Najlepsze koncerty OFF Festivalu 2012

Klasa sama w sobie.

Chociaż dla wielu osób najlepszy koncert tegorocznego OFFa odbył się dopiero w sobotę, katowicki festiwal już piątek zaserwował kilka wyjątkowo emocjonujących występów. I choć dalej można było w duchu smucić się brakiem Suicide, gdy przyszedł wieczór – niemal każdy o tym zapomniał. Muzyczna maszyna, jaką na przestrzeni lat stał się OFF, pracował w zawrotnym tempie aż do późnej niedzielnej nocy.

Z reguły występy polskich artystów na tak wielkich imprezach cieszą się mniejszym entuzjazmem i zainteresowaniem, w tym roku jednak nie można było narzekać na słabą reprezentację. Kiedy wydawało się, że lejący się z nieba żar jest nie do pokonania, na scenie głównej pojawił się Snowman z Michałem Kowalonkiem na czele. Jego luz i charyzma rockandrolowca i alternatywna nonszalancja zaowocowały występem pełnym wybuchowej energii kontrapunktowanej przez zadziwiającą melancholię (śliczne “Cold Love”!). Nawet ci, którzy bez sił opadli na trawę, bujali do rytmu głowami, nie mogąc wyjść z podziwu nad niemal nagim brzmieniem gitar bandu. Ich zadziorny, rockowy power wstrząsnął Doliną Trzech Stawów, budząc ją z upalnego letargu. Żywe oblicze najnowszego albumu Snowmana zyskało kilka dodatkowych plusów. Rozbudowana sekcja rytmiczna wydźwignęła go z być może nieco noise’owego grania i pchnęła na tor eksperymentalnej, głęboko brzmiącej alternatywy. Nic więc dziwnego, że trudno się było oprzeć mięsistym riffom i głębokiemu, wnikającemu w duszę wokalowi Kowalonka. Tym bardziej, kiedy niemal wykrzykiwał don’t stop me now!

Elegancka zmysłowość

To był jeden z must-see gigów tegorocznego OFFa, występ, na który czekał każdy miłośnik kultowego już “Drive” z Ryanem Goslingiem w roli głównej. Melodię słynnego “Tick of the Clock” każdy zna już niemal na pamięć. Przed Chromatics stało więc nie lada zadanie, by sprostać ogromnym oczekiwaniom fanów, a co więcej, rozkochać w sobie też tych, którzy do trójkowego namiotu weszli jedynie z powodu deszczu. Ale kiedy wybrzmiały pierwsze dźwięki właśnie tego wspomnianego wyżej kawałka-symbolu wiadomo było, że nikt, ktokolwiek doświadczy tego przeżycia, nigdy go nie zapomni. Synthpopowa wrażliwość Amerykanów dała o sobie znać jednak dopiero przy żywszych, bogatszych o wokal utworach takich jak “Night Drive” czy tytułowym “Kill For Love” z nowej płyty. Introwertyczna zmysłowość wokalistki w połączeniu z głębokim brzmieniem syntezatorów i gitar nadała temu występowi niepodrabialny klimat wycieczki trzy dekady wstecz. To właśnie charakterystyczny wokal Ruth Radelet we frazach I want your love, I want you loooove powodował, że chciało się zamknąć oczy i odpłynąć gdzieś do dusznych, rozświetlonych neonami amerykańskich knajp z ubiegłego wieku. Po takim doznaniu nawet najwięksi sceptycy nie powinni już kwestionować wielkości Chromatics.

Jednak prawdziwie światową klasę pokazał dopiero Charles Bradley, wraz ze sobą teleportując całą widownię do Stanów Zjednoczonych późnych lat 50. Ponad sześćdziesięcioletni muzyk, który po latach ciężkich doświadczeń wydał swój debiut dopiero w zeszłym roku, nie musiał silić się na żadne sztuczki, by zaczarować wszystkich. Jego mocarny, lekko zachrypnięty głos wyśpiewujący smutno-gorzkie piosenki o życiu w połączeniu z rozdzierająco szczerymi wyznaniami miłości do ludzi był tym, co okazało się bardzo zbawienne. W dobie muzyki generowanej przez komputery i występów graniczących z performance’ami jego prostota i szczerość okazały się wszystkimi wystarczające, by publiczność go pokochała. Ta godzinna wycieczka do krainy soulu ubogacona pełnym ekspresji i wesołości tańcem czarnoskórego artysty u wielu wywołała szczere łzy w oczach. Te zresztą pojawiły się także u Bradleya, kiedy raz po raz dziękował wszystkim za to, że są, deklarował miłość i nie wstydził się przełamywać bariery przypominając o tym, że tym, co liczy się w życiu jest potrzeba kochania. Nikogo więc nie zdziwiło, kiedy podszedł do tłumu, by przytulić kogo się da, a po występie został jeszcze chwilę, żeby przekazać swoją wzruszającą miłość do świata.

