Ostatki 2011, część 2

Druga i ostatnia część mini-recenzji zeszłorocznych płyt pominiętych.

Mogwai – “Earth Division”
Po względnie dobrze przyjętym “Hardcore Will Never Die, But You Will“, muzycy Mogwai zmienili strony i z bardziej skocznych kawałków jak “Rano Pano” czy “San Pedro” przeskoczyli w bardziej spokojne rejestry. Chłodny, stonowany materiał Earth Division to jeden z najbardziej dojrzałych materiałów. Totalnie niekoncertowy, ale za to świetny do słuchania w domu. Pianina i smyczki chwytają moją duszę, jak zawsze.
Kuba Serafin

Nigel Kennedy – “The Four Elements”
Brytyjczyk jest dość mocno związany z Polską, ale to niestety nie wystarczy, by kategoryzować jego krążki jako polskie. Gdyby tylko to było możliwe, to bez wątpienia “The Four Elements” znalazłoby się w moim prywatnym podsumowaniu polskich albumów roku. Cztery elementy to iście żywiołowa płyta. Wielokrotnie można złapać się na gdybaniu: czy faktycznie to solowa płyta skrzypka? Muzykowi towarzyszy istna orkiestra, pojawiają się też bardziej współczesne instrumenty, co nieuchronnie prowadzi do świetnego eklektyzmu; klasyka przeplata się z folkiem, funkiem i trip hopem, nie brakuje też sążnistych elektrycznych riffów. Udanie zrealizowany koncept, dostarczający i wyciszoną sielankę, i pompatyczne popisy.
Łukasz Stasiełowicz

Öszibarack - “40 Surfers Waiting for the Wave”
Długo przekonywałam się do tej płyty, aż w końcu “Restless Legs” zatrybiło dokładnie w tym miejscu, w którym powinno, żeby nazwać tę płytę dobrą. Nagle piosenki zabrały w rozkosznie rozrytmizowane pląsy. Na tej płycie znajdziemy mnóstwo różnorodnych, poplątanych dźwięków, które układają się w piękne linie muzycznych kontrastów, dziewczęcych wokali w wykonaniu jednej i tej samej wokalistki. Patrisia śpiewa, a rytmy niosą jak nie przymierzające plemienne bębny. Całość, która rzeczywiście przywodzi na myśl oczekiwanie na cudowną, pełną przygód podróż w nieznane.
Maria Grudowska

Pogodno – “Jestem wyjebany w kosmos”
Podróż w czasie i przestrzeni do końcówki lat dziewięćdziesiątych. Pogodno jeszcze nie było TYM zespołem, którym stało się po wydaniu swoich najlepszych płyt w latach zerowych. “Jestem wyjebany w kosmos” to ciekawe wydawnictwo przede wszystkim dlatego, że składa się z utworów powstałych w latach 96-98. Przez co słychać pięknie ewolucję zespołu. Jest punk, funk, psychodela. Akcja, ogień, zabawa!
Kuba Serafin


Poluzjanci – “Trzy metry ponad ziemią”
Członkom zespołu Poluzjanci najwyraźniej spodobało się wspólne koncertowanie i nagrywanie, bo nie dość, że trzeci krążek wyszedł w błyskawicznym (w porównaniu do poprzedniego) tempie, to w drodze jest już czwarty – tym razem będzie to koncertowe dvd. I dobrze, bo szkoda byłoby, gdyby potencjał tylu utalentowanych muzyków został niespożytkowany w takim składzie przez kolejne 10 lat. “Trzy metry ponad ziemią” to zbiór kilkunastu historii w dopieszczonym brzmieniowo opracowaniu. Teksty Janusza Onufrowicza urzekają trafnymi spostrzeżeniami o świecie, rzeczywistości, w której żyjemy, uczuciach, radościach i troskach, natomiast wokale Badacha jak zwykle imponują nienagannością wykonawczą i interpretacyjną. W aranżu też ciężko jest się do czegoś przyczepić – jest i groove’owy feeling, i nastrojowe ballady, funkujący bas, a nawet rockowy pazur. Szkoda tylko, że ogólnopolskie rozgłośnie radiowe nie doceniają tych naprawdę dobrych rodzimych popowych produkcji…
Anna Lenarcik

Profesjonalizm – “Chopin Chopin Chopin”
Jazz ma to do siebie, że potrafi być pretensjonalny. Jednak za sprawą profesjonalizmu i obycia pana  Marcina Maseckiego nawet te najbardziej wydumane free jazzowe kompozycje stają się przystępne. Genialne pasaże muzyczne wyglądają jakby ten sekstet muzyczny biegł właśnie w sztafecie 6×100. Każdy utwór zawiera garść niesamowitych pomysłów. Mimo to kompozycje nie sprawiają wrażenia przeładowanych. Jazz fajny jest!
Tomek Milewski


