02.07.2015 19:24

Autor: Kuba

Open’er Festival 2015 – dzień 1, fotorelacja

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | | | | |


Open’er Festival 2015 – dzień 1, fotorelacja

Pierwsze koty za płoty.

Kuba Serafin: Przez chwilę wydawało się, że Gdynia stanie się drugim Glastonbury pod względem ilości błota na festiwalu. Na szczęście wszelkie prognozy się pomyliły i czternasta edycja festiwalu Open’er przywitała gorącym słońcem i otwartymi ramionami. Przez cztery dni będziemy świadkami świetnych koncertów i dobrej muzyki. Jest to też ciekawa edycja pod względem line-upu. Po raz pierwszy zderzyliśmy się z tak wielkim eklektyzmem i postawieniem na artystów mniej znanych, a także gigantycznym rozstrzałem stylistycznym. Jest to wielki plus dla organizatorów, bo na pewno będą dzięki temu w stanie znaleźć sobie dodatkowy target i sprzedać większą liczbę biletów, ale zarazem stanowi to gigantyczny minus, bo tworząc festiwal dla wszystkich, tworzą tak naprawdę festiwal dla nikogo. Odbiło się to w dużej mierze na ilości stałych Open’erowiczów, którzy do Gdyni przyjeżdżają od lat.

Pierwszy dzień festiwalu to zdecydowanie hip-hop w przeróżnej postaci. Od politycznie nacechowanego A$apa Rocky‘ego, przez duet producencki HV/Noon ze swoją ciężką, arytmiczną artylerią dźwięków na wielkim headlinerze kończąc. Tak naprawdę Drake raczej mało mnie obchodzi jako zawodnik i zdecydowanie wolałem oryginalnego Kendricka (który wylądował na innym festiwalu Alter Artu), ale z tym już niestety nie da się nic zrobić i mieliśmy w zastępstwo Kanadyjczyka. Tu zaskoczenie, bo nie było tak źle, jak się spodziewać mogło. Pomimo półgodzinnego spóźnienia, dał dobre one man show, a masa ludzi pod główną sceną wyraźnie dała do zrozumienia, dla kogo dziś się tu pojawiła. Fajerwerki na koniec oczywiście nie wpłynęły na mój odbiór, ale miło było kąpać się w blichtrze stardomu, jaki niewątpliwie Drake reprezentuje. Oczywiście, nie tylko na hip-hopie się skończyło. Środa także była bogata pod względem gitarowego grania, zaczynając od Kodaline.

Maria Grudowska: Ja od razu przepraszam, ale jestem w nastroju, że mi się spodobało. Było romantycznie-lirycznie, z dużą dawką uczuć mniej lub bardziej smutnych. Oczywiście, że słyszałam, ze wokaliście parę razy załamał się głos. Oczywiście, że słyszałam lekki fałsz i zdaję sobie sprawę, że całokształt pracy zespołu to target na romantyczne siedemnastki. No cóż, ja się czuję młodo! Jak gitary, to także Modest Mouse – największa atrakcja i największe rozczarowanie… Pan od nagłośnienia będzie z pewnością wspominał ten dzień do końca życia oblewając się pąsem. Pierwsze kilka piosenek, oh wait, w sumie pierwsze 30 minut koncertu, nie było w ogóle słychać wokalu. Bogu ducha winien zespół grał dalej, a bogu ducha winna publiczność krzyczała “We can’t hear you!”. I tak oto “Lampshades on Fire” przepadło i słyszał go tylko Isaac. …o ile choć w odsłuchu coś grało.

Kuba: A mnie się bardzo podobało i cieszę się, że klasyczne “do trzech razy sztuka” także miało tutaj swoje zastosowanie. Isaac Brock zachowywał się jak prorok rocka i było mu z tym do twarzy. Towarzysząca orkiestra stworzyła zgrany nonet, który przekrojowo poleciał z materiałem amerykańskiej grupy – od rarytasów z “The Moon and the Antartica” po single z ostatniego “Strangers to Ourselves”. To był świetny koncert i chciałbym już kolejnego w mniej spartańskich warunkach scenicznych. A nagłośnienie bardzo szybko się poprawiło, Marysiu! Oprócz tego, Alabama Shakes zagrali świetny koncert, na którym trzeba było być. Brittany Howard jako krzyżówka Arethy Franklin i Janis Joplin dała także radę w wykonaniu scenicznym, bo obawiałem się tego, że nie będzie już tak dobrze jak na albumie. Bluegrassowe korzenie i blues-rockowe petardy dały jeden z najciekawszych występów tego dnia. Do tego warto było zobaczyć Alt-J.

Maria: Królowie wieczoru! Nic nie zepsuli, niczego nie zgubili, rozpoczęli punktualnie grając zestaw najbardziej znanych spośród znanych kawałków. I całe Babie Doły śpiewały “This is for, this is for Mathilda”. Było kolorowo, gorąco, elektronicznie!  Jak dla mnie, najlepszy występ pierwszego dnia festiwalu!

Kuba: Niewątpliwie można było doznać paru dobrych punktów podczas tego koncertu. Na “Breezeblocks” były ciarki, ale wciąż nie mogę słuchać ich drugiej płyty – także w wersji live.

Maria: Nie zapomnijmy o koncercie Cheta Fakera. Zawsze na festiwalu musi być jakiś smutas. Ktoś, kto wydał ostatnio album/zrobił karierę/zrobił oszałamiającą karierę i zapraszamy go. Ale czasem ten ktoś robi nam na złość i zamiast rzewnego, spokojnego setu, dostajemy… stroboskopy i technoparty! Kiedyś na tej samej scenie i pod tym samym namiotem zrobił tak James Blake, w roku pańskim Anno Domini 2015, ten numer powtórzył Australijczyk. Miało być spokojnie, melancholijnie, elektronicznie i smutno… Były stroboskopy i elektroniczne show! Było cudownie, nie było tylko czym oddychać.

Na sam koniec zła wiadomość dla wszystkich zaspanych, spalonych i pijanych wczorajszej nocy na koncercie Die Antwoord: moi drodzy, to się wydarzyło naprawdę! Naprawdę po scenie biegał Pikachu 2 metry wzrostu, mały prosiak i jeszcze dwa inne niezidentyfikowane zwierzaki. Naprawdę na scenie występowały dwie tancerki w obcisłych białych kostiumach z napisem SEX gdzie popadnie, a Yolandi i Ninja biegali po scenie kompulsywnie, pokrzykując do mikrofonów. Rozumiem, że to nowatorskie podejście, odejście od kanonu i tak dalej. Zrozumcie, że mnie to nie wciąga.

Kuba: Tak jest! Widzimy się jutro na relacji z kolejnego dnia festiwalu Open’er!

tekst: Kuba Serafin, Maria Grudowska
foto: Maria Grudowska




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.