Let’s have a party or a rebel

Oczywisty brak Suicide postawił przed Metronomy zadanie rewelacyjnego zamknięcia pierwszego dnia na scenie głównej. Rewelacyjnie może nie było, ale na pewno na tyle świetnie, by wspominać ten koncert z wymownym uśmiechem na ustach. I to nie za sprawą błyskotliwej złocisto-białej stylówy zespołu, ale kocich ruchów czarnoskórego basisty, od którego nie dało się oderwać wzroku. Niewymuszona energia i luz w połączeniu z wpadającym w ucho indie popem “The English Riviera” okazały się receptą na świetną zabawę. I choć pojawił się nieśmiertelny “Heartbreaker” z debiutu grupy, nie dało się zatrzeć wrażenia, że to nowy album stanowi o jej naturalnej sile. Piosenki takie jak “Everything Goes My Way”, należące do ślicznej perkusistki, singlowe “The Bay” czy “Corrine” z partią wokalną basisty rozgrzały publikę do czerwoności. A poza tym każdy lubi słyszeć ze sceny, że jego olimpijska reprezentacja zdobyła kolejny złoty medal.

I tak jak w przypadku pierwszego, początek drugiego dnia festiwalu także zaatakowało fenomenalne rodzime brzmienie. Napszykłat wskoczyli za laptopy i konsolety, by zaserwować potężną, choć tylko półgodzinną, dawkę bitów rodem z Justice przy wtórze wokalnej wariacji hip hopowej. Najtwardsi fani gotowali się w namiocie Sceny Eksperymentalnej, reszta postanowiła trochę mniej umierać z gorąca na zewnątrz. Wszystkich jednak łączyło transowe zagłębienie się w silnych uderzeniach bitów, które choć czasem tłumiły głosy Ansmana i Piernika, stapiały się w jedną fenomenalną falę elektronicznego brzmienia. Nikt nie pozostał mu obojętny, szczególnie, że Napszykłat sławili tym razem miasto Katowice.

Równie solidną porcję energii zafundowali w trójkowym namiocie chłopcy z Cool Kids of Death. I tak jak dotąd niespecjalnie za nimi przepadałam, tak teraz rozumiem fenomen tego buntowniczego bandu. Nic dziwnego, że fani domagali się kawałków przede wszystkim z debiutanckiego krążka, skoro są tam takie evergreeny jak “Generacja nic” czy “Dwadzieścia kilka lat”. Pewnie gdyby to był niereformowalny Woodstock, namiot rozniesiony byłby w strzępy, ale na szczęście skończyło się tylko na głośnym oburzeniu wobec technicznych za przerwanie występu, gdyż czas ich naglił. Jedno jest pewne – mimo wieszanych na nowym albumie psów, mimo upływu lat, wydoroślenia i lekkiej siwizny na brodzie Krzyśka Ostrowskiego, CKOD są tym samym gówniarsko buntowniczym zespołem pokolenia dwudziestokilkulatków. A ich teksty mają tę samą nośność i prawdziwość, którą miały na początku XXI wieku, kiedy zaczynali grać. Bo kto by się oparł smutkowi “Radia miłość” bądź bezkompromisowości “Nie warto”?

Przaśne oberki i czarowne melodie

Rojek, jak to ma w zwyczaju, lubi zaskakiwać swoich gości, dlatego w tym roku, obok klasyków i odkryć, pojawił się zespół, którego nie można brać na poważnie. Cóż, ci którzy wzięli zmarnowali swój jakże cenny czas na doszukiwaniu się głębi tam, gdzie jej nie ma, zamiast świetnie się bawić. Retro Stefson bowiem, jak na prawdziwych Islandczyków przystało, postanowili dać festiwalowiczom zastrzyk wariactwa, zamiast wulkanicznego chłodu. Ledwo wyskoczyli na scenę, już zachęcali do zbiorowego rozbierania się, wokalista Unnsteinn Manuel Stefánsson dał przykład i ściągnął koszulkę, a potem przeszedł do nauki tanecznych kroków. Dziwaczne ruchy udzieliły się niemal całemu trójkowemu namiotowi, nie brakowało też chętnych do “ludzkiego węża”, a także publika wzięła sobie do serca stanięcie w taneczne szranki w polskiej i brazylijskiej drużynie. Do walki zagrzewał wszystkich basista Logi Pedro Stefánsson, również nie szczędzący energii na podskoki i wymachy rękami. Idę o zakład, że ten, kto dał się porwać nieskrępowanej beztrosce islandzkiej kapeli, temu “Kimba” jeszcze długo grała potem w głowie.