R.E.M. -”Collapse Into Now”
Album ten możemy traktować jako godne pożegnanie tej legendarnej grupy z Atlanty. Pół roku od jej wydania zespół ogłasza zakończenie działalności. “Collapse Into Now” jest w tym świetle jeszcze bardziej zrozumiałe. Każda piosenka znajdująca się na tym albumie odnosi się jakby do najlepszych płyt R.E.M. z przeszłości. Znajdziemy na niej punkową energię, piekne ballady, przebojowość, odniesienia do elektronicznej strony zespołu, a także plejadę gości, wśród których znaleźli się Eddie Vedder i Patti Smith. Prawdopodobnie ich najlepszy krążek od czasu “New Adventure in Hi-Fi”.
Tomek Milewski

Radiohead – “The Daily Mail/Staircase”
Tylko dwa i aż dwa utwory. Gdyby tak brzmiał najnowszy krążek Radiogłowych, zakochałbym się w nim bez najmniejszego problemu. Dobrze, że zdecydowali się pokazać ten materiał w wersji studyjnej. Wciąż eksperymentalnie, pod prąd, z dawką popowego chwytu, skocznych melodii, cudownych trąbek, akordów zmniejszonych. Nie są to popłuczyny po “In Rainbows”, nie jest też to “The King of Limbs” w wersji podrasowanej. To zupełnie odmienne brzmienie, które niestety nie otrzymało tak dużej uwagi, jaką powinno dostać.
Kuba Serafin

Russian Circles – “Empros”
Dalej brną w zaparte swoim ciężkim, motorycznym brzmieniem, post-metalową stylistyką i wyszło im to co najmniej przyzwoicie. Mnóstwo ludzi się jara tym zespołem, dołączam do zacnego grona. “Atackla” FTW!
Kuba Serafin

Silversun Pickups – “Seasick”
Krótkie wydawnictwo wydane w ramach International Record Day przypomniało o istnieniu Amerykanów na rynku muzycznym. Odrzuty z sesji ich drugiego albumu, “Swoon”, pokazują, że b-side’y nieraz są lepsze niż kompozycje, które można odnaleźć na płytach. “Broken Bottles” to brudne gitary i basy w stylu “Panic Switch”, “Ribbons & Detours” pięknie zgrywa się akustycznie ze spokojniejszą stroną zespołu, a tytułowy utwór to jedna z najciekawszych kompozycji Silversun Pickups, jakie powstały. Zdecydowanie warto.
Kuba Serafin

Teebs – “Collections 01″
Mtendere Mandowa swoje drugie wydawnictwo określa jako “kolekcję pomysłów”, które niekoniecznie należałoby nazywać długogrającym albumem czy nawet EP-ką. Niemniej jednak zbiór nagrań znajdujących się na “Collections 01″ tworzy dość spójną całość. Należy oddać Mandowie, że potrafi tworzyć niesamowity klimat w swoich produkcjach. Zapętlone loopy, idylliczne wokalizy, eteryczny reverb i urocze harfowe arpeggia mogą bez wątpienia wprowadzić słuchacza w stan zen.
Anna Lenarcik

Tfaruk Love Communication – “Tfaruk Love Communication”
Skoro spotykają się twórcy kojarzeni z różnymi obszarami muzycznymi (Enterout, Multiwitamina, Snowman), to nie wiadomo czego oczekiwać. Pewne jest jedynie, że ten artystyczno-stylistyczny amalgamat będzie zauważalny na nagraniach. Jeśli słuchaczy mniej obeznanych z polskim światkiem muzycznym nie przyciągają nazwiska poszczególnych członków kolektywu, warto przedstawić dwóch znamienitych gości; na debiutanckim krążku pojawiają się bowiem Wojtek Mazolewski oraz Tymon Tymański. I jak na tego drugiego przystało – absurdu nie brakuje. Zadziwia nie tylko nazwa grupy, ale i tytuły kompozycji (“Tinky Winky jest pedałem”, “Miłość zwycięża kiełbasę”). W szaleńczym “Mistrz kierownicy ucieka” fantastycznie brzmi klarnet basowy, lecz w przekroju całego albumu każdy instrumentalista dostaje czas na solową autoprezentację. Z tym też związany jest najpoważniejszy zarzut. Grupie brakuje chyba jeszcze klarownej tożsamości, bo w pewnych miejscach brakuje stylistycznej spójności. Niemniej warto mieć tych panów na oku.
Łukasz Stasiełowicz

The Budos Band – “III”
Jeśli znacie takie nazwy jak Menahan Street Band, Lee Fields, Charles Bradley, The Dap-Kings, wiecie, czego spodziewać się po trzeciej płycie The Budos Band. Tradycyjnego soulu przełamanego funkiem. Kobra na okładce nie pojawia się przypadkiem, słychać silne inspiracje afro beatem czy muzyką nubijską w stylu Alego Hassana Kubana. Zupełnie nie odkrywcze, ale smakowite.
Michał Wieczorek

