Osiem rzeczy – cztery ostatnie

Czyli druga część relacji z ósmej edycji Off Festivalu.

Biorąc przykład z roześmianego (szokująca zmiana zdjęcia w książeczce festiwalowej) Artura Rojka, który przypomina, że na festiwalu można kogoś poznać, wrażenia koncertowe podzieliłam na osiem kawałków, według rozmaicie dobranych kategorii tematycznych.

Na czym to skończyliśmy?

Na Mykki Blanco…

Rzecz piąta: ciało

Koncert Mykki Blanco to nie tylko muzyka, ale także performance na istotny temat. Oprócz skłaniania do przemyśleń efekt był także natury estetycznej – nogi Blanco wygrały u mnie w konkursie striptizerskim z nogami Patricka Wolfa, które ten w zabawnym geście odsłaniał w czwartek. Jego tors przewyższył również innego muzyka grającego ciałem – wokalistę Dope Body.

Zgodnie z nazwą na piątkowym koncercie tej formacji było na co popatrzeć. Wokalista Andrew Laumann marzy chyba o byciu nowym Iggym Popem, jednak to, co panowie grali w przerwach pomiędzy wykrzyknieniami w rodzaju we want marihuana! pozostawało w tle spoconej klaty lidera. Mieszanka hałaśliwego rocka i punka, skoczna i całkiem zgrabna, szybko wylatywała z uszu pod naporem wrażeń dostarczanych przez festiwal.

Ciała nie zawsze udawało się zobaczyć, nie tylko dlatego, że nie wszyscy wykonawcy poddali się upalnym temperaturom, ale również ze względu na dzikie tłumy przesłaniające scenę. Tak było na koncercie Thee Oh Sees, których niżej podpisana ze względu na swój podły wzrost nie widziała ani przez chwilę. Koncert był za to zdecydowanie jednym z najlepszych, a przynajmniej najbardziej energetycznych podczas tegorocznego Offa. Do żywiołowych kawałków grupy publiczność bawiła się tak intensywnie, że podobno w podłodze sceny eksperymentalnej pojawiła się dziura. Materiał kalifornijskiej grupy na żywo jest bez porównania lepszy niż w wersjach studyjnych, a koncert tak kipiał energią, że skończył się dwadzieścia minut przed czasem. Ze względu na jego intensywność nikt nie może mieć jednak o to pretensji do zespołu. (Zwłaszcza, że podobno w końcu wrócili na bisy, choć czekanie na nie przerosło możliwości niżej podpisanej).

Rzecz szósta: elektronika

Było jej chyba mniej niż zwykle, ale dla spragnionych już za dwa tygodnie w tym samym miejscu swoich ulubieńców zaprezentuje festiwal Nowa Muzyka. Bolesne było odwołanie koncertu The Haxan Cloak, który jest przeżyciem wyjątkowym.  Trzeba było się zadowolić innymi władcami laptopów.

Na początek trudny wybór – Blondes kontra Laurel Halo. W tym roku Artur Rojek wyjątkowo złośliwie zestawiał ze sobą o tej samej godzinie koncerty w podobnym klimacie. Początek setu nowojorczyków nie brzmiał zbyt zachęcająco – owszem, był bujający i zgrabny, ale zapowiadał dosyć sztampowe zagrania – dlatego mój wybór padł na tak wyjątkowe zjawisko, jakim jest kobieta za konsoletą. Laurel i jej długie falujące do rytmu włosy okazały się wyborem znakomitym: nie tylko szastała tanecznymi bitami nie gorzej od Haara i Steinmana, ale w swój set wplatała dźwięki o niebo ciekawsze, sprawiając, że nie tylko nogi, ale i słuch miał za czym podążać.

Całkiem nieźle z dobijaniem piątkowej publiczności poradził sobie Shackleton, choć zabrakło mroku, z którego podobno jest znany. Spotykałam się często z porównaniami jego muzyki do dokonań Haxana, ale offowy występ zdecydowanie zaprzeczył takiemu zestawieniu.

Świetnie jak zawsze wypadł John Talabot, po roku grający w tym samym miejscu, choć na innym festiwalu. Hiszpan nie sprowadza swojej muzyki do bujania się przed ekranem przenośnego komputera – wraz z towarzyszącym mu Pionalem odtwarzają dźwięki przy pomocy całego stołu elektronicznych urządzeń oraz kilku instrumentów perkusyjnych i głosu (bez zapętleń!). W Katowicach muzyk zaprezentował kilka nowych kompozycji, które potwierdzają chodzące słuchy o nagrywaniu nowego albumu.

Za laptopem schowała się Fatima Al Qadiri, pani produkująca dźwięki tyleż taneczne, co rozczarowujące, głównie za sprawą swej natury. Jaki jest sens puszczania rapu z komputera? Otóż żaden. Tego typu dj sety mogłyby mieć miejsce na weekendowych zabawach w klubach, choć niestety ich polscy rezydenci zazwyczaj radzą sobie z zabawianiem publiczności o wiele mniej zgrabnie niż Fatima.