Scena Leśna już chyba słynie z mniej lub bardziej udanych koncertów folkowych, dlatego naturalnym było usytuowanie tam Other Lives. Zespół Jesse’ego Tabisha, choć nie grał po zmroku, bez wysiłku zdołał zaczarować wszystkich, którzy się zgromadzili, by go posłuchać. Trzeba przyznać, że pięknie przearanżowana płyta “Tamer Animals” wybrzmiała jeszcze potężniej, choć nie utraciła nic ze swych koronkowych melodii. Graniczące ze śnieniem na jawie zatracenie się w muzyce Amerykanów przywodziło na myśl te eteryczne, filmowe podróże Wima Wendersa albo Wong Kar Waia. Namacalność ciepła, gęstość emocji i ta podskórna zmysłowość sprawiały, że obcowanie z Other Lives stawało się niemal mistycznym doznaniem. “As I Lay My Head Down”, “For 12″ czy przejmująca “Dust Bowl III” były jakby oderwane od rzeczywistości wraz z potęgą bębnów i zmysłowością sekcji smyczkowej. Dlatego na koniec wystarczyło zwykłe thank you, you’re beautiful ze strony Jesse’ego i pewność, że zespół na pewno niebawem do Polski wróci.

Piękno w czystej formie

Utarło się już, że kiedy do Katowic mają zawitać klasycy, można oczekiwać niezapomnianych wrażeń. Rojek po raz kolejny wykazał się fantastycznym zmysłem w doborze artystów, którzy zdążyli już przejść do historii, a mówi skromnie, że zaprasza tylko tych, których po prostu lubi. I chwała mu za to, bo nie sposób przecenić wielkości The House of Love, niemal każdy przecież zna “Shine On”. Trudno ocenić, co na tym koncercie liczyło się bardziej – samo obcowanie z żywą legendą czy dodatkowo usłyszenie na żywo indie popowych szlagierów przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Jednak bez silenia się na górnolotne wnioski trzeba przyznać, że starzy wyjadacze to jednak starzy wyjadacze, a tęsknota za tamtymi czasami dalej jest ta sama. I jeśli komuś nie odpowiadały gitarowe eksperymenty lidera Sonic Youth na głównej scenie, tego miłość na pewno rozbudziła na nowo bezpretensjonalna radość grania Guy’a Chadwicka i spółki. Wybrzmiały głównie kawałki z pierwszych płyt, wokalista nie mógł wyjść ze zdumienia nad entuzjastyczną reakcją publiki, a pojedynczy okrzyk z tłumu przyjął z zadziorną radością. Gdyby mogli, pewnie graliby dłużej, zresztą jak większość OFFowych artystów, ale czas naglił i trzeba było postawić kropkę nad i. Wspomniane “Shine On” okazało się do tego idealne. Długo wyczekiwany klasyk, refren wyśpiewany przez wszystkich zgromadzonych, potężna dawka energii i uśmiech wokalisty – czego chcieć więcej do szczęścia?

Komu nie zależało na wciskaniu żeber w barierki na koncercie Iggy’ego Popa, ten mógł na spokojnie wysłuchać do końca wzruszających melodii w wykonaniu The Antlers. Wymarzona set lista składała się niemal w całości z ostatniej płyty zespoły, nie zabrakło jednak dwóch sztandarów z “Hospice” (“Antrophy” i “Two”) i świeżynki z nowej EP-ki “Undersea”. Trzeba nowojorczykom przyznać, że mają nietuzinkowy talent do komponowania misternych, delikatnych utworów – “Drift Drive” jest tego żywym dowodem. To, co na “Burst Apart” dopiero się rozwijało, tutaj osiąga punkt kulminacyjny. Post-rockowe gitary i dream popowe pasaże w otoczeniu falsetowego, przejmującego głosu Petera Silbermana skłaniają do refleksji jak mało co. Dlatego możliwość obcowania z tak kruchymi melodiami po zmroku, kiedy wybrzmiewały ozdobione promieniami różnokolorowych świateł nadal pozostaje nie do przecenienia. Zresztą tym, co najbardziej zachwycało w OFFowym występie Antlersów były właśnie wymienione wyżej gitary, dużo bardziej post-rockowe niż na płycie. Rozwinięcie ich brzmienia do drżących, sunących w nieskończoność pasaży okazało się strzałem w dziesiątkę – wystarczyło usiąść na trawie i zatopić się w muzyce. “Parentheses”, nostalgiczne “I Don’t Want Love” czy prześliczne choć smutne “No Widows” chwytały za serce, a ten, kto to ominął, zdecydowanie ma czego żałować. Jeden z najbardziej magicznych koncertów tegorocznego OFFa.

