Muzyka w filmach na festiwalu Off Camera
5-10.05.2015/Kraków

Relacja z kina.

Podczas krakowskiego święta kina pod tytułem PKO Off Camera mieliśmy oczywiście też część muzyczną – i z niej także znajdziecie u nas relację. Ja podobnie jak rok temu skupiłam się na tropieniu utworów muzycznych podczas seansów filmowych. Off Scena znów pełna była zagadanej i niezainteresowanej koncertami publiczności. Może czas na wprowadzenie płatnych biletów?

Wracając do tematu filmów – tym razem będzie ich nieco mniej, bo w festiwalu uczestniczyłam dopiero od 5 maja, choć rozpoczął się 1 dnia tego miesiąca. Majówka należała jednak do Asymmetry, a w poniedziałek trzeba było tę eskapadę odespać. Ale dość o przygodach autorki, przejdźmy to losów bohaterów ekranowych.

Spoza diegezy

Przypomnijmy podstawowe pojęcie dzięki któremu rozróżnimy sobie muzykę grającą w świecie postaci od tej sprawiającej, że ich działania wyglądają epicko – świat przedstawiony filmu to diegeza, czyli piosenki słuchane przez bohaterów będziemy zwać muzyką diegetyczną, a niediegetyczną – te puszczane poza kadrem, grające w głowie widza, których domyślnie postaci nie słyszą.

Zabierzmy się zatem od razu za tę ostatnią – czyli soundtracki pisane stricte do konkretnych filmów. Podczas PKO Off Camera można było zobaczyć film Jonathana Galzera “Under the Skin”, do którego muzykę napisała Mica Levi, znana również jako Micachu. Z filmem jak i bez niego – gorąco te dźwięki polecam.

Innym filmem, który urzekał warstwą dźwiękową, był wyciszony i terapeutyczny “The Quiet Roar” (reż. Henrik Hellstroem) ze ścieżką autorstwa Mikaela KarlssonaHansa Richtera. To piękne, przestrzenne brzmienia przywodzące nieco na myśl wczesne M83:

Muzyka oryginalna pomagała też tworzyć niesamowity klimat filmu “Bridgend” (reż. Jeppe Ronde). Opowieść o tajemniczych samobójstwach nastolatków (oparta na faktach!) urzeka nastrojem i wrażeniami estetycznymi. Pięknym zdjęciom w mrocznych plenerach towarzyszą dźwięki skomponowane przez francuskiego muzyka o pseudonimie Mondkopf. Najmocniejszym akcentem jest tu dźwięk przypominający serię strzałów, a całość opiera się głównie o elektronikę w okolicach dubstepu:

Momenty oznaczone piosenką

Oprócz spozakadrowego kierowania emocjami widza do najprostszych funkcji muzyki filmowej należy budowanie skojarzeń na zasadzie lejtmotywów. Najładniej tego rodzaju zabieg wykorzystał reżyser filmu “Key House Mirror”, Michael Noer. Bohaterka (nagrodzona przez jury konkursu głównego Off Camery Ghita Norby) marzy o Paryżu, a cały film jest przejmującą opowieścią o niemożności i nieuzupełnialnych brakach (tak z grubsza). Każdy poranek rozpoczyna od “I Love Paris” w wykonaniu Deana Martina.

Lejtmotyw mamy też w “Escape from Tomorrow” Randy’ego Moore’a, groteskowej opowieści o męskim kryzysie w Disneylandzie, gdzie francuskie nastolatki podśpiewują skoczną piosenkę. Ale film ten nie należy do tych, które przypadły mi do gustu, wrócimy więc do Deana Martina.

