07.07.2014 08:07

Autor: Kasia Wojtasik

Open’er 2014 – relacja z trzeciego dnia festiwalu

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | | | |


Open’er 2014 – relacja z trzeciego dnia festiwalu

Król jest tylko jeden.

Pierwszy piątkowy koncert na Babich Dołach to kilkadziesiąt minut spędzone w towarzystwie nielicznej publiczności i Carnival Youth. Warto było poświęcić część Hello Mark, żeby posłuchać materiału z nadchodzącej płyty łotewskiego zespołu. Materiał zapowiada się nieźle i tak też brzmi na żywo. Miłośnicy indie- grania powinni sprawdzić poprzednie EP i… czekać na koncerty, bo panowie na scenie zarażają energią i ujmują entuzjazmem. Po występie w słuchaczu utrzymuje się stan niczym w tytule jednej z ich piosenek – “Never Have Enough!”. Mimo to opuściłam przedwcześnie Here and Now Stage i dzięki temu udało mi się jeszcze zajrzeć na Alter Stage,  żeby posłuchać  ostatnich trzech kawałków granych przez Hello Mark. Ich potencjał koncertowy miałam okazję sprawdzić już wcześniej i wciąż uważam, że dużo lepiej poznawać ich na żywo, niż na płycie. Co ciekawe, oprócz materiału z debiutanckiego krążka, na zakończenie zaprezentowali ciekawie zaaranżowany cover Andrzeja Zauchy –  świeża wersja “Byłaś serca biciem” zamiast przygotować na pożegnanie, raczej rozbudziła apetyt na więcej.


Piątek był dniem gitar – od wspomnianych wcześniej  młodych zespołów, po 2/3 headlinerów. Pierwszymi z “dużych”  byli Foals. Nie wiem, czy to zasługa wczesnej pory, czy  kolejności kawałków, ale początkowo nie mogłam pozbyć się  rozczarowania. Coś nie brzmiało tak, jak powinno – za cicho, za słabo, nawet tak przebojowemu “My Number” dziwnie brakowało energii. Do czasu “Spanish Sahara”, po której nareszcie zobaczyłam solidny, gitarowy zespół. Odtąd było już tylko lepiej, mocniej, głośniej i coraz bardziej jednoznacznie. Doceniłam to manipulowanie emocjami, chociażby wplatanie “Late Night” obok “Inhaler”. Wszystko miało swój porządek – Yannis biegający wzdłuż barierek i rzucający się w tłum, jak zwykle podczas soczystego “Two Steps, Twice” był elementem przemyślanego show. I tym show Foals na żywo się obroniło.

Po takiej dawce gitar i w drodze po kolejną, na chwilę przystanęłam przy Meli Koteluk. I tutaj nie zaskoczyło mnie nic, może poza nowościami w repertuarze. Zbyt często widziałam ją na żywo, żeby teraz zachwycać się niezwykłością tego koncertu. Niezwykłości nie było, było poprawnie i lekko jak zwykle.

Za to w namiocie po raz kolejny magia! Nie taka elektroniczna, ale Wild Beasts zaskoczyli mnie mocno tego wieczoru. Po pierwsze tym, jak pięknie rozdzielali wokal między siebie, po drugie, tym, że nie zagrali “We Still Got The Taste…” i po trzecie tym, jak wielka sceniczna charyzma w nich drzemie, mimo, że pod względem klimatu dłubią raczej w sentymentach i melancholii. Zaabsorbowana “Bestiami” poświęciłam ( w przeciwieństwie do tłumów wybiegających z namiotu w stronę sceny głównej) nawet początek występu Jego Królewskiej Mości Jacka W. i nadal uważam, że było warto. Wild Beasts, wróćcie koniecznie ze swoją nostalgią!

No dobrze, może z tym Whitem to przesada, bo to jest jednak postać, która wygrała ten festiwal, niemniej jednak ominięcie dwóch początkowych piosenek temu fenomenowi nie umniejsza.  Jack White to nieopisany kunszt sceniczny i absolutne mistrzostwo. To nie jest rock’n’ roll w krótkich spodenkach, to człowiek, któremu na scenie wolno wszystko, a który tę możliwość wykorzystuje w stu procentach, chociaż z pozoru wygląda to tak, jakby nie wykorzystywał jej wcale. O co chodzi? Gra piosenki, które nie są i nie będą przebojami (może poza naczelnym hitem White Stripes), skręca w niemodne melodie (na Babich Dołach zabrzmiało nawet country), a mimo to zbiera największą publiczność. Był Jack White solo, było kilka utworów White Stripes, dużo mocnych zagrywek i trochę bluesa, a wszystko to podane prosto i dobitnie. Na koniec zabrzmiało to, na co czekali niemal wszyscy- “Seven Nation Army”, odśpiewane przez tysiące gardeł, które wiódł jeden człowiek. Na tych, którzy widzieli go na żywo po raz pierwszy mógł zadziałać paraliżująco.

Po dawce mocniejszych brzmień, przyszedł czas na wersję soft gitarowego grania – Bena Howarda. Po tym, co widziałam wcześniej, trudno było mi się skupić na nisko energetycznych utworach Brytyjczyka. Benowi dam szansę następnym razem – grać po Jacku to wyzwanie gorsze niż występ w tym samym czasie.

Lykke Li, która, wydawało by się, że ze swoimi balladami pasuje raczej do namiotu, idealnie sprawdziła się na scenie głównej. Kołysała, wbrew oczekiwaniom, tylko momentami, reszta to dynamicznie zagrane kawałki i wycieczka przez wszystkie trzy krążki, zdominowana nieco przez “Wounded Rhymes”.

Długo zastanawiałam się, czy po Lykke warto po raz kolejny pokonywać niekończący się odcinek na trasie scena główna- namiot, ale jeśli w namiocie gra KAMP! warto tam iść choćby ostatkiem sił, bo… to trio wydobędzie z ciebie resztki energii i jeszcze sprowokuje do tańczenia. Kto był choć raz, ten wie, jak kończą się spotkania z panami – to z każdym razem jest solidna robota, zręcznie ułożona playlista i żeby było już do końca idealnie – światło “skrojone na miarę”. Dzień wcześniej stałam tutaj przy dźwiękach Darkside, a na KAMP! pomyślałam sobie, że to nie przypadek, że grają tutaj w środku nocy. Klimat nieco inny, ale to wciąż ten piękniejszy profil elektroniki.

Katarzyna Wojtasik
foto: materiały prasowe




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.