Nie wszystkie dźwięki – relacja z OFF Festivalu 2014
Katowice/1- 3.08.2014

O koncertach kochanych i takich trochę mniej.

a

Tegoroczny Off obył się jakoś bez większych skandali, artyści dolecieli, wpadek organizacyjnych nie było, wszystko ładnie i przyjemnie. Line-up wywołał trochę narzekań, ale wszystkich nigdy się nie zadowoli, a w niedzielę tłumy dopisały. Ze strony dziennikarskiej możemy tylko ponarzekać na zmniejszoną ilość akredytacji – sama wszystkiego zobaczyć niestety nie mogłam, mimo szczerych chęci. Będą za to wywiady – już wkrótce na stronie.

Na dobry początek – dźwięki niesamowite

Czwartkowe koncerty zmieniły formułę – czy na lepszą? Pewnie tak, biorąc pod uwagę, że do tej pory wiele osób z wykupionymi biletami na before’owe koncerty na nie nie docierała. Tym razem występy odbywały się w miejscach mniejszych niż Centrum Kultury, które pustkami nie świeciły.

Jeden z najlepszych koncertów całego festiwalu miał miejsce w Kinie Rialto – wczesnym wieczorem zagrał tam Alex Zhang, czyli ogłoszony następcą Suicide muzyk tworzący jako Dirty Beaches. Na żywo mniej w nim Alana Vegi, ale wcale nie jest to minusem. W Katowicach wystąpił w towarzystwie kolegi, który majstrował przy laptopku (brał się również za gitarę), podczas gdy Zhang śpiewał, tańczył i wydawał nieziemskie dźwięki z kawałka metalu połączonego taśmą izolacyjną z kablem oraz saksofonu. Całość była niesamowicie brudna, hałaśliwa i mocno transowa. Materiał o wiele intensywniejszy niż na płytach, wciągający w niezwykły świat niosących dźwięków. Zhang zeskoczył też ze sceny na wspólne tańce z publicznością.

Później do kina wkroczyli Tuxedomoon, pokazując koncertowy spektakl – całość rozpoczęła się czytaną przez Bruce’a Geduldiga mroczną introdukcją (Nie muszę wam mówić, że dzieje się coś dziwnego…) dopełnioną wizualizacjami o dziwnym stworzeniu z taśmy magnetofonowej i animacjami tworzonymi na żywo (co czasem niestety nie wychodziło, bo obraz z kamery nie był transmitowany na ekran). Panowie zaliczają się do tych starzejących się z godnością – wciąż grają świetnie, aranżują stare utwory na nowo i otwierają swoje księżycowe krajobrazy w sposób magnetyzujący. Szczególnie porywające były utwory, w których dominowały partie skrzypiec – Blaine L. Reininger robił z nimi cuda. No i nie można pozostać nieporuszonym na ”In a Manner of Speaking”.

W kościele Ewangelicko-Augsburgskim niesamowicie zabrzmiała “Sekunda mała” Eugeniusza Rudnika, kompozycja “przytulająca” jak powiedział sam autor, dzieci głuchonieme oraz ich rodziców. Utwór powstał na bazie reportażu na temat dzieci z wadami słuchu uczących się muzyki. Kolaż cytatów, fragmentów utworów klasycznych, dżingli i modlitw doskonale zgrywał się z atmosferą sakralnego budynku. W pewnym momencie zabrzmiało nawet “I Will Always Love You” Whitney Houston – elementy, z których zlepiona jest “Sekudna mała” sprawiają, że słucha się jej z szeroko otwartymi oczami. Robiący największe wrażenie moment przychodzi w momencie, gdy jeden z bohaterów reportażu opisuje działanie aparatu umożliwiającego głuchoniemym słuchanie radia, po czym go wyłącza mówiąc I nic nie słyszymy. Doskonała odskocznia do refleksji na temat roli dźwięku w naszym życiu.

