06.08.2011 11:13

Autor: Kuba

Nowe Horyzonty nie tylko w kinie vol. 1

Kategorie: Czytelnia, POLECAMY, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | |


Muzyczna strona wielkiego święta kina we Wrocławiu w czasie MFF Nowe Horyzonty.

Festiwal Nowe Horyzonty w tym roku święci kolejny, tym razem jedenasty triumf. Kto lubi, jak na ekranie dzieją się mniej lub bardziej niezrozumiałe rzeczy, a kino jest dla niego wielką pasją, znajdzie tu na pewno mnóstwo smaczków. W tym roku mamy cudowne kino norweskie, artystyczne porno z Japonii czy retrospektywy takich reżyserów jak Terry Gilliam bądź Anja Breien. Lecz nie samym kinem człowiek żyje, przez co od kilku lat Nowe Horyzonty lansują także ciekawe projekty muzyczne oraz wizualne, nieraz zapraszając wykonawców, których nie powstydziłby się sam Artur Rojek. Również w tym roku nie zabrakło kilku przyjemnych niespodzianek (w końcu festiwal przeszedł rebranding i T-Mobile stara się przypodobać się osobom świadomym muzycznie), przez co na scenach wrocławskiego Arsenału pojawiło się kilkunastu przednich artystów, którzy w ciągu jedenastu dni festiwalu po sytej uczcie dla oczu karmić mieli nasze muzyczne podniebienia.

Impro: pierwsze starcie

Traf chciał, że nie trafiłem na koncert otwarcia, na którym zaprezentował się kolektyw DJski Bug Klinik. I niestety żałuję, gdyż z relacji osób uczestniczących wynika, że zabawa była przednia. Trochę drumów, trochę popularnego obecnie dubstepu i impreza, pomimo siąpiącego deszczu, trwała w najlepsze.

Wieczór numer dwa należał do Norwegii, wokół której dzieje się tegoroczna edycja Nowych Horyzontów. Obecnie znika przeświadczenie, iż Norwegia to tylko kraina fiordów, setek mężczyzn zwących się Sven i najcięższego metalu, przy słuchaniu którego otrzymuje się w pakiecie ryzyko tymczasowej głuchoty. Natomiast jest to kraj, który pomimo swojej ascetyczności szuka przeróżnych sposobów na ubarwienie tej ciągłej, śnieżnej bieli za pomocą przeróżnych eksperymentów i poszukiwań. Stąd pojęcie awangarda jak najbardziej pasuje do tego zwariowanego narodu. Godnymi reprezentantami tego słowa była grupa Jaga Jazzist. Na scenie w Arsenale pojawiła się w dziewięcioosobowym składzie, z pogodą ducha pomimo niesprzyjających, deszczowych warunków pogodowych. Podczas swojego koncertu zagrali materiał z najnowszego albumu “One-Armed Bandit” wydanego pod szyldem Ninja Tune, który pokazuje bardziej prog-rockowe oblicze grupy. Muzycznie zespół zachwycił różnorodnością materiału tworząc świetne aranże free-jazzowe, czy solidne riffy oparte na ciężkich gitarowych brzmieniach. Interesująca była w tym przede wszystkim łatwość, z jaką przychodziło muzykom stworzenie niezwykłej melodii. Częste rotacje na instrumentach wydawały się nie mieć miejsca, wszystko zagrane było w sposób niemalże idealny, co jak na warunki miejsca, jakim jest Arsenał i publiczności, która często nie przychodzi specjalnie na koncert danego artysty, jedynie zjawia się tam przypadkiem, jest sporym sukcesem.

Kiedy Arsenał zaczął tętnić życiem, gdy po skończeniu wszystkich seansów uczestnicy i organizatorzy postanawiają zahaczyć o klub festiwalowy, na scenę wkroczył drugi wykonawca wieczoru, Next Life. Chłodne, metodycznie ciężkie riffy mieszały się w ekstremalny sposób z ambientowymi glitchami i 8-bitowymi wstawkami. Ten Nintendo-metal zrobił swoje. Czasem połamane rytmy przerywały na chwilę swoje granie, by klawiszowe motywy gier lat 80-tych pięknie wybrzmiały, by za chwilę zniknąć w hałasie i błysku świateł. Muzycznie nie było to arcydzieło, niemniej jednak świetnie oglądało się te widowisko, szczególnie ze względu na basisto-klawiszowca, Hai Nguyen Dinha, który grał w iście szaleńczy sposób. Skoki przypominające goryla na kwasie pięknie łączyły się z muzyką. Dodajmy do tego wściekłe grymasy i dostajemy świetnego showmana, który widocznie świetnie się bawi, grając swoje dysonansowe nuty, momentami nawet lepiej niż sama publiczność. Cytując pewien program: trzy razy tak.

Kraj kwitnącej wiśni z przytupem

O Boris można się rozpisywać długo. Bo grają już ze sobą długi czas, bo mają na swoim koncie mnóstwo albumów, bo są pełni różnorodności i nieprzewidywalności. Także ich koncerty z reguły są zagadką, gdyż z takim szerokim materiałem trzeba określić się, czy publiczność trzeba uśpić czy wbić w podłogę. Japończycy postawili na to drugie. Więcej w ich brzmieniu było więcej psychodelii i metalu niż drone’u i ambientu. Dużo w tym chyba zasługi drugiego gitarzysty, Michio Kurihara, wspierającego rzężącymi riffami weterankę Wata. Choć zespół nie stronił od mocniejszych akcentów, kolorytu dodawały także kawałki zahaczające o tematykę post- czy prog-rockową, co dało zadowolenie mniejszej (niestety) części publiczności, gdyż to te kawałki pokazały pełny potencjał grupy. Nie była to muzyka prosta w odbiorze, a poziom decybeli wzrastał nieraz do mocnego noise’u, niemniej jednak grupka ludzi ostała się w tym zabójczym hałasie i jeszcze była w stanie mocno grupie przyklaskać. Koncert tak mocny, jak Fukushima.

Wkrótce część druga.

Kuba Serafin

*zdjęcia z nowehoryzonty.pl
Jaga Jazzist – fot. Katarzyna Szwarc
Next Life – fot. Miłosz Poloch




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.