03.07.2015 17:13

Autor: Kuba

Open’er Festival 2015 – dzień 2, fotorelacja

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | | | | |


Open’er Festival 2015 – dzień 2, fotorelacja

Kilka cennych strzałów.

Kuba Serafin: Druga odsłona tegorocznego Open’era to zdecydowanie mocniejsze tony, więcej przesterów i masa pozytywnych emocji. Był to też dzień trudnych decyzji i nakładających się line-upów, nerwowego biegania między scenami i pogody, która rozkładała nawet najtwardszych. Jednak pomimo okropnego słońca, rzesza festiwalowiczów od wczesnych godzin popołudniowych posłusznie stała pod scenami. Dla mnie na pierwszy strzał weszli brytyjscy Marmozets. Słuchałęm albumu, zanim zostali ogłoszeni i zaskoczyłem się, że akurat na tę “kolejną nadzieję rocka” padło, bo nie grają przystępnej muzyki. Szczególnie, gdy idą w rejony połamanych struktur i post-hardcorowego wycia, nie jest to zdecydowanie muzyka dla każdego. Wielki szacunek dla Becci Macintyre, bo dziewczyna potrafi krzyknąć tak, że mężczyznom robi się głupio. Choć muzycznie nie jest to w żadnym wypadku nic nowatorskiego (choć Polacy lubią takie skoczne i głośne rzeczy), nadrabiają w dużej mierze za pomocą gigantycznej masy energii i szczęścia, którym emanują. A łzy wokalistki, które poleciały po kolejnej owacji publiki, były całkowicie szczere.

Tom Odell był dla mnie zawsze smutnym panem z fortepianem i nawet tak żywy koncert nie był w stanie zmyć tego dziwnego uczucia, które miałem przez cały występ. Tyle dobrego, że muzyk występował wraz z całym zespołem, który przykrywał masę mankamentów i zazębiał kompozycyjnie resztę. Nie oznacza to jednak, że nie było po prostu nudno. Zobaczyłem “Another Love” na żywo, mogę wracać do domu.

Maria Grudowska: Dokładnie. Oczywiście tłumy pod sceną z iskrą w oku, prześcieradłem w jednej i kwiatami w drugiej stały zapatrzone w Toma, ale na starsze dziewczyny to chyba już nie działa.

Działa za to młode pokolenie grające i śpiewające tak, że aż się radość w sercu rodzi! Rysy na Alter Stage były jak dla mnie pierwszym zespołem, na dźwięk którego iskra w oku się zaświeciła, a serce urosło. Pokrzywdzono tylko trochę zespół dając im łatkę Made in Poland, a co za tym idzie – puszczając wcześnie i na Alter Stage.

Kuba: Enter Shikari brzmiało mi jedynie w tle, choć zobaczyłem ich na tyle, żeby stwierdzić, że chyba już nie chce mi się słuchać czegoś takiego. Było to nawet fajne kilka lat temu, ale ostatni album, “The Mindsweep”, jest nieciekawy i miałki, choć na żywo trochę się broni. Ale ciężko nie lubić typów, którzy lubią sobie grać na gitarach i jednocześnie skakać na trampolinach.

A kto nie poszedł na Tent Stage zobaczyć Eagles of Death Metal, ten wielka trąba. Hughes i spółka zagrali całkowicie bezkompromisowy set i pokazali, że proste granie może wzbudzić masę emocji. Choć brakowało mi niespodziewanego pojawienia się Josha Homme’a na scenie, muzycy zrobili wszystko, żeby publiczność została rozkręcona do granic możliwości. Dawno nie widziałem takich histerycznych reakcji widzów na każdą, nawet najmniejszą rzecz (powiedzcie, kto krzyczy przy okazji sola na basie?!). Zespół sam był zaskoczony i autentycznie szczęśliwy, że udało im się coś takiego osiągnąć. Pokochali Polaków, a oni pokochali ich. Wyczuwam kolejny przystanek na trasie nowej płyty. A z niej zagrali kilka rzeczy i zapowiada się bardzo, bardzo dobrze.

Maria: porzućmy na chwilę gitary i amerykański kowbojski sen i powróćmy do Wielkiej Brytanii, z której przyjechali Django Django. Choć szał na nich miał miejsce w 2012 roku, a druga płyta przeszła jakoś, przynajmniej w mojej świadomości, bez echa, to panów trzeba głośno i solidnie pochwalić. Dali genialny, imprezowy set z naciskiem na rytm, dzięki czemu ci, którzy bawili się w namiocie zaoszczędzili sporo na energetykach. Po prostu genialne połączenie muzyki, stroboskopów i pozytywnej energii! Chcę więcej!

