Ostatki 2013, część 1

Nadrabiamy zaległości recenzenckie.

W roku 2013 mieliśmy do czynienia z “klęską urodzaju”. Zostaliśmy dosłownie zbombardowani ilością wydawnictw. Longplaye, EP-ki, single, wersje deluxe, płyty z remixami, reedycje… I tego wszystkiego chcieliśmy posłuchać, ale niestety, nie wszystko da się zrobić. Kilka osób z naszej redakcji ciągle siedzi jeszcze w poprzednim roku i szuka, sprawdza, porównuje. Przedstawiamy Wam krótki cykl z Ostatkami, które zamkną dla nas 2013 rok. Przeczytacie tu mini-recenzje albumów i EP-ek, na które nie wystarczyło nam czasu wcześniej, a o których należałoby wspomnieć.

30daysofline – “Kontrasty” EP (posłuchaj)
Coraz więcej jest na naszym rodzimym podwórku zespołów, które grają ciekawego alternatywnego rocka. W to zjawisko znakomicie wpisuje się grupa 30daysofline. Niby niepozorni, niby puszczają oko w naszą stronę, a tak naprawdę wiedzą co robią i wiedzą, w jaką stronę chcą iść. U młodych zespołów tej pewności siebie brakuje. Ale nie im. Na “Kontrastach” znalazły się 4 utwory, które kręcą się wokół math rocka, indie, surf rocka, a nawet popu. Panowie wszystko to ze sobą fajnie łączą, dzięki czemu mamy do czynienia z melodyjnymi kawałkami, które nuci się potem idąc na tramwaj. Takie tam, “konkretne” granie ;).

Banks – “Fall Over” EP, “London” EP (posłuchaj “Fall Over” i “London“)
Piosenkarka z Kalifornii nagrała w ubiegłym roku dwie EP-ki. Obie bardzo obiecujące. Jej pierwszy singiel”Before I Ever Met You” ukazał się w lutym i już wtedy można było być pewnym, że urodzi się z tego coś więcej. EP-ka “Fall Over” była jakby przejściem na ciemną stronę mocy r&b. Nieprzeciętny wokal Jillian Banks i świetnie dobrane beaty sprawiły, że wyczekiwałam kolejnego materiału. EP-ką “London” artystka dorzuciła do pieca. Teraz pozostaje nam czekać na to, co dalej.

Baths – “Obsidian” (posłuchaj)
Na swojej trzeciej płycie Will Wiesenfeld jest ciągle taki sam, ale niestety coś zaczyna tu zgrzytać… Czy to po prostu “gorsze dni” muzyka, czy wypalenie – trudno stwierdzić. Faktem jest, że kawałki na “Obsidian” są przeciętne i jeden lepszy singiel (“Miasma Sky”) tego nie zmieni. Owszem, można znaleźć tu ciekawsze “momenty”, ale jak mają się sekundowe smaczki do ponad 40-minutowego albumu? Ano nijak. Brakuje mi tu mocnych, połamanych beatów, sampli i melancholijnej radości, towarzyszącej muzyce Baths. Może następnym razem będzie ciekawiej.

Blood Orange – “Cupid Deluxe” (posłuchaj)
Dev Hynes to doświadczony muzyk i doświadczenie to starał się pokazać w projekcie Blood Orange. Na jego pierwszej płycie “Coastal Grooves” wyszło to całkiem nieźle, chociaż całość pozostawiała trochę do życzenia (nie licząc oczywiście świetnych kawałków “Sutphin Boulevard” i “Champagne Coast”). Jednak na “Cupid Deluxe” Hynes pokazuje już nową jakość. Pomysł na łączenie brzmień lat 80., funku i synth-popu jest nadal kontynuowany, ale wszystko to okraszone jest o wiele ciekawszymi melodiami. To idealny krążek, przy którym można po prostu odpocząć.

Buka – “Wspaniały widok na nic interesującego” (posłuchaj)
Na “Wspaniałym widoku…” Buka pokazuje nam swoją kolejną twarz. Znaliśmy już smutnego Bukę, Bukę-szaleńca, teraz dostaliśmy Bukę-myśliciela. Kto jak kto, ale Daniecki potrafi zafundować nam niezłe rozkminy, nie tylko te z “Pokoju 003″. Album jest istnym kolażem nastrojów i tekstów, które Buka rapuje w charakterystyczny dla siebie sposób. Dzięki temu wszystkie kawałki są wyraziste i mocne, a wrażenie to wzmacniają ciekawe beaty stworzone przez m.in. Miliony Decybeli. Razem ze “Wspaniałym widokiem…” otrzymujemy także zremixowaną EP-kę “Po drugiej stronie lustra”. Trzeba przyznać, że remiksy DonDe i Krisa są naprawdę fajnym dodatkiem do płyty rapera.

