16.06.2014 17:39

Autor: Maria

Orange Warsaw Festival – relacja z dnia trzeciego

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | | | |


Orange Warsaw Festival – relacja z dnia trzeciego

Dzień w odcieniach rocka i jaka to melodia.

Ostatni dzień największego miejskiego festiwalu w Polsce upłynął zdecydowanie pod względem muzyki rockowej. W różnych odcieniach, z różnymi domieszkami, z deserem w postaci mega imprezy.

Warsaw Stage. Pierwszy artysta i już zaskoczenie. Z założenia polskie rock bandy omijam szerokim łukiem, bo zazwyczaj ich przepis na sukces, zasada w stylu: “każdy sobie, byle głośno”. Tymczasem Chemia nie idzie na łatwiznę i zamiast łupać na oślep po instrumentach, grają zrównoważony, melodyjny rock. A wokalista potrafi nie tylko prowadzić konferansjerkę, ale i śpiewać. Oby więcej takich zaskoczeń w moim życiu.

Kilkadziesiąt minut później natomiast, pierwszy koncert na scenie głównej festiwalu i odczucia zupełnie inne. Scena należała do Milesa Kane’a: pana, którego twórczość nie do końca mnie porywa: ani solo, ani z The Last Shadow of Puppets, choć oczywiście są wyjątki, głównie z “Colour of the Trap”. A skoro pierwszy koncert na scenie głównej, to czas wypowiedzieć się o dźwięku. Otóż drodzy organizatorzy: to było zło. Samo zło. Domyśliłam się, że pierwszym utworem był “Inhaler”. Potem nie trafiłam już nic w tej festiwalowej odsłonie jaka-to-melodia. A po trzech utworach wyszłam, żeby moje uszy nie krwawiły.

The 1975? Podobny problem. Grupa z Manchesteru wydała jedną płytę, którą znam na pamięć, a na żywo zrozumiałam tylko “The City”. Pozostawało mi więc skupiać się na lokach Matthew Healy’ego i charakterystycznym gitarowym riffie, którego dźwięk można było wyłapać.

Zdecydowanie lepsza sytuacja panowała na Warsaw Stage. Tutaj na scenie doborowe, choć liczne towarzystwo reaktywowanego w tym roku Jurassic 5. Wisienką na torcie było skreczowanie: zarówno jeśli chodzi o jakość, jak i wymyślne instrumenty. Bo po co komu mikser wielkości kartki A4, kiedy można mieć mikser wielkości połowy sceny, do tego kilka futurystycznych sprzętów do noszenia na szyi i skreczowania biegając po scenie. Oczywiście wielkość szła w parze z jakością: skrecze wprawiały w drgania organy wewnętrzne nawet słuchaczy z odleglejszej części publiczności.

Limp Bizkit, Wesa Borlanda i Freda Dursta w charakterystycznej czerwonej czapeczce słuchałam do zdarcia pod koniec gimnazjum, kiedy wyszła “Chocolate, Starfish and the Hot Dog Flaovoured Water”. Wtedy to na lekcji angielskiego długo tłumaczyłam nauczycielce, dlaczego “make up” nie jest wystarczająco mocnym słowem w w przypadku kreacji scenicznych Wesa i dlaczego lepiej nie puszczać ich piosenek grupie uczniów. Spotkanie ich teraz było jakby spełnieniem marzeń z dzieciństwa. Żadna z ich późniejszych płyt nie powtórzyła sukcesu “Chocolate…”, a “Rollin’” i “My Generation” nie mają sobie równych, a dziewczyna, która wyszła na scenę nawet nie wie jak bardzo jej zazdroszczę. Co ciekawe, nawet po 14 latach od daty premiery, pamiętałam wszystkie teksty. Taka to była miłość!

Koncertu Kasabian chyba nie powinnam opisywać ze względu na mój bezkrytyczny, psychofański stosunek do zespołu. I nie przeszkadzały mi ohydne okulary Toma Meighana (to już chyba znak rozpoznawczy wokalisty), ani nieustające braki w nagłośnieniu. Szkoda tylko, że nie słychać było solówek gitarowych Serge’a, i że tak mało piosenek z “48:13″ weszło do festiwalowej setlisty.

Postaw na scenie wielkie pudło. Do chórków zatrudnij dwie dziewczyny: jedną z niebotycznym afro, drugiej dopnij czarne skrzydła. Teraz wypuść na scenę dwóch wariatów z Outkast i szał na widowni murowany. Jeśli do tego zagrają na samym początku “Miss Jackson”, a później jeszcze kilka innych super hitów, publika należy do nich.

I na sam koniec, gwiazda sceny Dj-skiej na całym chyba świecie, David Guetta! Wielka platforma, scena plująca ogniem, dymem, konfetti w trzech wzorach i kolorach, wizualizacje wielkości sceny… Szaleństwo urodzaju! Nie wiadomo gdzie się patrzeć: czy na scenę, gdzie David w klasycznej DJ-skiej pozie (z jedną ręką w górze, ewentualnie dwoma) wciska przyciski, czy na publiczność, gdzie szalała burza konfetti, czy na innych festiwalowiczów, żeby podziwiać ich zdolności taneczne. Jeśli zaś chodzi o taktykę Davida na sukces, została przejrzana po trzeciej piosence. Uwaga, podaję przepis na sukces: 30 sek utworu, przejście, “umc-umc-rrram-tam-tam – ogień”. Sposób tani, ale jak widać można zbić na nim miliony.

Maria Grudowska
fot. Gosia Lewandowska




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.