W Jazz Klubie Hipnoza zagrał Dean Wareham - utwory swoje oraz hity Galaxie 500, na czele z “Blue Thunder”. Jego słodki, jękliwy głos świetnie pasował do sennych, mglistych dźwięków wytwarzanych przez towarzyszący mu zespół, choć po poprzednich wrażeniach całość wypadła nieco blado. Albo bardziej – rozmycie…

Dźwięki skoczne

Największym zgrzytem programowym była dla mnie ta sama godzina koncertów Black Lips i Clipping. Tych drugich widziałam na festiwalu Unsound – i był to jeden z najlepszych koncertów, w jakich miałam przyjemność uczestniczyć. Nie dość, że jest to hip-hop wysokiej klasy – Daveed Diggs składa świetne rymy i wypluwa je w imponującym stylu – to jeszcze podkłady panowie tworzą na bazie glitchu, czyli zgrzytów, pisków, przesterów i innych przepysznych hałasów. A do tego przednie wodzirejstwo, czyli wspólna zabawa na całego: wrzeszczymy głośno i skaczemy zgodnie z komendą jump motherfucker. Gorąco polecam. Mimo wszystko wybrałam jednak Black Lips, których kocham od “Good Bad Not Evil”, perfekcyjnej płyty a la garażowe lata sześćdziesiąte, która nieustannie towarzyszy mi w najradośniejsze dni. (Z Clipping za to udało mi się porozmawiać – wywiad już wkrótce na stronie!). Cole Alexander i spółka znani są z punk rockowych szaleństw, więc jeszcze na długo przed koncertem żartobliwie wspominałam o tym, że warto uważać z podchodzeniem pod scenę. Na szczęście lub niestety wariactwa zabrakło – czasem któryś z muzyków splunął na scenę i to wszystko w kwestii płynów ustrojowych. Pozostało za to szaleństwo muzyczne. Energetyczne, krótkie utwory z rockowym kopem świetnie sprawdziły się na scenie leśnej, a zespół zagrał bardzo przekrojowo, od utworów najnowszych, przez najlepsze kawałki z “Let It Bloom”, czyli Haaaands, do you relly wanna hold my dirty haaaaaaands i cover Jacquesa Dutronca, aż do hitów z “Good Bad Not Evil” – “O Katrina!” i “Bad Kids” na finał. Łobuziaki nieco ujarzmione, ale nadal porywające.

Królem melanżu próbował ogłosić się Andrew W. K., oznajmiając Nie jesteście na koncercie, a my nie jesteśmy muzykami, jesteśmy imprezowiczami, a wy jesteście na imprezie! Dwóch panów – jeden doskonały tancerz (mimo nietypowej dla takowych postury ;), drugi w spodniach z dziurą w kroku, robiło mnóstwo zabawnych rzeczy, rozdawało koszulki i wściekało się na różne sposoby. Ginęła przy tym muzyka, zdominowana przez buńczuczne wrzaski. Pośmiać się można, ale szybko się to nudzi.

Pięknie tańczył również Le1f, zmysłowo falujący bioderkami do zadziornych rymów. Jego muzyka to bujająca elektronika, która doskonale rozruszała publiczność. Widzowie nie puścili go po finałowym “Wut” i namówili na bis. Tańce uskuteczniał też Pional, choć jego set był krótki, a “Destiny” bez Talabota brzmiało wyjątkowo biednie.

Odgłosy kosmosu

Na krautrockową autostradę zabrał nas Michael Rother, grając utwory kultowego Neu! i nieco spokojniejsze kompozycje zespołu Harmonia. Motoryczny rytm niósł aż do gwiazd, zmieniając scenę leśną w Drogę Mleczną. Większą rozróbę zrobili tam dwa dni później Fuck Buttons, mieszając swoje intensywne, hałaśliwe klawisze okraszone pulsującymi rytmami. Mimo wszystko, tęsknię za czasami bardziej niepokornego “Street Horrrsing” i najciekawsze w tegorocznym występie okazały się pomysłowe wizuale, na których widoczne były sylwetki muzyków wypełnione rozmaitymi animacjami.

Indie rock z elektroniką połączyli The Notwist. W wersji na żywo ich utwory nabrały barw – mocne gitary, wibrafon, traktowany również smyczkiem, i zabawa w zapętlanie sprawiły, że nawet spokojne utwory z “Neon Golden” osiągnęły gwiezdny poziom. Bardzo dobre wrażenie robiło wydłużanie i łączenie piosenek, które zmieniały się we wciągające podróże po dźwiękach.

Międzygalaktyczną dyskotekę otworzyły panie z Nisennenmondai, dodając nieco gitar do transowej elektroniki. Efekt miótł – ciężkie dicho z morderczym rytmem. Jednostajnie, ale w fascynujący sposób. Powtarzalność stawała się nałogiem i ciężko było uwolnić się od tego beatu.

