05.06.2016 09:00

Autor: Katarzyna Borowiec

Najczarniejsze scenariusze

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy:


Najczarniejsze scenariusze
Kraków/4.06.2016

Relacja z koncertu duetu Teho Teardo & Blixa Bargeld.

Legenda niemieckiego industrialu, wokalista o głosie aksamitnym, acz pełnym niespodzianek oraz industrialowiec włoski, który z czasem zabrnął aż do instrumentów smyczkowych i muzyki filmowej – to jeden z najwspanialszych duetów ostatnich lat. Doświadczeni twórcy w pełni możliwości, tworzący przemyślane aranże z zachwycającą warstwą tekstową zawitali też w końcu do Polski.

Koncert w Krakowie odbył się w Teatrze Łaźnia Nowa. Żadne organizacyjne niedociągnięcia nie są chyba w stanie zepsuć tak wspaniałego wydarzenia, nawet problemy z nagłośnieniem – najbardziej przeszkadzały samej gwieździe wieczoru. Blixa niemal od początku koncertu chodził po scenie z szatańskim grymasem na twarzy, wymachiwał gniewnie rękami i co chwila ganiał od jednego końca sceny – upominając odpowiedzialnych – do drugiego – szukając pocieszenia u Teho. W końcu głośno oświadczył ze sceny: Musicie ściszyć bas! Jak słusznie zauważył, odbiorcom przeszkadzało to średnio, ale według jego relacji na scenie było słychać tylko jedno wielkie buczenie. Akustycy naprawili błąd i druga połowa koncertu przebiegała już bez problemów (nie liczę nieznośnej pary dwa rzędy za mną – ludzie, pogaduchy na koncercie to naprawdę kiepski pomysł), wokalista się wreszcie rozluźnił i zaczął bujać do poruszających piosenek.

Muzyka duetu chwyta za serce i szura nim po podłodze – w trasę z Blixą (wokal, rzecz jasna, plus harmonijka) i Teho (czyt. Teo, na gitarze i dzwonkach) pojechali Gabriele Coen, grający na klarnecie basowym, oraz Martina Bertoni, pierwsze skrzypce, pardon, pierwsza wiolonczela wiodąca za sobą klasyczny kwartet smyczkowy, na który złożyli się gościnni muzycy z Polski (Blixa czytał ich nazwiska z kartki, ale nie dałam rady zanotować – artysta w zapowiedzi do poprzedniej piosenki przyznał, że nauczył się tekstu nawet po szwedzku czy japońsku, ale polski totalnie go przerósł). Wiolonczela Martiny była czarna – adekwatnie do nazwy trasy i najnowszego albumu duetu, wydanego w kwietniu tego roku “Nerissimo”.

Od “Nerissimo” zaczął się też koncert – od wersji włoskiej. Oczywiście łatwo się domyślić, że więcej widzów w Krakowie znało angielski niż włoski, dlatego klamra z Czarności wypadła bardzo fajnie – na początku usłyszeliśmy język mniej zrozumiały, potem mnóstwo piosenek w trzech językach, włoskim, niemieckim i angielskim. Ta trójjęzyczność jest urzekającą cechą charakterystyczną współpracy Teho i Blixy – Włocha i Niemca, tworzących dla internacjonalnej publiczności. Na koniec koncertu zabrzmiało więc “Nerissimo” raz jeszcze, tym razem po angielsku. Rzecz jasna nie puściliśmy artystów ze sceny bez bisów, ale o tym za chwilę.

Po włoskim wstępie zabrzmiał utwór właśnie o języku – “Mi Scusi”, w którym prowadzone są rozważania o werbalnym porozumieniu: Kim jestem w innym języku? Czy w innym języku mogę całować? Smyczkom i gitarze towarzyszyły też dyskretne cymbałki (grała na nich wiolonczelistka Martina). Przez cały koncert piosenki z “Still Smiling” przeplatały się z tymi z najnowszej płyty. Spośród nowych usłyszeliśmy “The Beast”, w którym grający na instrumentach smyczkowych muzycy uderzali rytmicznie w struny, a bestia wydawała dziwne dźwięki ustami Blixy. Warto wspomnieć o gitarze Teho – często brzmiała tak, że trudno ją było wyłapać, a to za sprawą różnych efektów i przesterów. Muzycy wspierali się także efektami elektronicznymi puszczanymi z laptopa i sekwencerami do zapętlania niektórych partii. W “Animelle” drżenie smyczków przechodziło w rytmiczny motyw na klarnecie basowym – zabieg ten, połączony z dyskretnymi dźwiękami smyczków w tle i melorecytacją Blixy mocno przypominał niektóre dokonania Einsturzende Neubauten (“Grundstueck” chociażby), choć w przypadku duetu z Teho mamy więcej wzruszeń; sposób, w jaki Blixa umieszcza w kontekście tej kompozycji tak proste frazy, jak chodź chodź zostań zostań to coś absolutnie magicznego. W “Nirgendheim” postanowił za to poczarować na harmonijce, która fantastycznie zwieńczyła ten melancholijny utwór o niemożności znalezienia miejsca w świecie. W delikatnym intro “DHX 2″ Gabriele na klarnecie brzmiał odrobinę jak saksofon Colina Stetsona. “Give Me” zaczęło się od dźwięków dronowych połączonych z delikatnym piskiem smyczków.