Kuba: The Libertines to legenda i wszyscy o tym dobrze wiedzą, że bez nich ruch nowej fali brytyjskiego indie byłby mocno opóźniony. Miło było zobaczyć Doherty’ego (zobaczymy, na jak długo) i Barata stojących pionowo i śpiewających w punkt. Cały ten koncert był właśnie taki miły, przyjemny, z nutą nostalgii. W tym wypadku jest to zarzut, bo kompletnie mnie nie porwali nie licząc kilku małych momentów, gdzie zagrali swoje największe hiciory i poczuć można było iskrę. Nowy album może będzie ratunkiem, ale takie reaktywacje noszą ze sobą poczucie utraconego czasu i braku potencjału. Obawiam się, że grupę czeka ten sam los. Obecnie The Libertines są głosem mijającego pokolenia, więc nie jest to już to samo, co kilkanaście lat wcześniej, kiedy ich muzyka miała moc. Czy powrócą do łask, przekonamy się przy premierze “Anthems For Doomed Youth” już we wrześniu.

Są też reaktywacje, które miały zdecydowanie sens. Szwedzki Refused po kilkunastu latach powraca do grania, wydaje album, robi trasę i pojawia się w Polsce po ponad dwóch dekadach absencji. Jak na takie wydarzenie (było to swoiste release party, ponieważ koncert był transmitowany także poprzez oficjalną stronę zespołu), przykro było patrzeć na pustki w Alter Stage. Jest to częściowo zrozumiałe, ponieważ z bangerami Major Lazer ciężko wygrać (o tym później), ale wciąż ludzie powinni poznać, w czym tkwi siła tego zespołu – w przekazie. Granie politycznej muzyki jest zawsze trudne i nie każdy umie się za to zabrać, ale Szwedom wychodzi to wyśmienicie. Do tego są w niebywale dobrej formie i przez to utwory z “Shape of Punk to Come” zabrzmiały potężnie. Na koniec życzę wszystkim takiej kondycji, jaką miał Dennis Lyxzen – dystans, który przebiegł, można spokojnie liczyć w kilometrach. A z mikrofonem wyczynia takie tricki, że połowa sceny mogłaby się uczyć scenicznego zachowania i gigantycznego luzu, bo tylko to pozwala na takie akrobacje.

Bo taka kondycha przydałaby się na Major Lazer. To była prawdziwa, prosta, łopatologiczna wręcz, impreza, a Polacy się dobrze w takich klimatach czują, ponieważ frekwencyjnie pobili nawet wczorajszego Drake’a i szaleli przez cały set pełen bangerów. Choć po pewnym czasie wszystko zrobiło się już na jedno kopyto, nie przeszkodziło to nikomu w klaskaniu, skakaniu, tańczeniu czy wyrzucaniu koszulek w niebo. Diplo to mistrz robienia chwytliwych melodii i kłaniam mu się za to w pas, ale przaśność samego występu spowodowała, że ostatecznie miałem dość mieszane uczucia. Niemniej jednak, pierwsza wiksa zaliczona.

Maria: Major Lazer ponad wszystko! Racja, to już nie był koncert ale jedna wielka kolorowa impreza, gdzie trup i serpentyny słały się gęsto. Nie było też MO, żeby zaśpiewać na żywo największy hit ostatnich miesięcy, ale nie oszukujmy się, komuś to przeszkadzało?

I doszliśmy do końca line-upu dnia drugiego. A tam: Faithless we własnej osobie. Zespół – ikona. Zespół – wzór do naśladowania dla wszystkich, którzy kiedykolwiek wzięli się, nawet w myślach za robienie muzyki elektronicznej. Niestety, porównując to, co działo się na stronie głównej podczas koncertu Major Lazer i Faithless, muszę zakrzyknąć: umarł król, niech żyje król! Choć widzę, że kolega poniżej ma inne zdanie.

Kuba: Ostatnim punktem programu dnia drugiego byli Faithless ze swoją trasą 2.0. Bogate instrumentarium i świetne aranżacje zmieniły dotychczasowe klasyki w prawdziwą ucztę dźwięków. Do tego świetne wizualizacje i lasery pokazały, że weterani sceny mogą zagrać na koniec dnia, który zmęczył wszystkich i zebrać ogromną ilość ludzi. Po trochę monotonnej imprezie, którą zafundowali nam Majorzy, to była świeża i przemiła sprawa. Jest to właśnie festiwalowe prawo w praktyce – można znaleźć coś dla siebie i zestawić ze sobą rzeczy bardzo od siebie dalekie, bo może połączyć się to w zgrabną całość. Na trzeci dzień czekam ze zniecierpliwieniem!

Tekst: Jakub Serafin, Maria Grudowska
Foto: Maria Grudowska




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.