30.05.2011 07:54

Autor: Kuba

Mono we Wrocławiu

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: |


Mono we Wrocławiu

Japoński kwartet udowodnił, że post-rock to jeden z najpiękniejszych gatunków muzyki.

Każdy, kto ma styczność z post-rockiem wie, że w tym gatunku przede wszystkim chodzi o emocje. A skoro emocje, to najlepiej przeżywa się na żywo. Pewnie dlatego koncerty zespołów parających się tym rodzajem muzyki tworzy tak godne zapamiętania widowiska pełne pasji i energii.

Mono to zespół, który stanowi pierwszą ligę. Ich stawia się na piedestale obok takich tuz, jak Godspeed You! Black Emperor, Mogwai czy Explosions In the Sky. To giganci, którzy, choć nie nazywają się post-rockowcami, czerpią pełnymi  garściami z wielu zagrywek charakteryzującymi ten gatunek. I idzie im bardzo dobrze, skoro za sobą mają kilka światowych tras, pięć świetnie przyjętych albumów i oddaną rzeszę fanów, która uwielbia Mono za fenomenalne i żywiołowe koncerty, za genialną muzykę, która na żywo wydaje się być jeszcze lepsza, niż na płytach. Więc kiedy we wrocławskiej Hali Orbita wybrzmiewały akordy z gitary Katie Melua, ja wyjechałem na drugą stronę miasta, by w Firleju zobaczyć jedno z najlepszych widowisk muzycznych, jakie widziałem.

Koncert rozpoczął się punktualnie, co nie jest zbyt częstym zjawiskiem w realiach polskich, więc tu od razu można zauważyć ten japoński porządek i dokładność (a także profesjonalizm klubu Firlej). Jako support Mono wystąpił Belg, Dirk Serries, kryjący się pod pseudonimem Microphonics. Był on już we Wrocławiu miesiąc wcześniej – występował w tym samym klubie w ramach festiwalu Asymmetry. Zasiadając wygodnie na stołku, mając do dyspozycji jedynie gitarę i armię efektów stworzył niemal półgodzinny, ambientowy twór pełen repetycji, kilkunastosekundowych loopów, pogłosów, sprzężeń i szumów. Nie brzmiało to najgorzej, szczególnie, że wszystkie dźwięki były tworzone na scenie. Jednakże w moim przekonaniu akt otwierający koncert takiego wykonawcy jak Mono powinien być nieco bardziej wyrazisty. Microphonics dał pokaz czystego ambientu – bez początku, bez klimaksu, bez końca, z mnóstwem nachodzących na siebie ozdobników. Szkoda, że nie znalazło się miejsce dla wizualizacji, gdyż całość brzmiała jak wyjęta z skandynawskiego dramatu – zimno, surowo, przestrzennie.

Dopiero po zakończeniu supportu, który najwidoczniej nie przypadł do gustu sporej części widowni, pod sceną zaczęło robić się dość ciasno. Nie tak ciasno, jakbym tego oczekiwał. Ale przecież na koncert God Is An Astronaut wszystkie bilety zostały wyprzedane na tydzień przed, więc i w tym przypadku klub powinien być pełny, a przynajmniej prawie wypchany ludźmi. Cóż, wszystkiego mieć nie można.

Zespół z drugiej strony chyba aż tak nie przejął się tym brakiem, gdyż zagrali fenomenalny koncert na światowym poziomie. Wirtuozeria muzyków i dopracowane kompozycje nieraz powodowały ciarki na moich plecach. Wykonanie “Ashes In The Snow” z pięknym intro na glockenspielach, “Yearning” z mistycznym finałem czy “Burial At Sea” z motywem przywodzącym na myśl najlepsze lata Godspeed You! Black Emperor nie dało o sobie zapomnieć. Duet gitarzystów Takaakira i Yoda świetnie się pokrywali swoją grą. Brzmienia gitar były niesamowicie ciepłe, nieraz zbliżone do brzmienia pianina. Mocno to kontrastowało z mocniejszymi momentami, gdy w ruch szły delaye i przestery rozsadzając salę przestrzenią dźwięku. Dochodziły do tego liczne ewolucje z gitarami, jak to w post-rocku bywa. Stały na sztorc, latały po podłodze, piszczały, jęczały, niemal wybuchały od natężenia sprzężeń. Sekcja rytmiczna, choć spokojniejsza, również pokazała swoje muzyczne oblicze: genialny bas Tamaki Kunishi, na którym grywała nawet akordy, co jest zjawiskiem dość rzadko spotykanym. Nad wszystkim zaś czuwał Yasunori Takada z miną samuraja i jego perkusją napędzającą utwory, wybuchającą z gigantyczną głośnością tworząc niemal noise’owy hałas lub cicho pobrzękując wprowadzając delikatną nutę niepokoju do muzyki Mono.

Odkąd zacząłem interesować się muzyką post-rockową, nachodziły mnie w kółko te same pytania: co jest takiego w tych dźwiękach, w tych utartych schematach, które pomimo wszystko hipnotyzują słuchacza? Co mają w sobie te wielkie zespoły post-rockowe, że swoją muzyką poruszają tłumy? W przypadku Mono chyba znalazłem odpowiedź. To szczerość, energia, emocje wychodzące od muzyków dają poczucie uniesienia, wolności i mocy. Ich muzyka jest prawdziwa, może dlatego jest taka wielka.

Kuba Serafin
foto: Justyna Orkiszewska




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.