Na deser u zarania poniedziałku odbył się “Austra dj set”, czyli Maya Postepski próbująca swoich sił w wyżej wspomnianym sporcie. Radziła sobie całkiem nieźle, prezentując brzmienia mocno perkusyjne na zmianę z łagodniejszymi, i choć czasem gubiła się w rytmach, całość wypadła sympatycznie.

Rzecz siódma: trochę dobre, trochę nie, w sumie nie wiadomo

Na początek sprawa Zbigniewa Wodeckiego. Ponoć na którymś z nagrań wideo moja uśmiechnięta gęba firmuje stwierdzenie o pozytywnym odbiorze koncertu, więc nie będę udawać, że mi się nie podobało. Koncert bardzo radosny, a przy tym niesamowicie sprawnie zagrany – o jakości muzycznej Mitch & Mitch nikogo chyba nie trzeba przekonywać. Niestety mimo wszystko było tam za mało Mitchów, a za dużo Wodeckiego, który wprawdzie świetnie radził sobie na skrzypcach, ale nieustannie rozwalał dyskretnym, acz irytującym powiewem kiczu. Nasza miłość jednak kole/usiądźmy przy stole; ja jestem żonaty/oddaję ci te kwiaty – to wszystko bawi, ale do czasu. Nieustannie wydawało mi się, że pan Zbigniew śpiewa Śnieg jak młodej panny dres, ale te wszystkie częstochowskie zagrania pozbawione były takiego mrugnięcia okiem. Szkoda.

Julia Holter, która powiedziała, że w Polsce jest już szósty raz, ślicznie prezentowała się na scenie Trójki. Grała głównie materiał z nadchodzącego albumu, co jest niewątpliwie plusem – zawsze najciekawiej usłyszeć nowe kompozycje. Całość była delikatna i subtelna… czy to wina atmosfery braku zainteresowania panującej w tylnej części namiotu, czy zmęczenia – nie udało mi się wczuć w ten spokojny nastrój. Julio, skoro tak lubisz nasz kraj, to przyjedziesz, mam nadzieję, jeszcze raz.

W ramach wczesnopopołudniowych atrakcji w sobotę wystąpili w tym namiocie również Glass Animals. Niby ładne, panowie mają fajne kocyki na stołach, gitary, klawisze, perkusja, elegancko, ale nie sposób nie kojarzyć tego wszystkiego z twórczością Alt-J. Przy czym ci ostatni są zdecydowanie ciekawsi.

Nieciekawy był również koncert The Soft Moon – miks Joy Division z radosnymi kawałkami The Cure powtórzony piętnaście razy w przeciągu pół godziny. Mikal Cronin produkował na scenie dźwięki równie wtórne – coś w rodzaju brit popu z lekką domieszką swego kolegi Ty’a Segalla.

Rzecz ostatnia: najlepszy zespół na świecie

Jako fanatyk Godspeed You! Black Emperor nie mogę się zgodzić z żadnymi zarzutami typu “nudno”, “cicho”, “monotonnie”, “brzydkie wizuale” etc. Z pierwszego rzędu słychać było doskonale, a tło jest efektem pracy pana zawiadującego projektorami i najprawdziwszą taśmą filmową starej daty, który w Poznaniu wzbudził wiele zachwytów, bo rezydował nieco niżej i niektórzy podziwiali jego pracę z bliska. Właśnie, koncert w Poznaniu. Porównywanie tych dwóch okazji do zobaczenia najlepszego zespołu na świecie nie ma najmniejszego sensu. Ponieważ występ tej kanadyjskiej formacji w tych okolicznościach to zwyczajnie największa pomyłka.

Efrim i kompania, produkujący olśniewające, monumentalne kompozycje na tysiąc przeplatających i uzupełniających się gitar, smyczki i dwie perkusje to jest coś, co należy podziwiać w skupieniu, czym można delektować się potem tygodniami. Jak po takim doznaniu iść na Austrę? Jak można taki występ wcisnąć gdzieś między Skalpela a Holy Other?… Żeby gdzieś z lewej dobiegały hałasy z próby dźwięku Zeni Geva? Toż to prawie świętokradztwo.

Mimo wszystko rockowa orkiestra z Kanady zagrała hipnotyzujące drone’owe intro i trzy przepiękne kompozycje – “Mladic”, “Moya” i świeży, ponad czterdziestominutowy “Behemoth”. Oczywiście lepiej brzmiałyby w sali koncertowej grane dla wyznawców post-rocka. Czego im wszystkim życzę jak najszybciej.

Katarzyna Borowiec

fot. Gosia Lewandowska

cześć 1




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.