Jednak królami kosmicznych klimatów byli oczywiście Slowdive. Zdecydowanie najlepszy z tegorocznych headlinerów, od lat wyczekiwany przez fanów shoegaze’u absolutny klasyk zabrał offową publiczność w sam środek nieba. Na “Souvlaki Space Station” tonęliśmy w gitarowym morzu, w słodkich dźwiękach głosu Rachel Goswell, w eterycznym śpiewie Neila Halsteada. Na żywo materiał z trzech płyt Slowdive jest niemniej marzycielski, ale zdecydowanie mniej popowy – gitary uderzają z pełną mocą, wybijając prosto w gwiazdy, których tej nocy w Katowicach świeciło jakby więcej. Zespół zagrał i coś z “Pygmaliona” i z “Just for a Day”, ale oczywiście najwięcej pojawiło się utworów z “Souvlaki”. A na koniec – cover Syda Barretta. Całość była absolutnie magiczna. Dryfowanie w międzygwiezdnej przestrzeni, gdzie wpatrujesz się w mgławice, a do ucha sączą ci się delikatne głosy z ziemi, która jest już bardzo, bardzo daleko.

Dźwięki melancholijne

Pozostałe główne gwiazdy – z jednym wyjątkiem, ale o tym później – też dały radę. Neutral Milk Hotel nie chcieli zdjęć, i o dziwo chyba nawet w większości widzom udało się uszanować ten zakaz. Jeff Mangum brzmi, jakby żaden czas od wydania “In the Aeroplane Over the Sea” nie minął, choć przeczy temu gęsta broda zasłaniająca jego twarz. Reszta zespołu też młodo nie wygląda, ale brzmi – ponadczasowo. Urzekającą postacią okazał się Julian Koster w krakowskiej czapeczce, grający na banjo (także smyczkiem!) oraz robiący cuda z piłą. Były instrumenty dęte i akordeon, było piękne, pełne brzmienie i zachwycające teksty. Koncert zaczął się od “Two Headed Boy”, nie zabrakło obydwu części “King of Carrot Flowers” i tytułowego utworu z kultowego albumu. W ogóle dominował materiał z “In the Aeroplane Over the Sea”, ale NMH zagrali również piosenki z “On Avery Island” i obydwu EP-ek, w tym “Engine” na bis. Takich właśnie powrotów nam trzeba.

Jeśli chodzi o Belle & Sebastian, to oczywiście Stuart Murdoch skradł cały show. Muzyka zespołu z Glasgow jest przesłodka, ale teksty mają pełne szpilek, i tak się ten koncert najlepiej odbiera – nie dając się zwieść sielance i radości. Tradycyjnie na scenę zostali zaproszeni reprezentanci publiczności, choć tym razem zabrakło dla nich medali. Tańcząca młodzież rzuciła się na wokalistę, przez co część śpiewanej właśnie frazy musiała walczyć z tłumionym śmiechem. Stuart zabawiał zresztą publiczność od początku – nauczył się całkiem sporo polskich słówek, zachęcał do pokazania polskich dziewcząt prosząc panów o schylenie się. Dał też znać o tym, że słodycz niekoniecznie jest najlepszym kluczem odczytywania B&S, prosząc o powstrzymanie się od machania zapalniczkami. Przed koncertem zapytałam o plany dotyczące setlisty, wspominając o tym, że byłam na koncercie w Warszawie w 2011Właśnie jeździłem dziś po parku tutaj niedaleko – powiedział Stuart – i sprawdzałem setlistę z Warszawy, żeby może dzisiejszą ułożyć inną… a potem pomyślałem, czy tu będą ludzie, którzy byli w Warszawie? Ale skoro ty mówisz, że byłaś… I rzeczywiście, powtórzyły się tylko cztery utwory. Setlista była podobnie przekrojem wszystkich albumów zespołu i zawierała jedną piosenkę z debiutanckiego “Tigermilk” – tym razem było to “Expectations”. Cały zespół, czyli mnóstwo osób, od gitarzystów, przez perkusistę, aż po smyczki, stanowił zgrane tło dla lidera. Swoje pięć minut miał Stevie Jackson, śpiewający “The Wrong Girl”. Kiedy podczas wywiadu Stuart zapytał, czy mamy jakieś sugestie odnośnie setlisty oczywiście poprosiłam go o “Get Me Away From Here I’m Dying”, którego w Warszawie nie zagrali. Ten genialny utwór wspaniale zabrzmiał na końcu koncertu, podświetlając pozorną radość i dodając do niej odpowiednią dawkę melancholii i goryczy. Perfekcja niemal wyciskająca łzy.