Caught a Ghost – “Nightworks” EP (posłuchaj)
Trochę elektroniki, charyzmatyczny wokal, soul i genialna sekcja dęta – aż tyle i tylko tyle. Debiutancka EP-ka grupy z Los Angeles okazała się być jedną z ciekawszych w ubiegłym roku. Za projekt odpowiedzialny jest Jesse Nolan, tekściarz i producent, a wraz z nim muzykę tworzy jeszcze ośmiu muzyków. I kto powie, że ilość nie przekłada się na jakość? Dzięki łączeniu różnych elementów “Nightworks” wyróżnia się spośród innych wydawnictw. A już niedługo Caught a Ghost wydaje pełnowymiarowy album… Może być interesująco.

Harts – “Offtime” EP (posłuchaj)
Harts to jednoosobowy projekt Darrena Harta z Australii. Swoją debiutancką EP-ką zaprezentował swój unikalny styl łączący ze sobą elementy funka, rocka, elektroniki, soulu i popu. Uff, dużo tego. Jak przedstawia się całość? Raz lepiej, raz gorzej. “Offtime” to 5 utworów, z czego 2 to prawdziwe hity, a reszta “szału nie robi”, ale źle też nie jest. Debiut Harts to dawka pozytywnej energii, która skupiona jest na niezłych gitarowych riffach. Muzyk sam nagrywał wszystkie instrumenty w swojej sypialni; jak na takie warunki, to jest napraaaawdę dobrze.

Hot Natured – “Different Sides of the Sun” (posłuchaj)
Mogłabym powiedzieć, że była to jedna z moich ulubionych płyt tanecznych ubiegłego roku. Ilość melodyjnych piosenek, które znalazły się na “Different Sides of the Sun” jest wręcz idealna. Hot Natured stworzyli płytę, która nadaje się niemal na każdą okazję. Każdy znajdzie tu coś dla siebie mimo tego, że płyta wcale nie jest eklektyczna. Grupa z Los Angeles swoim debiutanckim albumem udowadnia, że house może być jeszcze przyjemniejszy i jeszcze bardziej wakacyjny.

Jacaszek – “Pieśni” (posłuchaj)
Nigdy nie przepadałam za Jacaszkiem. Wszystko co tworzył było dla mniej jakieś takie… toporne. Jednak chyba w końcu dojrzałam do jego muzyki. Album “Pieśni” jest po prostu strzałem w 10-tkę. Michał Jacaszek świetnie połączył ze sobą elementy elektroniki z wielowiekowymi pieśniami religijnymi. Jego interpretacje pełne są mroku i mistycyzmu, ale nie ma tu miejsca dla patosu. Całość jest bardzo oszczędna. Muzyk ostrożnie dobiera do siebie fragmenty melodii z dronami. “Pieśni” to kwintesencja tradycyjnej muzyki kościelnej w nieco odmiennej oprawie. Cóż za doskonałe odświeżenie tego, co piękne!

Jessy Lanza – “Pull My Hair Back” (posłuchaj)
Jeśli sądzisz, że dobre r&b umarło, to musisz przesłuchać płyty pani Lanzy, która nie dość, że operuje pięknym głosem, to jeszcze współpracowała przy tym krążku z Jeremym Greenspanem (Junior Boys). Jakie były efekty tej współpracy? Bardzo, bardzo, bardzo zadowalające. Dziwi jednak brak rozgłosu tak dobrej płyty wydanej przez Hyperdub. Delikatne, minimalistyczne aranże, wspaniałe zagranie przestrzenią i klubowy sznyt pozwalają na totalne stopienie się w muzyką “Pull My Hair Back”. Do schrupania.

Liar – “Spirewards” (posłuchaj)
Liar jest jednym z moich ubiegłorocznych odkryć, w którym bardzo się zauroczyłam. Ten producent z Rumunii nie chodzi udeptanymi perkusyjnymi ścieżkami. Jego melodie są oryginalne, a brzmienie nieco mroczne. Cały album prezentuje się naprawdę świeżo, bez żadnych gorszych momentów. Materiał na płycie jest spójny, ale nie jednorodny. Utwory mienią się tu niczym sny przechodzące z jednego w drugi. Jeśli jesteście ciekawi chillowego dubstepu i czeluści ambientu, musicie sprawdzić ten krążek.

Mac Miller – “Watching Movies With the Sound Off” (posłuchaj)
Miller wciąż trzyma poziom. Drugi longplay rapera zabiera nas w podróż w zwolnionym tempie, w trakcie której nie sposób się nudzić. Niewątpliwie bardzo ważną stroną “Watching Movies With the Sound Off” są świetnie dobrane beaty. Mac po każdym płynie wybornie tworząc nierozerwalną, imponującą całość. “I Am Who Am (Killin’ Time)”, “The Star Room” i “Goosebumpz” to najjaśniejsze punkty płyty. Styl Mac Millera jest ciągle świeży, oby na tym się nie skończyło, bo raper ma wielki potencjał.

