18.07.2014 09:15

Autor: Michał Stępniak

Morrissey – “World Peace Is None of Your Business”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Morrissey - “World Peace Is None of Your Business”
Capitol/Harvest/2014

In Moz We Trust.

To nie będzie recenzja w tradycyjnym tego słowa rozumieniu. Pisze ją bowiem człowiek, który Morrisseya traktuje w szczególny sposób, poważa go w takim stopniu jak wszystkich innych wokalistów razem wziętych, a hasło “All you need is Morrissey” mógłby sobie wytatuować na klatce piersiowej.  Kult, który narósł wokół artysty, w przeciwieństwie do wielu innych, jest dla mnie całkowicie zrozumiały i sam niejednokrotnie dawałem mu wyraz – w samotności czy w towarzystwie, we śnie czy na jawie, w górach czy nad morzem. Kiedy widzę koncerty sprzed kilku lat, na których publiczność wbiega na scenę, by choć na chwilę dotknąć Moza, rodzi się we mnie zazdrość. Zupełnie nie dziwię się Lesławowi z Komet, że fragment koszulki rzuconej ze sceny przez Morrisseya traktuje niczym relikwie, bo mimo usilnych prób warunki fizyczne nie pozwoliły mi na wywalczenie podobnej zdobyczy. Posiadam wprawdzie kilka pamiątek, w tym bilety na wszystkie polskie koncerty, które noszę ze sobą w portfelu, ale to jednak nie jest to. Być może to śmieszne, być może infantylne, ale nic na to nie poradzę. Z tych i wielu innych powodów nie stać mnie więc raczej na obiektywizm, ale na cóż i on?

Ostatnie pięć lat u Morrisseya nie było zwykłą przerwą w wydawaniu płyt. Na rynku pojawił się szereg reedycji, składanek, ale przede wszystkim autobiografia, która jednak zamiast dać odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytania, postawiła szereg innych (sama książka zachwyca w wielu momentach, ale liczne fragmenty, w których Morrissey wbija szpileczki swoim byłym współpracownikom nieco irytują i pozostawiają pewien niesmak). Moz w ostatnich miesiącach wielokrotnie był zmuszony odwoływać koncerty wskutek pogarszającego się stanu zdrowia, w mediach znów rzucano w jego stronę mniej lub bardziej absurdalne oskarżenia (w tym tradycyjnie o rasizm czy o rzekomą przesadę w kwestii obrony praw zwierząt i wegetarianizmu), a dodatkowo fani zostali zaskoczeni faktem, że Morrissey otworzył konto na Twitterze, co po kilku dniach i tak okazało się bzdurą i można było dalej wierzyć, iż pewne rzeczy się nie zmieniają na tej planecie. Sporym zaskoczeniem był również wybór Toma Jonesa i Cliffa Richarda do roli supportów na kilku koncertach amerykańskiej trasy, co w konsekwencji nie doszło do skutku z powodu wspomnianych problemów zdrowotnych. W tym aspekcie szerokim echem odbiło się oskarżenie Kristeen Young, która występowała przed Morrisseyem, o to, że nie zachowała ustalonych wcześniej norm bezpieczeństwa, ukrywała przeziębienie i tym samym zaraziła wokalistę. Niewątpliwie “pokręcony” jest nieco ten świat Moza i pewnie takim też pozostanie. Media rozdmuchują niemal każdą plotkę, małe zdarzenie urasta do rangi wybitnie przesadzonej, ale cóż zrobić, kiedy artysta nie miewa spektakularnych romansów (nie miewa ponoć żadnych), nigdy nie pojawił się pijany na scenie, a na swoje prywatne życie zarzucił zasłonę milczenia. Wyraziste i nieco kontrowersyjne miewa tylko poglądy, zaś szukanie malutkich skandali zapewne i samego artystę w pewien sposób bawi, aczkolwiek należy zauważyć, że z wiekiem bardziej obrażalski się staje i dodatkowo wymagający w stosunku do np. wydawców czy muzyków. Ma do tego prawo. W konsekwencji i tak najważniejsza od lat pozostaje muzyka, którą firmuje własnym nazwiskiem.

“World Peace Is None of Your Business” nie przysporzy z pewnością argumentów osobom twierdzącym, że Moz się skończył. Nie ma w ogóle o tym mowy i mimo, iż napisał setki piosenek, to znów ma coś do powiedzenia. Świat miłości, śmierci, niesprawiedliwości i samotności nie ma dla niego końca i jest to świat, do którego wraca się z prawdziwą przyjemnością. Jeśli kogoś to nudzi czy śmieszy, to cóż… przyjaźni między nami nie będzie. Można z dużą dozą stanowczości stwierdzić natomiast, że album tradycyjnie podzieli odbiorców. Ci, którzy twierdzą, że “Morrissey bez The Smiths jest jak sernik bez sera” zdania nie zmienią. Fani dostaną potwierdzenie, że w przeciągu ostatnich pięciu lat artysta pozostał sobą i kontynuuje snutą już przez tyle czasu opowieść. Opinia tych, którzy wobec Moza są tylko i wyłącznie krytyczni czy złośliwi również nie ulegnie metamorfozom, ale to ich sprawa, zupełnie mnie nieinteresująca.