Oldies Goldies

Piosenek w podobnym klimacie do “I Love Paris” mnóstwo pojawiło się w “‘71″ (reż. Yann Demange). Ale ani Wanda Jackson, ani Solomon Burke, ani “My Autumn’s Done Come” Lee Hazlewooda, ani nawet taka śliczna smutna piosenka o miłości:

nie kojarzą się zbytnio z tym filmem po seansie. To taka historia z cyklu, przepraszam za dosadność, “wszyscy mamy przejebane” czyli boisz się o bohaterów nieustannie, ale w zasadzie wiesz, że wszyscy skończą najgorzej jak się da. Główny bohater wpada w środek konfliktu irlandzko-brytyjskiego w Belfaście i podczas jednej przerażającej nocy zamienia się w zwierzynę, na którą polują prawie wszyscy. Reżyser chciał zrobić chase movie i zdecydowanie mu się to powiodło, zwolennicy thrillerów powinni być usatysfakcjonowani. Od strony muzycznej natomiast opresyjny klimat wojennej nocy doskonale buduje kawałek Aphex Twina:

Klimatyczne stare piosenki pojawiają się też w doskonałym “Calvary” (reż. Michael McDonagh). Mamy tutaj rozważania na fundamentalne tematy, zarazem lekkie dzięki doskonałym, ociekającym ironią i złośliwym humorem dialogom, jak i poruszające poprzez ciężar podejmowanej tematyki oraz zgrabny sposób jej ujęcia. To rozprawa na temat siły wiary bez nachalnego moralizowania, gorzka refleksja na temat współczesnego kościoła bez prostych osądów, znakomita opowieść o zakamarkach ludzkiego charakteru. Z doskonałą obsadą – fani seriali komediowych Grahama Linehana od razu rozpoznają Chrisa O’Dowda i Dylana Morana, a fani “Gry o Tron” – Aidana Gillena, dodatkowo mamy braci Gleesonów czy śliczną Kelly Reilly. Aż chce się to zareklamować cytatem z “Black Books” podanym z mniejszą ironią: you’ll laugh, you’ll cry and it’ll change your life.

Oprócz uroczych piosenek takich jak “Run Rabbit Run” z repertuaru Flanagan and Allen czy jednej z wielu wersji “One Scotch, One Bourbon, One Beer” mamy na soundtracku świetny przegląd folkowych singer-songwriterów, od Freda Neila, przez Rogera Whittakera aż do moich dwóch ulubieńców, których niegdyś zdarzało mi się upokarzająco mylić, Jacksona C. Franka i Townesa van Zandta:

Znam to!

Bo zawsze fajnie rozpoznać piosenkę, która właśnie pojawia się w scenie filmu, który oglądasz. Miło się więc robi, gdy w Fidelio, Alice’s Odyssey” (reż. Lucie Borteleau) w afrykańskim barze nagle spomiędzy disco hitów rozbrzmiewa “Beautiful Boys” CocoRosie.

Całkiem ciekawie wplecione jest “Tainted Love” Soft Cell w “Glassland” (reż. Gerard Barrett, wyróżniony przez jury konkursu głównego PKO Off Camera) – utwór słyszymy jako muzykę diegetyczną, a potem jako coś, czego słuchają bohaterowie, w innej jakości i natężeniu. Sama piosenka dobrze oddaje naturę ich relacji – to film opowiadający o trudnej sytuacji syna, którego matka jest alkoholiczką (doskonała Toni Colette).

Muzyczne znajomości bywają jednak w świecie filmu zdradliwe – skuszona niesubtelnym nawiązaniem do Radiohead wybrałam się na “Jak całkowicie zniknąć” Przemysława Wojcieszka. W samym filmie mamy na soundtracku dość przyjemną Julię Marcell, a w obrazku – szlajające się po mieście i wywijające w dyskotekach kobiety. Sam pomysł i nawet częściowo realizacja są dosyć ciekawe, niestety całość cierpi bardzo mocno z powodu metody – nawet film improwizowany da się jakoś fajnie okiełznać (vide klasyka – chociażby John Cassavetes), niestety oglądanie niekończących się ujęć tańczących kobiet doprowadza tylko do znużenia i nie są to zabiegi na miarę slow cinema, i niewiele z całości wynika. “How to Disappear Completely” pojawia się w animowanych przerywnikach w charakterze tekstu czytanego przez aktorkę odgrywającą główną rolę. Taką impresję zainspirowaną piosenką spokojnie można było zamknąć w jakimś zgrabnym krótkim metrażu.