Kiedy Bargeld już się uspokoił, zaczął nawiązywać kontakt z publicznością i opowiedział kilka ciekawostek. Na przykład o tym, że  ”Ich Bin Dabei” to utwór napisany dla jego żony, która zawsze marznie w zimie, a “Come Up and See Me” powstało w Berlinie, gdzie podczas pisania zjawiła mu się wchodząca przez drzwi Mae West. Tej inspiracji zresztą nietrudno się domyślić – piosenka pełna jest cytatów z aktorki, w tym znajdziemy także najsłynniejszy – Is that a gun in your pocket, or are you just happy to see me? Oprócz tego pięknego utworu ze “Still Smiling” usłyszeliśmy także “What if”, na które przypadło apogeum przedobrzonego basu, całkiem dobrze wpisując się w dreszczogenność tej kompozycji, “Axolotla” inspirowanego opowiadaniem Julio Cortazara (aczkolwiek o tym Blixa tym razem nie opowiadał), w którym wokalista popisowo wykonuje partię wysokich pisków, i “Defenestrazioni” z zabawnym fragmentem wywiadu. Dziennikarka zapytała Blixę najpierw, czy może mu zadać głupie pytanie, a potem rzeczywiście zadawała mu głupie pytania (Czy będziesz znowu grać z Nickiem?). Oczywiście znamy to z płyty – na żywo ten fragment został wzbogacony humorystyczną gestykulacją Bargelda.

Nie mogło też oczywiście zabraknąć utworu tytułowego, “Still Smiling”. To dla mnie piosenka konstytuująca bohatera albumów Teardo i Bargelda – dalekiego od zadowolenia, ale spokojnego, kogoś, kto przestał już rozpaczliwie poszukiwać sensu istnienia, kto już nie goni za zaspokojeniem zmysłów, z lekkim zażenowaniem patrzy w przeszłość, w przyszłości nie widzi wiele, ale zawsze znajdzie coś, do czego warto się jeszcze chwilę pouśmiechać. Ciekawą odskocznią od tych czarnych scenariuszy – nie rozpaczliwie czarnych, ale czarnych kojąco – są covery. Panowie wzięli na warsztat “The Empty Boat” z repertuaru brazylijskiego smutnego pana z gitarą, Caetano Veloso (gorąco polecam) i “Crimson & Clover” Tommy’ego Jamesa & The Shondells, a właściwie “Soli Si Muore” czyli włoski cover tego utworu  (w tej wersji wykonawcą był Patrick Samson). Obydwie piosenki nie zostały drastycznie przearanżowane czy uderzająco zreinterpretowane, ale pomimo tego nowe wersje były bardzo satysfakcjonujące. W przypadku Veloso sam dobór materiału był genialny – piosenka idealnie wpisuje się w stylistykę Teho i Blixy. Włoska smutna piosenka o miłości zyskała na klasie – zamiast rozemocjonowanego, kiczowatego wokalu dostaliśmy statecznego, dostojnego Bargelda, mrugającego delikatnie do publiczności.

Na sam koniec, czyli jako drugi utwór drugiego bisu, zabrzmiało “Quiet Life”, od którego wszystko się zaczęło. Teho i Blixa pracowali nad soundtrackiem do włoskiego filmu “La Vita Tranquilla” o… mafiosie, który ucieka, by móc prowadzić spokojne życie, ale z mafią nie ma tak łatwo. Ta kliszowa i nieco przez to zabawna historyjka nie do końca pasuje do pięknej kompozycji, ale dzięki poznaniu tego kontekstu jeszcze bardziej urzeka jego uniwersalna wymowa.

Właściwie od razu było wiadomo, że ten koncert będzie jednym z tych, które zapamiętuje się na zawsze. W przypadku tak doświadczonych profesjonalistów tworzących ambitne, wysmakowane dzieła napakowane emocjami i przyprawione szczyptą humoru nie ma innej możliwości. Nie było Cię tam? Następnym razem wybierz się koniecznie!

Katarzyna Borowiec




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.