Potęga hałasu

W tym roku szczęśliwie nie było kuratorów w stylu The Walkmen i Scena Eksperymentalna była pełna eksperymentów. Na wyróżnienie zasługują Wolf Eyes, za miażdżącą dawkę noise’u połączonego z industrialem, i, jak to wyjątkowo zgrabnie udało się ująć w książeczce offowej, wszystkiego, co boli. Bolało bardzo przyjemnie.

Całą masę przedziwnych instrumentów miały na scenie Karpaty Magiczne, nie tak hałaśliwe, jak reszta, o której chcę napisać w tej części relacji. Świetnie patrzyło się na te wszystkie manipulacje ze sprzętem, dla których tło stanowiła zawsze wyraźna linia basu. Część uwagi pochłaniała także hinduska tancerka prezentująca swymi ruchami całe historie.

Najciekawszy z tego, co udało mi się zobaczyć na Eksperymentalnej, okazał się jednak Radwaan Ghazi Moumneh odpowiedzialny za projekt Jerusalem in My Heart. Towarzyszył mu pan obsługujący trzy projektory z prawdziwą taśmą filmową, z których rzucał na scenę klimatyczne wizualizacje. Szczególnie dobrze od muzyki Radwaana pasował wyświetlany za jego plecami ogień. Były to bowiem hałaśliwe, dronowe dźwięki generowane przy pomocy laptopa oraz modyfikowanej buzuki okraszone pełnym pasji, przejmującym śpiewem. Całość tworzyła nastrój niesamowitości, niepokojąc i fascynując jednocześnie.

Dźwięki niekochane

Wśród słabszych koncertów Offa muszę niestety wymienić wyczekiwaną od zeszłego roku Chelsea Wolfe. Nie, żeby jej koncert był jakoś szczególnie nieudany – zaśpiewała przepięknie, jej towarzysze zagrali świetnie, wszystko elegancko… ale Scena Leśna dla jej intymnych krajobrazów to zdecydowanie pomyłka. Mroczna monumentalność Chelsea to mimo wszystko bardziej przestronne komnaty niż otwarte przestrzenie i klimat po prostu się gubił, nie wspominając o kiepskim nagłośnieniu. O wiele lepiej przepiękne kompozycje z “Pain Is Beauty” i kilka utworów z wcześniejszych albumów sprawdziłyby się chociażby w namiocie. A już wymarzoną przestrzenią dla tej muzyki byłby jakiś kościół. Albo jakaś industrialna sala… Cokolwiek. A tak, na Scenie Leśniej “Feral Love” zabrzmiało jak Krwawe Wesele, na którym nikt nie został zamordowany.

Nie spodziewałam się wiele po Mister D, czyli Dorocie Masłowskiej. Owszem, kanapki z hajsem, bardzo fajnie, dużo śmiechu, Kinga Rusin taka zabawna, ale ileż można żartować. EP-ka z trzema piosenkami tak, cały album już średnio. Cały koncert… no cóż, wokal Masłowskiej pozostawia wiele do życzenia, a muzycznie to jest nadal po prostu żart.

Najgorzej jednak było z The Jesus and Mary Chain. Co im się stało, Bóg raczy wiedzieć. Mam taką teorię spiskową, że zabrakło im po prostu krzyża (jak to w Polsce – gdzie jest krzyż?!), który jeszcze rok temu przyozdabiał im scenę. Brzmieli wtedy naprawdę dobrze, choć może nieco zachowawczo, w co trudno jest uwierzyć po tym, co odstawili w Katowicach. Wyglądało to raczej jak próba albo występ małomiasteczkowego zespołu na lokalnej imprezie. Zero energii, pitolenie od niechcenia, pomyłki, bałagan, “Cracking Up” jak wersja demo na ciężkim kacu. Strasznie smutno i całe szczęście, że Slowdive i Neutral Milk Hotel udowodnili, że odgrzebywanie staroci to nie zawsze zły pomysł. Może zresztą Jezusom zabrakło właśnie tej przerwy od grania i są już tym wszystkim za bardzo zmęczeni?

Mimo tego, że nie wszystkie dźwięki udało się ukochać, tegoroczny Off nie odstawał poziomem od ubiegłych, zapewniając równe dawki odkryć i ulubieńców, brzmień rockowych i szalonych eksperymentów, ciekawych artystów polskich, tuzów z zagranicy i wykonawców, o których jeszcze będziemy więcej słyszeć. Dobra robota panie Arturze!

Katarzyna Borowiec
fot. Gosia Lewandowska




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.