14.10.2011 11:07

Autor: Maria

Nordland Art Festiwal

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | |


Nordland Art Festiwal
6-8.10.2011/Łódź

Kilkakrotnie odwiedzałam już Łódź i niestety to miasto nie potrafi mnie do siebie przekonać swoim wyglądem. Na szczęście za to, co zorganizowało 6-9 października, ma u mnie duży plus.

Nie wiem, jaki skutek wywołał festiwal u przedstawicieli branży muzycznej i koncertowej z polski i krajów z północy Europy, bo głównie to dla nich została ta czterodniowa impreza zorganizowana. Wiem natomiast, że dla przeciętnego uczestnika była to okazja poznania wielu świetnych zespołów, których pewnie nigdy byśmy nie poznali. I byłaby to wielka szkoda.

Cztery dni występów artystów polskich i z krajów północnych. Tych bardziej znanych, jak Jaga Jazzist, i tych kompletnie u nas nie promowanych. Oraz polskich.

Jeśli chodzi o gwiazdy, to te oczywiście nie zawiodły. Występ Jagi Jazist, choć spóźniony ponad godzinę przez opóźnienie w wylocie zespołu i po godzinnej krzątaninie przygotowującej multum instrumentów odbył się perfekcyjnie i profesjonalnie. Panowie dali magiczny występ, pełen energii, różnorodnych dźwięków i melodii. Koncert zespołu w filharmonii zebrał największą publiczność w czasie festiwalu, a poprzednicy, choć mniej znani, zebrali nie mniejsze brawa niż sama gwiazda.

Przed Jagą Jazzist w filharmonii wystąpili przedstawiciele jazzowego grania: zapowiedziany w ostatniej chwili duet Food oraz jednoosobowy człowiek – orkiestra - Hakon Kornstad. Tak jak pierwszego nie do końca zrozumiałam, bo nie jestem aż tak awangardowym słuchaczem, żeby łączyć perkusję z saksofonem, klarnetem, a wszystko to okrasić syntezatorami, modulatorami i zaskakującą ilością szumów, brzęków i innej maści dźwięków, tak Hakon Kornstad urzekł mnie bez większego wysiłku. Wyszedł sam na scenę, miał do dyspozycji jedynie mikrofon, saksofon i flet oraz loop. Z pomocą tego skromnego sprzętu stworzył piękny, minimalistyczny set, pełen zapętleń dźwięków, niuansów, linii melodycznych prostych, krótkich, ale pięknych. Jednoosobowa orkiestra jaką stworzył zaczarowała publiczność, a na koniec udowodnił, że potrafi również śpiewać.

Nodrdland Art Festiwal to również prezentacja polskich zespołów przed zagranicznymi przedstawicielami szeroko pojętych mediów muzycznych. I tu dziwi mnie, że dokonano akurat takiego wyboru artystów. Nie do końca rozumiem sposób wyboru zespołów reprezentujących Polskę, bo były one stosunkowo słabe. Zazwyczaj  pod względem wokalnym, a czasami brakowało zespołom po prostu doświadczenia scenicznego. Czasem nie byłam w stanie zdefiniować, na co stać wokalistkę, bo całkowicie nawalił sprzęt nagłaśniający. Dlaczego zatem nie wybrano do reprezentacji sprawdzonych już zespołów-pewniaków, jak L.Stadt, Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach (choć ci drudzy śpiewają tylko po polsku), czy D4D (zadziornie, ale charakterystycznie)? Przypuszczam, że takie zespoły byłyby w stanie sprowadzić też większą publikę do klubów, choć trzeba przyznać, że choć ludzi było czasami w klubie niewielu, bawili się za spory tłum.

Najlepiej o tym świadczy przykład koncertu French Films. Choć w naszym kraju znani tylko dla tych, którzy wybierali się lub byli na Nordland Art Festiwalu, publiczność przed ich koncertem stała zwarta i gotowa pod sceną, żeby zacząć dzikie pląsy. Panowie za to nie zawiedli. Zaprezentowali stosunkowo krótki set, ale tak niesamowicie naładowany energią, że do połowy wypełniona Jazzga zaczęła drżeć w posadach. Szybko zintegrowali się z publicznością, skacząc kilkakrotnie w tłum, a na koniec dokonali zbiorowego dzieła destrukcji na scenie.

Ich krajanie z Jesse występowali tego samego dnia. Trochę szkoda, że wrzucono ich na sam początek imprezy, kiedy ich kawałki, czy raczej powinnam powiedzieć sety, bardziej nadawały się na afterparty, niż na before. W tym jednak wypadku, panowie nadrobili następnego dnia, kiedy grali o 2 w nocy. Choć nie wiem, czy wtedy miał ktoś siły jeszcze się bawić, bo ogromne pokłady energii publika zużyła na występ Bottled in England. Drumm’n'bass’owy duet zaprezentował miażdżącą wiązankę jeszcze-nie-hitów, która rozniosła łódzką publiczność i nie zostawiła na niej suchej nitki. Kawałki czasem z towarzyszeniem delikatnego kobiecego wokalu, czasem z rapowanym tekstem, a zazwyczaj po prostu wypełnione darciem się klawiszowca. Choć poza darciem, potrafił również zaśpiewać. Na przykład nietypowy cover:

Pośród nordyckich zespołów, juz pierwszego wieczoru pojawił się uzurpator. The Raw Men Empire, choć z północą nie mają nic wspólnego (panowie pochodzą z Izraela), zagrali na koniec pierwszego dnia festiwalu. Chyba lubią polską publiczność, bo pojawiają się w Polsce już po raz kolejny w krótkim okresie czasu, potrafią dobrze dogadać się z naszą publicznością, a slogan “Israeli women are the best looking women in the world”, to pewnie tylko takie populistyczne hasło.

Choćby mieli pojawiać się kolejni uzurpatorzy i słabe polskie zespoły, z przyjemnością słuchało się nieznanych u nas zespołów. Organizatorzy odwalili kawał dobrej roboty wybierając artystów różnorodnych, prezentujących różne style, często takie, które wydawało mi się, że nie mają zbyt dużego powodzenia w Polsce, a których publika kupiła bez wahania. Czekam teraz na rozwój sytuacji, czyli wtargnięcie tych zespołów do polskiego świata muzyki na stałe. Lub chociaż na trasę.

tekst + foto: Maria Grudowska




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.