nagrał prawie 10 lat temu. Dlatego “Wszystko z dymem” było nie lada wydarzeniem. Album spodobał mi się o wiele bardziej niż płyta jego kolegi z Pariasa(u). Za produkcję odpowiadają m.in. Returnersi, Stona, DJ. B, i samo to świadczy już o wysokim poziomie muzycznym albumu. Włodiego nadal słucha się z zainteresowaniem, raper ma wiele do powiedzenia, ale nie rozwleka wszystkiego na 20 kawałków (jak niektórzy). Na płycie znalazło się zaledwie 10 utworów – i tyle wystarczy. Niecałe 40 minut to optymalna dawka dobrego hip-hopu.
Ewelina Malinowska

Young Fathers – “Dead”
Wstyd się przyznać, ale poznałam Young Fathers dopiero wtedy, kiedy otrzymali Mercury Prize. Jeden odsłuch całej płyty “Dead” na Spotify wystarczył, aby stwierdzić, że jestem oczarowana. Zachwyciły mnie też 2 poprzednie EP-ki tria. Na czym polega ich fenomen? Zapewne na niebanalnych połączeniach różnych stylistyk, bardzo mocnych tekstach i samym sposobie ich przedstawienia (melorecytacji, śpiewu, rapowania, krzyków). Wychodzi z tego nie muzyka, lecz zjawisko. Fascynujące zjawisko. “Dead” to mój nr 1 ubiegłego roku i już od dawna zasila szeregi na mojej półce. Kiedy znajdzie się na Twojej?
Ewelina Malinowska

Zaburzenia – “Sny, w których ginę”
Zaburzenia to bardzo ciekawy projekt stworzony przez TuszNaRękach i Szatta. Opisują siebie jako “alternatywny hip-hopowy duet”. Jak jest w rzeczywistości? Z tą alternatywnością bym nie przesadzała, ale na pewno jest inaczej, niż na reszcie hip-hopowych wydawnictw. Po pierwsze: beaty są wyśmienite, naznaczone melancholią, ale niepozbawione nowoczesności. Po drugie: teksty. Tematyka wszystkich utworów to uczucia, bez wzmianek o podwórku, adidasach, alko itp. Po trzecie: “Sny, w których ginę” to przede wszystkim niesamowity klimat. Mam nadzieję, że nie będzie to pojedynczy projekt, a przerodzi się w coś więcej. Takiego emocjonalnego rapu też potrzebujemy.
Ewelina Malinowska




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.