Machinedrum – “Vapor City” (posłuchaj)
Travis Stewart to bardzo płodny artysta. Co roku otrzymujemy od niego jakieś produkcje. W 2013 producent nagrał kawał dobrego materiału – “Vapor City”. Stewart nie schodzi poniżej pewnego poziomu, jego muzyka jest ciągle interesująca. Na krążku mamy pełno dobrego IDM’u, który niesie się przez ponad 50 minut. Machinedrum jest ciągle oszczędny w dobieraniu środków, nie szarżuje z glitchem, a jungle w jego wykonaniu jest bardzo stonowany. To świetna pozycja na wieczorny odpoczynek.

Magnificent Muttley – “Little Giant” EP (posłuchaj)
Dwie nowe piosenki wystarczyły, aby lekko potrząsnąć muzycznie rokiem 2013. Warszawskie trio na “Little Giant” pokazuje jak należy grać rocka. A więc jak? Najważniejsze są gitarowe riffy, które pozostają w pamięci, niebanalnie prowadzona praca perkusji, dobry wokal i energia. EP-ka potwierdza, że Magnificent Muttley nie wzięli się znikąd i są konsekwentni w tym, co robią. Trzy kawałki nagrane na żywo udowadniają, że najmocniejszą stroną zespołu są właśnie występy live. Już nie mogę się doczekać kolejnej płyty.

Maya Jane Coles – “Comfort” (posłuchaj)
Kawał dobrej roboty wykonała producentka i DJ-ka z Londynu na albumie “Comfort”. Wiadomo nie od dziś, że na Wyspach poziom muzyki klubowej jest bardzo wysoki. Równie wysoki jest poziom umiejętności Pani Coles. Na krążku znajdziemy kilka sztosów, które od razu podbijają serce (np. “Easier to Hide”, “Burning Bright” czy też “Everything”). Nie znajdziemy tu może żadnych odkrywczych momentów, ale jedno jest pewne – Maya Jane Coles wie co robi. Idealna pozycja na domówkę.

MO – “Bikini Daze” EP (posłuchaj)
W Skandynawii zawsze robią ciekawą muzykę. I tym razem sprawdziła się ta teza. Pochodząca z Danii Karen Marie Orsted zaczęła wypuszczać swoje charakterystyczne kawałki w 2012 roku. Jakiś czas później wydała EP-kę, niestety już nie tak porażającą. Niemal każdy utwór brzmi identycznie, nie słychać w tym świeżości, a to co na początku było ciekawe, nagle stało się irytujące. Mam nadzieję, że jej longplay nie będzie jednostajny, ale niestety wiele na to wskazuje.

No Ceremony/// – “No Ceremony///” (posłuchaj)
Trio z Manchesteru w 2013 roku wydało swój debiutancki krążek. Zespół gra muzykę elektroniczną z dodatkami żywych instrumentów. Często możemy usłyszeć tu pianino, które wygładza brzmienie płyty. “No Ceremony///” nie jest jakimś wielkim odkryciem; piosenki są tu przewidywalne, szybko mogą się znudzić. Jest jednak w nich coś, co momentami urzeka, a mianowicie chilloutowe brzmienie. Album jest nierówny. Może gdyby grupa nagrała EP-kę byłoby lepiej. A tak, cóż, pozostają nam jakieś 4 dobre kawałki.

Postiljonen – “Skyer” (posłuchaj)
Ten krążek ma dobre momenty, ale jako całość prezentuje się bardzo przeciętnie, czasami zahaczając wręcz o kicz. Niby nieźle się tego słucha jako tło, ale jeśli zaczniemy zastanawiać się nad tym, czego właśnie słuchamy, do głowy przychodzi tylko jedno – trochę ulepszone disco polo z pogłosami i większą ilością warstw. Do irytujących dźwięków można zaliczyć tu pseudo-saksofon i “plumkanie” w klawisze a la wczesne lata 90. Jednak znaleźć tu można całe pokłady uroczego dream-popu i kilka naprawdę niezłych melodii. Jednak ogólnie rzecz biorąc, tym razem Szwecja zawodzi.

RJD2 – “More Is Than Isn’t” (posłuchaj)
Ramble John Krohn już od ponad 10 lat wpisuje się w historię muzyki instrumentalnej, a swoim kolejnym albumem udowadnia, że ciągle nie wyłożył wszystkich kart na stół. Na “More Is Than Isn’t” producent pokazał się z nieco innej strony. Ciągle jest bardzo kreatywny i skupia się głównie na hip-hopowych podkładach, jednak czerpie zewsząd. Krążek zawiera spore pokłady elektroniki i różnorodnych sampli, które sprawiają wrażenie sporej rozpiętości stylistycznej. Z “More Is Than Isn’t” naprawdę łatwo się zaprzyjaźnić.

