08.09.2011 07:42

Autor: Kuba

My Disco i Pttrns w Puzzlach – kameralnie, lecz wybornie

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: |


My Disco i Pttrns w Puzzlach – kameralnie, lecz wybornie
4.09.2011, Wrocław

Australijska ściana dźwięku i afrykańskie rytmy prosto z Niemiec.

Od zawsze mieszkam we Wrocławiu i przy każdym koncercie wykonawcy, który nie jest znany w szerszych kręgach, spodziewam się niskiej frekwencji. Zastanawia mnie to, ponieważ Polacy to dość otwarty naród, o czym świadczą takie festiwale jak nasz rodzimy OFF, na który przyjeżdża rokrocznie kilkanaście tysięcy uczestników. Nie rozumiem więc mentalności naszych rodaków. Z jednej strony mówi się o tym, że Polacy niby tak dbają o kulturę, że młodzi chodzą na przeróżne koncerty, filmy, ludzie chcą ambitniejszych rzeczy, a gdy te trafiają na ich podwórko – dziwnym trafem nie mają zbyt wielu chętnych.

W zależności od tego, ile osób spodziewanych jest na danym koncercie, Klub Puzzle robi roszady ze stolikami. Jeśli ludzi ma być więcej, analogicznie jest mniej miejsc do siedzenia, żeby ludzie nie wstydzili się i ruszali pod scenę (np. na koncercie Pogodno jakiś czas temu). W przypadku wieczoru z My Disco i Pttrns miejsca było pod dostatek i te kilkadziesiąt osób znalazło prędko miejsce do usadzenia się wygodnie i oglądania całego widowiska z pozycji siedzącej. To nie była najlepsza decyzja.

Z racji znanego przysłowia, że nikt nie idzie na support, niemiecki kwartet z Pttrns miał ciężki orzech do zgryzienia. Kiedy zjawili się na scenie i zaczęli rozkręcać imprezę grając swoje cholernie wciągające rytmy, ruszając zgrabnie bioderkami i rozdając ludziom w pierwszych rzędach przeszkadzajki i inne instrumenty quasi-perkusyjne, ludzie pomimo to siedzieli dalej. I nie pomogły prośby i groźby. Nie pomogła muzyka, która coraz bardziej wciągała w szaleńcze klimaty Afryki po niemiecku, Vampire Weekend z Koloni – ludzie wciąż siedzieli na krzesłach. Przez to największy atut koncertów tej grupy został niewykorzystany. Minimalna interakcja ze strony publiczności nie dała wiele energii zespołowi, choć ci lawirowali między stolikami, skakali po nich, a nawet wyszli do publiczności na sam koniec występu, by a capella zakończyć “High Hopes”, energia gdzieś zaginęła. A szkoda, bo muzycznie zespół zaprezentował się o wiele lepiej, niż ma to miejsce na płytach. Pulsujące rytmy, wokalne polifonie i wszechobecna radość to widocznie za mało, by rozruszać wrocławską publiczność.

My Disco musiało wywrzeć na widzach zupełnie inne wrażenie, bo można było nawet zaobserwować delikatne ruchy posuwiste w kierunku sceny i kilkunastu osobników stojących prostopadle do podłogi. Bracia Andrews i pan Rebeiro za to zrobili nam miłą niespodziankę i zagrali wyśmienity, wgniatający w podłogę set. Koncert rozpoczynający się pokazem możliwości efektów podłogowych gitarzysty utwierdził mnie w przekonaniu, że zaczynam rozumieć, co kryje się za pojęciem “minimalistyczny”. Dużo hałasu, dużo delay’a, dużo potężnych rytmów. Na pewno wspólnym mianownikiem z poprzednim koncertem jest słowo rytm. O ile Pttrns stawiało na rytmy bujające, pierwotne, o tyle My Disco to rytmy ciężkie, transowe, mocne. Całości dopełniają dwie gitary grające w kółko te same motywy, zapętlając je, dodając coraz to wymyślniejsze formy hałasu poprzez wprawne używanie delay’a. Ten atakujący falami szum potęguje rytm, przez co My Disco równie dobrze mogłoby grać którąś ze swoich kompozycji w akompaniamencie trzęsienia ziemi albo huraganu. To taki delikatnie apokaliptyczny, metodyczny i w swoim minimalizmie efektowny rock, który poruszył moje serce. Muzycy zaprezentowali głównie materiał ze swojego ostatniego albumu, Little Joy z zeszłego roku, dzięki czemu usłyszeliśmy takie nagrania jak “Closer”, “Turn” czy “Turreted Berg”, lecz na szczególne brawa zasługuje wykonanie “Young”, którego linia melodyczna do dziś obija mi się o uszy. Ale tak czy inaczej bohaterem wieczoru pozostał gitarzysta formacji, który przez cały koncert machał swoim tułowiem w przód i w tył (nawet, kiedy czekał minutę na wejście swojej partii), do tego grał na gitarze z takim zacięciem, że na ostatnim utworze zerwał strunę, co rzekomo było powodem do przedwczesnego zakończenia koncertu. Gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że brak struny nie zrobiłby różnicy, biorąc pod uwagę fakt, iż stylistycznie gitara Andrewsa jest mocno zakorzeniona w słowach nojz, hałas, szum czy drone. Ale cóż, artyści wiedzą lepiej.

Wieczór jednak mogę zaliczyć do jak najbardziej udanych. Zespoły zagrały swoje sety wyjątkowo dobrze, nasycając mnie lekkim, post-OFFowym posiłkiem (brakowało mi takich brzmień po sierpniowym festiwalu). Standardowo frekwencja wołała o pomstę do nieba, ale chyba jeszcze długo zajmie nam ukształtowanie miejscowej publiczności, by nie bała się eksperymentów muzycznych. Słowo “minimalistyczny noise rock” jest straszne tylko z nazwy. A na takie koncerty warto chodzić, bo kto wie, kiedy do nas powrócą, szczególnie po tak miernym powitaniu.

Może w Warszawie było lepiej, wie ktoś?

Kuba Serafin




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.