16.06.2015 12:28

Autor: Kuba

Orange Warsaw Festival 2015 – relacja z dnia trzeciego

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | | | |


Orange Warsaw Festival 2015 – relacja z dnia trzeciego

Finał w wysokim C.


Finał tegorocznej edycji Orange Warsaw Festival ma tak naprawdę jedno imię. Jest nim Muse. Pierwszy artysta warszawskiej imprezy był zapowiedziany jako jeden z headlinerów. Traf chciał, że skończyło się na zupełnie innym wniosku – był jedynym. Widać to było zdecydowanie po ilości ludzi zgromadzonej na Służewcu – koszulki trio pojawiały się z każdej strony. Po raz pierwszy uświadczyłem także ogromnych kolejek przed wejściem, co jednoznacznie świadczyło o tym, dla kogo tu przyjechali.

Zanim jednak mogliśmy wyczekać na finał wieczora, w międzyczasie można było także zobaczyć kilkoro wykonawców. Birth of Joy zaprezentowali swoją siłę jako młoda, rockowa kapela, która próbuje ugryźć trochę zastygłą formułę prog-rockową. Benjamin Clementine natomiast wzruszał swoją wrażliwą, fortepianową melodyką. Może wyszło to trochę niefortunnie, że powiedział spasiba, ale patrząc całościowo na jego set, można mu to jak najbardziej wybaczyć.

Kiedy teren festiwalu zaczynał coraz bardziej się zagęszczać, na scenę Orange Stage wkroczyli weterani polskich imprez – Metronomy. Nie miałem okazji zobaczenia ich z materiałem z “Love Letters”, więc od razu przyznaję, że obawiałem się formy nowego albumu w wersji na żywo. Jednak na szczęście zostałem przyjemnie zaskoczony. Niestety nie mogę powiedzieć tego samego o Bastille. Jestem do nich niesamowicie uprzedzony i mam gigantyczny problem ze sztampą w postaci ich pierwszej płyty. Choć na żywo materiał zabrzmiał lepiej, niż się tego spodziewałem, wciąż nie mogłem pozbyć się tego powiewu gimbazy spod barierek. No dobra, chociaż tyle dobrego, że zrobili fajny cover “Rhythm is a Dancer” i zagrali jeden dobry kawałek z nadchodzącej płyty. Może jest jeszcze nadzieja.

Na koncert Incubus wszyscy spóźnili się kilkanaście lat – łącznie z samym zespołem. Niemniej jednak, Amerykanie pokazali, że wciąż mogą zabrzmieć świeżo i intrygująco. Szczególnie, gdy pozwalają sobie na odrobinę nonszalancji w improwizacjach – wykonanie “Sick Sad Little World” rozłożyło na łopatki. Nowe kompozycje – “Absolution Calling” i “Dance Like You’re Dumb” także dały radę, choć nie ukrywajmy, wszyscy wyskoczyli jak z procy przy pierwszych dźwiękach “Megalomaniac” czy “Wish You Were Here”.

Ale wszystkie te zespoły stanowiły przystawkę przed głównym daniem Orange Warsaw. Choć spóźnili się o kilkanaście minut, Muse w rytm skitu “Drill Sergeant” rozgrzało wszystkich wchodząc w dobrze znany riff “Psycho”. Przez 90 minut trio z Teignmouth przerzuciło nas przez całą swoją twórczość. Nie brakowało zaskoczeń – chociażby w postaci premierowego wykonania “The Handler”, które zabrzmiało po raz drugi na całej trasie “Drones” czy rzadziej wykonywanego “Apocalypse Please”. Jednak zdecydowana większość seta była zachowawcza z dużym naciskiem na singlowość. W przypadku Bellamy’ego i spółki nie jest to coś krzywdzącego, ale dzień wcześniej zagrali niesamowity set na festiwalu Download w Wielkiej Brytanii, gdzie postawili na cięższy i rzadziej wykonywany materiał. Choć brakowało większych niespodzianek, nie zmienia to faktu, że obecnie Muse to jeden z najlepszych koncertowych zespołów świata. Kiedy przestaniemy się przejmować wystudiowanymi ruchami muzyków czy okazjonalnymi brakami energii, wciąż możemy cieszyć się z tego, że jedna z najważniejszych formacji współczesnego rocka dała bardzo dobry koncert. Oczywiście pozostaje wierzyć, że nie jest to ostatnie słowo grupy i w przypadku europejskiej trasy swojej nowej płyty, umieszczą Polskę na swojej mapie.

Orange Warsaw Festival dobiegł końca. Powrót na Służewiec był jednak dobrym wyborem i cieszy mnie, że pomimo pewnych przeciwności atmosferycznych, w ciągu trzech dni byliśmy świadkami momentów dobrych i tych złych – na szczęście z przewagą tych pierwszych. Dla warszawskiej imprezy ósma edycja nie powinna być ostatnią, ponieważ ma ona szansę stać się pewną konkurencją dla niezachwianego Open’era. Pozostaje wierzyć, że tym razem organizatorzy pójdą po rozum do głowy i skonstruują jeszcze lepszy line-up, żeby od początku zachęcał ludzi do kupna biletów – nie tylko tych jednodniowych. Przy okazji jednak pamiętajmy o tym, żeby najwyraźniej czekać z biletami do ostatniej chwili. Może i tym razem zgarniemy je za pół ceny przed samym festiwalem (błagam, zmieńcie ekipę w marketingu, bo powtórki z rozrywki już nikt nie wytrzyma). A my tym samym żegnamy stolicę i mamy nadzieję, że wciąż się zobaczymy w przyszłym roku.

Kuba Serafin
fot. Gosia Lewandowska




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.