Savages – “Silence Yourself” (posłuchaj)
Przy tej płycie na pewno się nie wyciszymy, bowiem post-punk jest w natarciu. W dodatku jest to kobiecy post-punk. Na “Silence Yourself” Panie pokazały, że potrafią grać naprawdę niezłą gitarową muzykę. Jehnny Beth swoim charakterystycznym wokalem i charyzmą sprawiła, że nie jest to tylko dawka hałasu, ale przemyślane, mocne kompozycje, które sprawiają, że chce się w tym zatracić. Kwartet momentami odchodzi w rejony nowofalowe, czasami garażowe. To może mało oryginalny krążek, ale bardzo solidny. Zastanawia mnie jedynie, jak prezentować się będą następne produkcje Savages…

Sokół i Marysia Starosta – “Czarna Biała Magia” (posłuchaj)
Bardzo sceptycznie podchodziłam do tego albumu, bo czy temu duetowi mogło “zdarzyć się” coś lepszego niż “Czysta Brudna Prawda”? Lepszego może nie, ale na pewno frapującego i jedynego w soim rodzaju. Nowy album Sokoła i Marysi Starosty to trochę inna bajka. Jest dużo bardziej mrocznie, jest mniej Marysi, jest cała gama genialnych beatów – jest inaczej. Sokół sięga po naprawdę mocne słowa i drażliwe tematy, a wszystko to przewiązane brudnymi, ponurymi podkładami. Najlepiej słuchać w samotności, oddając się w całości muzyce.

Still Corners – “Strange Pleasures” (posłuchaj)
Druga płyta duetu z Londynu jest taką, do której naprawdę lubię wracać i za każdym razem jest to bardzo miłe spotkanie. Przyjemna jest świadomość możliwości przesłuchania płyty od deski do deski bez jakiegokolwiek “skipu”. Głos Tessy Murray działa kojąco, a chwytliwe melodie sprawiają, że za chwilę nuci się je bez opamiętania. Grupa nie odkryła niczego nowego, ale urzeka swoimi piosenkami. “Strange Pleasures” jest eteryczne, zaspane, ale też ciekawe. Posłuchajcie koniecznie “Fireflies” i “Berlin Lovers”.

The Internet – “Feel Good” (posłuchaj)
Na początku byłam wręcz zachwycona “Feel Good”, jednak z każdym odsłuchem zachwyt ten malał. Obecnie drugi album The Internet jest dla mnie zaledwie jednym z wielu. Być może kompozycje są przydługie, albo aż nadto chilloutowe. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, co tak naprawdę przeszkadza w dłuższym wsłuchiwaniu się w tę płytę. Mogłoby się zdawać, że wszystko przecież jest w porządku. Syd tha Kid wokalnie radzi sobie bardzo dobrze, muzycznie także jest na bardzo wysokim poziomie. “Feel Good” nie jest po prostu dla wszystkich.

Trentemoller – “Lost” (posłuchaj)
Gdzie się podziało tamte Trentemoller… Gdzie te melodie, gdzie tamten świat… Anders Trentemoller po 3 latach od niezłego “Into the Great Wide Younder” wydał kolejny album – “Lost”. W większości kawałków spotykamy się z gościnnymi wokalami. Jednak czy było to dobrym posunięciem? Nie do końca. Muzyka Duńczyka brzmiała najlepiej, kiedy była osamotniona (a wyjątkiem od reguły jest oczywiście fenomenalne “Moan” z Ane Trolle). Całkiem udanym utworem okazał się dopiero “Deceive” z Sune Rose Wagnerem z The Raveonettes. Producent nadal świetnie łączy ze sobą żywe instrumenty z elektronicznym brzmieniem (“Trails”), nie pozostaje też obojętny na ambient (“Morphine”). “Lost” zyskuje dopiero przy bliższym poznaniu.

Washed Out – “Paracosm” (posłuchaj)
Na drugiej płycie Ernesta Greene’a jest marzycielsko i wiosennie. Czyli niewiele się zmieniło. Brakuje tu jedynie melancholii, która towarzyszyła wcześniejszym wydawnictwom muzyka. Na “Paracosm” nie ma hitów. W pamięci nie utknął mi właściwie żaden utwór. Niemal wszystko zlewa się w jedną długą piosenkę, gdzie prym wiodą wszelakie pogłosy. Trochę to monotonne. Brakuje tu kawałków podobnych do “Amor Fati” czy “You and I”. Nie jestem do końca przekonana co do drogi, którą obrał tu Greene.

Ciąg dalszy nastąpi…

Ewelina Malinowska




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.