The Flaming Lips – “Strobo Trip”
Nagranie sześciogodzinnego utworu musi być całkiem fascynującym zajęciem, jeśli zabiera się za to Wayne Coyne. Bicie rekordów w byciu dziwacznym wpisane jest chyba w jego CV. “Strobo Trip” oprócz sześciu godzin muzyki w oryginalnym zestawie zawierało też podręczny stroboskop. Nie dali towaru, ale tym pewnie człowiek musiał zająć się sam. Jeśli ma się czas i wytrzymałość, można się za to zabrać i pobić rekord razem z The Flaming Lips. Na koniec roku wydali też utwór 24-godzinny, ale do tego to już chyba nie mam głowy.
Kuba Serafin

The Subways – “Money and Celebrity”
Sztuka zrobienia hitu z czterech akordów muzykom z The Subways udaje się już po raz trzeci. Szału nie ma, ale frekwencja na ich koncertach zawsze będzie. Proste, radosne riffy, teksty o sławie, bogactwie znajdą odbiorców, ich muzyka zainspiruje armię 13-latków do tego, by chwycili gitarę i śpiewali o tym, że świat jest piękny (xDxDxD)/do dupy (anarchia, bijacz!). Single spełniają swoją rolę, pozostałe utwory lepsze lub gorsze zapychają album. Idealnie przeciętne, ale do posłuchania.
Kuba Serafin

The Vaccines – “What Did You Expect From The Vaccines?”
Najfajniejsze w tym zespole jest to, że nawet oni sami nie spodziewali się tego sukcesu. Kiedy “Post Break-Up Sex” nucili wszyscy, oni dalej nie wiedzieli, jak się zachowywać przed kamerami i grali pod siebie. Mariaż garażu, rock’n'rolla i indie-progresji akordowych sprawdziła się całkiem nieźle, bo jako debiutanci zaistnieli w brytyjskim muzycznym światku, do którego dostać się jest ciężko. Londyńczycy, podobnie jak The Strokes, brzmią tak, jakby im się nie chciało, a cały świat pomalowany by był na szaro. Ale dzięki temu trafiają do depresyjnego społeczeństwa dając muzyczną iskierkę nadziei. I nawet zagrali na Top of the Pops na święta.
Kuba Serafin

The War On Drugs – “Slave Ambient”
Druga płyta zespołu już bez Kurta Vile’a, który okazał się nie być niezbędnym elementem. Adam Granduciel razem z kolegami oddaje wspaniały hołd wielkim bardom Ameryki z Bobem Dylanem, Brucem Springsteenem i Tomem Pettym na czele. Dostajemy rozmyte gitary z echem, delikatne dźwięki syntezatorów, wokal odnoszący się do wyżej wymienionych wielkich i przestrzeń, niczym nie ograniczoną przestrzeń. Jestem zaskoczony, że młodym zespołom chce się jeszcze tak grać i robić to w tak wielkim stylu!
Tomek Milewski

The Washing Machine – “Into the Sun”
Na debiutancki longplay trzeba było trochę poczekać. Panowie w tym czasie jednak nie próżnowali; najpierw wydali minialbum, koncertowali (także poza granicami Polski), brali udział w konkursach, a nawet stworzyli muzykę do filmu. Wyrazisty bas, ciekawe przejścia rytmiczne, interesujące riffy gitarowe i dobrze dopasowany wokal – to wszystko znajdziemy na “Into the Sun”. Grupa nie ma się czego wstydzić, w porównaniu do wielu przeciętnych, ale zarazem popularnych, indie-zespołów z Zachodu, wypada korzystnie. Zespołowi udało się zachować balans pomiędzy przebojowością (“Dead Disco”), a ostrością (“The Hallow”). Głównym mankamentem debiutanckiego materiału jest jego długość. Nie zawsze godzinny album oznacza większą przyjemność dla słuchacza, czasami efekt jest wprost przeciwny – piosenki zaczynają nużyć. Gdyby wycięto kilka utworów, to pewnie mówiłoby się o “Into the Sun” w kontekście najlepszych polskich płyt 2011, a tak pozostaje czekać na ich następne dzieło.
Łukasz Stasiełowicz

This Will Destroy You – “Tunnel Blanket”
Płyta jako jedna plama ambientowa? Czemu nie. Choć spodziewałem się wyższego poziomu, to i tak nie zawiedli. Czasem za nudno (nawet na ambient), ale i tak wystarczy założyć słuchawki i dać się ponieść fali dźwięków rozkosznie roznoszących się po eterze. Słuchać tylko nocą, w ciągu dnia nie wchodzi to tak dobrze.
Kuba Serafin