“World Peace…” to najbardziej “europejska” płyta w dyskografii Morrisseya. Album nagrywano we Francji, ale o inspiracjach świadczą choćby tytuły poszczególnych utworów – “Istanbul” czy “Scandinavia”. Kilkakrotnie można usłyszeć gitarę flamenco, a hiszpańskie wpływy obecne są między innymi w “Earth Is the Loneliest Planet” czy w “The Bullfighter Dies”. Żadnych rewolucji tutaj jednak nie ma , ale należy podkreślić, iż muzycznie Morrissey pozwolił swoim kolegom tym razem na więcej, a liczba użytych instrumentów jest pokaźniejsza niż w przeszłości. Z pewnością dużą rolę w tym aspekcie odegrał nowy nabytek, czyli Gustavo Manzur, który zastąpił długoletniego współpracownika, Alain Whyte’a. Mimo tego, że trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie tych piosenek bez wokalu, to muzycy z pewnością nie utrudnili zadania Morrisseyowi w stworzeniu dzieła wielkiego. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich albumów inspiracji jest tu więcej i nie potrzeba dużo wysiłku, by usłyszeć coś z popu lat dziewięćdziesiątych, folku, glam rocka czy muzyki latynoamerykańskiej. Nie zmienia to faktu, iż album po kilku przesłuchaniach wydaje się niezwykle spójny. Tradycyjnie obok utworów mających cechy przebojów, pojawiają się takie, które wymagają od słuchacza nieco więcej wysiłku. Obok trwającej osiem minut wciągającej ballady “I’m Not a Men”, jest przebojowe “Kiss Me a Lot”, które spokojnie mogłoby się znaleźć na którymś z albumów The Smiths. Jest chwytliwe “Istanbul”, ale i melancholijne “Oboe Concerto”. Wypełnione smutkiem, przepięknie zaśpiewane “Earth Is the Loneliest Planet” oraz wpadające w ucho “Staircase at the University”. Wszystko od początku do końca niezwykle ujmujące, inteligentne i wrzynające się w głowę.

W warstwie lirycznej Morrissey po raz kolejny udowadnia, że w tej konkurencji wygrywa niemal z każdym. Moz jest więc “mistrzem doskonałej samotności”, który na smutku, uczuciach zna się jak niewielu. Artysta bywa wściekły (“Neal Cassady Drops Dead”), romantyczny (“Kiss Me a Lot”), ale i pogodzony z losem (“Earth Is the Loneliest Planet”). Nie obyło się oczywiście bez prztyczków wymierzonych w rządzących tym światem, a i dostało się również społeczeństwu (Each time you vote/ You support the process). Moz występuje także w obronie praw zwierząt, opowiadając historię matadora zdeptanego przez byka (Nobody cries… Because we all want the bull to survive). Nieco z przymrużeniem oka patrzy na studentkę, która nie potrafiła sobie poradzić z presją rodziców i postanowiła się rzucić ze schodów na uniwersytecie. Tradycyjnie znalazło się coś, co można by zaliczyć do przejawów mizoginizmu (“Kick The Bride Down The Aisle”). W aspekcie liryków warto także zwrócić uwagę, że artysta po raz kolejny zaczął bawić się słowami i wyszło mu to nienajgorzej, czego przykładem fragmenty z “The Bullfighter Dies”: ill in Seville, gaga in Malaga.

Czy “World Peace…” to powrót do znakomitej formy artystycznej? A czy kiedykolwiek Morrissey był w słabej formie? To nie jest wprawdzie tak wspaniała płyta jak “Vauxhall and I” czy “Your Arsenal”, ale i tak wielokrotnie może wywoływać gęsią skórkę, a i łez również nie sposób w wielu sytuacjach powstrzymać. W końcu chyba o to chodziło. Liczba piosenek, które mogę dopisać do listy, o których Moz śpiewał w The Smiths: Don’t forget the songs that made you cry and the songs that saved your life nieco się powiększyła. All the best ones are dead - wyznaje Morrissey w zamykającym podstawową wersję płyty “Oboe Concerto”, ale ja mam nieco inne zdanie na ten temat. Przynajmniej jeden jeszcze żyje i, co słychać na “World Peace…”, trzyma klasę.

Michał Stępniak


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (8 głosów, średnio: 6,75 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.