Wróćmy jednak do pięknych i sensownych ujęć – jest taka scena w “O dziewczynie, która nocą wraca sama do domu”, która, choć przez te niecałe pięć minut niewiele zdaje się dziać, wyraża bardzo wiele. A do tego to właściwie prześliczny teledysk umieszczony w filmie, zobaczcie sami:

Więcej znaczeń – także dzięki tym zawartym w samej piosence, “Death” z repertuaru White Lies dosłownie mówi o lęku przed lataniem samolotem – można oczywiście wycisnąć dopiero kiedy ten fragment ujmiemy jako część spójnej całości.

W irańskim Bad City rozmawia się o Davidzie Bowiem, słychać też całkiem ciekawe irańskie piosenki, czy to Farah z “Dancing Girls”, czy to Kiosk z kawałkiem nawiązującym do estetyki westernowej. Sam film jest fajną i klimatyczną zabawą z gatunkami.

Zapętlamy

Ale najlepiej jest wtedy, gdy z kinowych głośników dobiega do nas coś, czego jeszcze nie znamy, a co urzeka nas od pierwszych taktów. Tak miałam w tym roku tylko na jednym filmie – “Party Girl” (reż. Marie Amachoukeli, Claire Burger, Samuel Theis). To pseudobiograficzna (choć szczegółów powstania dokładnie nie znam) opowieść o Angelique, tytułowej imprezowej dziewczynie, która już od jakiegoś czasu dziewczyną nie jest – to dojrzała kobieta w wieku lat około 60, z czwórką mniej lub bardziej dorosłych dzieci. Wciąż pracuje w nocnym klubie – ale może pora się ustatkować?… Perypetie bohaterki, jak na nocny klub na granicy niemiecko-francuskiej przystało, okraszone są kiczowatymi niemiecko-francuskimi piosenkami z domieszką Scorpionsów, ale w czołówce dostajemy takie cudo:

Na zakończenie ta sama Chinawoman, czyli Michelle Gurevich, Kanadyjka rosyjskiego pochodzenia o głębokim, prawie męskim głosie, którym wyśpiewuje melancholijne i dekadenckie piosenki, opowiada o tytułowej “Party Girl” w utworze o tym samym tytule. Ta przepiękna klamra pozwala podkreślić głębszy problem zarysowany w filmie, odjąć błahości tej z pozoru kuriozalnej historyjce.

Głośne obrazy

Taki właśnie tytuł miała sekcja festiwalowa dedykowana fanom muzyki – filmy o muzykach i z muzykami jako bohaterami. Z 9 prezentowanych tytułów udało mi się obejrzeć tylko jeden: “Pulp: film o życiu, śmierci i supermarketach”. Ilościowo nie poszło, ale za to jakościowo jak najbardziej. To taki feel good movie, po którym robi się ciepło na sercu, i nie ma większego znaczenia, czy jesteś fanem Pulp czy nie. Jarvis Cocker oraz jego sąsiadki myślące, że jest siostrzeńcem Joe Cockera i tak zdołają cię uwieść. Jest też spory potencjał informacyjny – z filmu dowiemy się głównie wielu ciekawych rzeczy o Pulp, trochę o Brytyjczykach, trochę o scenie muzycznej z lat 90. i jak to jest gdy współcześnie wraca niegdysiejsza gwiazda.

Powtórzę się – Off Camerze wcale nie trzeba Off Sceny, by zapewnić fanom muzyki znakomitą zabawę. Do zobaczenia za rok mam nadzieję.

Katarzyna Borowiec




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.