Fuckin’ polish people can dance

Jeżeli ktoś kiedykolwiek myślał, że rock nie konserwuje – to był w wielkim błędzie. Żeby się o tym przekonać, wystarczyło być na koncercie Iggiego Popa & the Stooges. Ojciec chrzestny punka udowodnił, że wciąż jest w formie i mimo kłopotów z biodrem i sześćdziesiątki piątki na karku szalał po scenie. Setlista okazała się spełnieniem marzeń, nie zabrakło więc hitów takich jak “Raw Power”, “Gimme Danger” i “I Wanna Be Your Dog”. W błyskawicznym tempie wszyscy przenieśli się kilka dekad wstecz, do tych fascynujących, skandalicznych czasów, kiedy Pop okaleczał się i obnażał publicznie. W Katowicach obnażył tylko swój nieśmiertelny tors, a z wulgaryzmami ograniczył się do “gdzie są ci pie*doleni polscy tancerze”, kiedy na jeden kawałek zaprosił na scenę grupę fanów. Szczęśliwcy mogli więc przez kilka minut wyszaleć się wraz z nim, by potem artysta dalej mógł rzucić się samotnie w wir konwulsyjnych pląsów. Wszystko miało się skończyć fantastycznym “Open Up And Bleed”, tymczasem zespół wrócił na bisy. Nie sposób opisać pisków i wrzasków, gdy wybrzmiały pierwsze dźwięki słynnej, obscenicznej “Penetration” i uczucia smutku, gdy kończyło się “No Fun”. Właśnie wtedy Iggy rzucił nonszalanckie I lied i stał się cud. Piosenka-legenda, kawałek który zna cały świat, który nie należy do The Stogges, lecz samego Popa, a który z The Stooges zagrał. “Passenger” z nieśmiertelnym lalala, które śpiewali wszyscy. Wydawało się wtedy, że już nic nas tego wieczoru nie czeka, po czym dostaliśmy na pożegnanie “Cock In My Pocket”, wieńczące koncert, którego nikt z obecnych na nim nigdy nie zapomni. Przecież to do nas uśmiechał się Iggy Pop, nam machał, kto wie – może kiedyś do nas właśnie wróci.

Po popisie, jaki dał Iggy Pop & the Stooges wydawało się, że nie stanie się nic lepszego. I oczywiście trudno porównywać do tego jakikolwiek z OFFowych koncertów, jednak ostatniego dnia odbył się taki, który fenomenalnością dopisuje się do tych “best of the best”. Battles bowiem przeszli moje najśmielsze oczekiwania ciskając w publiczność takie bomby energetyczne, że chyba nikt nie śmiał stać w miejscu. Niezapomniane “Atlas” wyrwało z czeluści nocy najgorszych leni, jednak wieczór należał do ostatniej płyty nowojorczyków. “Futura” i “Inchworm” – dwie najlepiej skonstruowane petardy – z rozwiniętą sekcją rytmiczną i klawiszami stały się motorem napędowym całego tłumu. Trudno się było oprzeć wrażeniu, że ta przygotowana z matematyczną precyzją maszyną, jaką są Battles na żywo, zamienia się w organiczne zwierzę koncertowe. Bez zbędnej konferansjerki rozkręcili potężną wixę, a największe oklaski należą się Ianowi Williamsowi za obsługiwanie klawiszy i gitary jednocześnie. Tak naprawdę jednak trudno wybrać najlepszego muzyka, cała trójka bowiem stanowi nierozerwalną całość i gdyby usunąć jeden element – konstrukcja by się zawaliła. Dlatego takie hity jak “Icecream”, przez publikę rozpoznane w mig, i zaskakujące “Jak szę masz?!” Dave’a Konopki ostatecznie zjednały serca i ciała wszystkich zgromadzonych pod sceną główną w niedzielny wieczór.

Z perspektywy czasu można pokusić się nawet o stwierdzenie, że był to najlepszy OFF Festival spośród wszystkich, a na pewno tych katowickich. Wprawdzie z łezką w oku wspomina się występ Flaming Lips sprzed dwóch lat czy zeszłorocznych Primal Scream, są to pojedyncze giganty. Na niekwestionowany sukces tegorocznej edycji złożyło się bowiem dużo więcej fenomenalnych koncertów, a także pogoda, która w 2011 była zmorą wszystkich. Do tego wystarczy doliczyć cudowną aurę Doliny Trzech Stawów, zbawienną możliwość odpoczynku między koncertami, a także luźną atmosferę – i mamy najlepszy polski festiwal muzyczny.

Monika Pomijan

zdjęcia: Gaga Mucko (Napszykłat, Cool Kids Of Death, Metronomy, The Antlers, Charles Bradley), Nick Helderman (Iggy Pop and The Stooges, Battles)




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.