Thundercat – “The Golden Age of Apocalypse”
Pod pseudonimem Thundercat ukrywa się znany sesyjny basista, Stephen Bruner. W minionym roku wydał on swój debiutancki krążek w wytwórni Brainfeeder. Album ciężko jest zaklasyfikować do konkretnego stylu muzycznego – jest to raczej misternie utkana mozaika, w której można odnaleźć inspiracje przeróżnymi artystami z pogranicza jazzu, soulu i elektroniki. Rozpędzone basowe i syntezatorowe improwizacje mieszają się tu ze spokojnymi i kojącymi brzmieniami sekstowych i septymowych wielodźwięków. Za produkcję odpowiedzialny jest Flying Lotus, dzięki czemu nawiązujący w głównej mierze do fusion jazzu album brzmi świeżo i oryginalnie.
Anna Lenarcik

Turbowolf – “Turbowolf”
Gdy wszyscy myśleli, że hard rock dawno umarł, pojawili się oni. Już od “Introduction” słychać, że są zdolnymi uczniami doktora Frankensteina. Wyciągnąwszy hard rockowego trupa z szafy ożywili go solidną dawką grzybków psylocybków, kalifornijskiego zielska i złotym strzałem Sida Viciousa. Zanim wypuścili go w miasto, dali mu do obejrzenia najlepszych skejtów, seriale z lat 80. i początki MTV. Schowajcie przed nim swoje dzieci, Turbowolf nadchodzi, by je opętać w imię wąsów.
Michał Wieczorek

Woodkid – “Iron” EP
Woodkid, czyli Yoann Lemoine to 29-letni muzyk, autor tekstów i reżyser. Zrobił między innymi teledyski dla Katy Perry (Teenage Dream) czy Taylor Swift (Back to December), czyli rzeczy absolutnie nie przypominające tego, co sam robi z muzyką. No, może “Born to die” Lany Del Rey wpisuje się częściowo w smutno – patetyczną stylistykę. Krótko, ale treściwie. Od pierwszych dźwięków “Iron” drży w posadach ziemi, a każdy żywy kark gnie się w skłonie przed majestatem tych trąb, smyków i głosem zdolnego Francuza. Idealny soundtrack do gry komputerowej. Tam też właśnie wylądowała tytułowa piosenka – można ją usłyszeć w Assassin’s Creed: Revelations. Dalej jest już tylko delikatniej i piękniej. Brooklyn jest smutno-rzewny, a Baltimore staje się na tej EP-ce spełnieniem marzeń o pięknej śmierci. Palce mkną po klawiszach niczym deszcz po parapecie, potem wchodzą smyki, wszechobecne trąbki, a skrzypeczki pojawiają się jeszcze w “Wasteland”. O jakie to smutne, jakie to rzewne, jakie to piękne…
Maria Grudowska

YACHT – “Shangri-La”
Projekt Jonathana Bechtolta z płyty na płytę subtelnieje. Nie słychać już surowości obecnej na płytach nagrywanych w pojedynkę, a od poprzedniej, “See Mystery Lights” szef projektu pozwolił wreszcie Claire Evans rozwinąć skrzydła. Jej śpiew panoszy się po całym albumie, kradnąc koledze całą rajską krainę. Ale nie tylko ten świetny wokal sprawia, że “Shangri-La” jest najlepszą płytą YACHTu, także muzyka robi wrażenie bardziej przemyślanej i lepiej skomponowanej. Melodiom nie można się oprzeć, nawet, jeśli czasami wydają się zbyt podobne do siebie. Dobra zabawa nie jest przy tym bezmyślna – skocznym rytmom towarzyszą świetne teksty, które z lekkością traktują nie tak błahe tematy (St. Peter, don’t you call me ’cause I can’t go/I love my friends in hell). Prym wiedzie tematyka futurystyczna (The future is a poem/’Cause it doesn’t yet exist), dużo jest też uroczych gier słownych (“Tripped and Fell in Love”, And even in Arcadia: Ego! Ego! Ego!). To muzyka do tańca, i to szalonego, o czym zresztą mogliśmy się przekonać na tegorocznym Off Festivalu.
Katarzyna Borowiec

Youth Sounds – “Tomorrow and Tomorrow and Tomorrow”
Słodkie granie indie według przepisu z roku 2011. Dużo fajnych, quasi-garażowych gitar, sporo klawiszy. Fuzja lat zerowych i lat osiemdziesiątych powinna była się sprawdzić. Muzycznie zespół plasuje się między ATB, Madonną i Eurythmics wzbogaconą o gitarowe delaye. Brzmieniowo bardzo zbliżone np. do amerykańskiego YACHT, choć brakuje jeszcze werwy Jony Bechtolt.
Kuba Serafin




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.