jan_lundgren_trio-5Nordischer Klang 2011 – część druga.

Zwieńczeniem pierwszego festiwalowego weekendu był niedzielny koncert (8.05) tria Jana Lundgrena podczas którego LaGaylia Frazier urozmaicała brzmienie wokalem. Szwedzkiemu pianiście towarzyszyli poza tym Zoltan Csörsz jr (perkusja) oraz wyjątkowo Lars Danielsson (basista znany m.in. ze współpracy z Leszkiem Możdżerem). Na początku koncertu LaGaylia i Jan doszli do wniosku, iż jest to w zasadzie spotkanie soulu z jazzem. Wokalistka wyemigrowała ze Stanów Zjednoczonych do Szwecji, niektórzy kojarzą ją z kwalifikacjami do Eurowizji; w swojej nowej ojczyźnie startowała dwukrotnie bez powodzenia, natomiast w 2008 roku próbowała szczęścia w Rumunii z piosenką “Dr. Frankenstein“. Koniec dygresji – podczas występu w zapełnionym teatrze jej pierwotna narodowość zbyt często dawała o sobie znać. Gadulstwo sprzyjało nawiązywaniu kontaktu z publicznością ale w Niemczech mało kto lubi nachalność (nie mylić z życzliwością). W pewnym momencie główny aktor tego wieczoru poprosił wokalistkę o zejście ze sceny, co oczywiście skończyło się dyskusją, Lundgren uzasadnił więc, że jeden utwór zagra sam, a później reszta do niego dołączy. Wzajemne przekomarzanie się było chwilami zabawne, ale trudno było nie odnieść wrażenia, że LaGaylia kradnie show.

Artyści przeplatali amerykańskie standardy kompozycjami Lundgrena. Jednakże to nie on, ani nie LaGaylia najczęściej zwracali na siebie uwagę. Wzrok kierowano przede wszystkim na Larsa Danielssona. Wokalistka podchodziła do instrumentalistów, prowokowała ich, próbowała nawiązać dialog z ich narzędziami. Najszybciej zareagował właśnie szwedzki kontrabasista; naśladował partie wokalne, stwarzał świetną atmosferę swoją mimiką i budził podziw grą. Dyktował bardzo szybkie tempo, bawił się rytmem i pozwalał sobie na kilkuminutowe solo. Siwy i łysiejący pan w koszuli wielokrotnie dostawał aplauz w trakcie wykonywania utworu. W drugiej części koncertu także perkusista dołączył do zabawy z wokalistką. Csörsz pochodzi co prawda z Węgier ale od wielu lat kojarzony jest ze Szwecją. Jego grymasy, uśmiechy i gestykulacje były bardzo sympatyczne, tak jak i gra. Niewątpliwie udowodnił dlaczego uchodzi w Skandynawii za czołowego perkusistę.

Cały, dwugodzinny występ dostarczył wystarczająco dużo wrażeń i nie przekroczył raczej granicy nudy, choć może w przyszłości należałoby zmniejszyć odrobinkę udział wokalistki. Jeżeli ktoś będzie miał okazję zobaczyć i usłyszeć któregoś z trzech instrumentalistów to wypada tylko polecić. Ze szczególnym uwzględnieniem Danielssona. Na sam koniec panowie zagrali, już bez towarzyszki, ciekawą kompozycję. Użyto w niej efektów, a kontrabasista użył smyczka i jego gra momentami bardziej przypominała popisy na altówce niż na ogromnym instrumencie.

Następny dzień (9.05) służył wyciszeniu. W barokowej auli uniwersytetu wystąpiły trzy panie pod szyldem Saariaho and other Gardens. Nazwa odnosi się do fińskiej kompozytorki (Kaija Saariaho), słynącej ze swojego eksperymentalnego podejścia. Tego dnia elektronika brzmiała więc razem z fletem, perkusjonaliami i mezzosopranem. Grano na przemian kompozycje Saariaho (“NoaNoa”, “Lohn” i “Six Japanese Gardens”) i własne improwizacje określane Pasażami, które tworzone są ad hoc. Każda z pań miała swoje solo, najbardziej wyróżniała się przy tym Linda Edsjö szybko zmieniająca bębny i przeróżne przeszkadzajki. Zabawnie wyglądało zrzucanie monet i metalowych przedmiotów ze stołu. Spośród wszystkich koncertów jakie odwiedziłem podczas festiwalu ten zgromadził najmniej osób. Kilkadziesiąt głów to jednak nie jest w przypadku takiej muzyki zły wynik. Trio ma poparcie kompozytorki i chyba dobrze realizuje jej koncepcję. Pojedyncze sample, długie pauzy, uczynienie kolejnego instrumentu z głosu. Mówiąc krótko – bardzo osobliwie, dziwnie. Kilka osób uciekło po pierwszej części występu. Ludziom zamkniętym na nowe doświadczenia taka nieprzystępność twórczości na pewno się nie podobała ale reszta dotrwała do końca i nawet sprezentowała burzę oklasków na koniec.

Kilkadziesiąt minut później, w St. Spiritusie wystąpiła Nathalie Nordnes. Spodziewałem się muzyki pop, a dostałem kolejny wyciszający występ. Norweżka zasiadła za fortepianem i pokazała swoje oblicze singer-songwriterki. Około dwieście osób oklaskiwało ją do tego stopnia, że Nathalie bisowała za którymś razem z utworem, którego dawno nie grała. Piosenki poprzedzała opowieściami, w których zdradzała szczegóły powstawania kawałków. Perfekcyjną angielszczyzną opowiadała więc o swojej wycieczce po Francji i poznanych tam mężczyznach (“Tour de France”) albo nawiązywała do morskich historii swojego dziadka. W słodki sposób stosowała słówko “but” przechodząc do rzeczy. Stworzyła miłą atmosferę na koniec dnia tym samym osiągając cel każdego takiego artysty.

Łukasz Stasiełowicz

Więcej filmów z koncertów tutaj.

Pozostałe relacje z festiwalu:

Część pierwsza




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.