15.07.2013 09:00

Autor: Kasia Matuszyńska

“Moim celem jest to, aby ludzie w sobie poczuli takie butterflies in the stomach” – wywiad z Fismollem

Kategorie: Czytelnia, Wywiady

Wykonawcy:


“Moim celem jest to, aby ludzie w sobie poczuli takie butterflies in the stomach” – wywiad z Fismollem

Arek Glensk opowiedział nam o ważnych i mniej ważnych rzeczach.

Jednym z impulsów do przeprowadzenia tego wywiadu było wydanie przez Fismolla debiutanckiej płyty “At Glade”.  I to na niej bazowała rozmowa, dopełniona o genezę twórczości artysty i snucie planów wybiegających daleko w przyszłość…

Katarzyna Matuszyńska: Na pewno dotarły do ciebie pochlebne opinie dotyczące twej twórczości. Sama Kasia Nosowska powiedziała, że upłynniasz jej serce. Jak się do tego ustosunkowujesz?

Fismoll: Ja mogę być tylko i wyłącznie szczęśliwy z tego powodu. Osoby, które już coś osiągnęły w muzyce czy w dziennikarstwie mówią mi, że to jest dobre, że to jest super. Cieszę się, że udaje mi się trafiać do takich osób.

Szum wokół twojej osoby miał wpływ na powstały materiał muzyczny? Doświadczyłeś uczucia presji i obawy, że nie sprostasz postawionym Tobie wymaganiom?

Wydaje mi się, że to wszystko jest wyjątkowo naturalne, nie jest skomercjalizowane. Robię to samo, co robiłem pół roku temu. Jestem taki sam. Upewniłem się tylko, że to co tworzę sprawia ludziom przyjemność. Nabrałem też pewności siebie, aczkolwiek zawsze istnieje taka lekka niepewność, gdy się coś robi, czy na pewno to jest dobre. Ale kieruję się głosem z wewnątrz, który mówi – tak zrób, najwyżej nie będzie się podobać, ale tak zrób, bo to jest twoje.

Nagrałeś świetną płytę, w kalendarzu widnieje kilka dat Twoich koncertów. Masz jakieś plany na przyszłość, jak już zakończysz ogrywanie debiutanckiego albumu?

Na razie plan mam na pięć płyt, tyle jest materiału. Powstawał przez ostatni rok, który był niezwykle płodny, a zauważam, że ten będzie jeszcze bardziej. Jednak, aby to wszystko nagrać potrzebuję czasu. Jeszcze się uczę, wciąż chodzę do szkoły i tak naprawdę tylko czwartek, piątek, sobota, niedziela są dniami, w które mogę coś zrobić.

Myślałeś, żeby śpiewać po polsku? Czy angielski to jest język, w którym czujesz się najlepiej?

To jest kwestia wielu rzeczy. Chociażby tego, że śpiewając po angielsku jest się w stanie dotrzeć dalej. Czuję się bardzo mocno patriotą i gdzieś tam w mojej głowie zrodziła się myśl, aby zrobić coś po angielsku i móc powiedzieć – jestem Polakiem, posłuchajcie mnie w Anglii, posłuchajcie mnie we Francji i pomyślcie sobie – kurczę, ta Polska to nie jest tylko disco polo i tego typu rzeczy. Muzyki polskiej tak naprawdę prawie nie słucham, chyba że jest to hip hop, który czasami sobie puścimy z przyjacielem przy okazji premiery nowego, niszowego projektu. Mam wielki szacunek do języka polskiego. Ale angielski jest uniwersalny, zaśpiewasz w nim jakąś frazę, ty ją czujesz, ludzie ją czują, wiedzą, o co chodzi i jest fajnie, a przy tym ponad granicami, bo to język globalny. Bardzo przyjemnie jest jak możesz śpiewać po angielsku, myśleć po polsku i przy tym wszystkim być sobą.

Zdumiewające jest to, że mastering Twojej płyty wykonała Mandy Parnell. Możesz opowiedzieć jak doszło do tej współpracy?

Jest to zasługa Roberta Amiriana, mojego cudownego bliskiego przyjaciela, który jest także producentem i gra z nami na koncertach. Gdy w zespole jest menedżer, to wszystko wówczas jest zupełnie inne – jest taka fajna bliskość. A mastering miał być robiony w Szwecji. Robert zaproponował, że wyśle singiel do Mandy do Londynu. Strasznie się jej spodobał, powiedziała, żebyśmy wysłali jej jeszcze kilka rzeczy i okazało się, że chce z nami współpracować. Dla mnie to jest wielki zaszczyt, że moje utwory poleciały tam, do kobiety, która siedziała z Jónsim, Björk, The White Stripes i robiła im płyty. To jest piękna rzecz.

A jak wyglądała sprawa z wytwórnią? Sama się do Ciebie zgłosiła czy musiałeś jej szukać na własną rękę?

Z początku, gdy wstawiałem covery na YouTube, założyłem sobie, że nigdy nie napiszę do żadnej wytwórni. Postaram się dojść do estetyki, perfekcji, wyrzeźbić sobie zmysł poczuwania gustu innych ludzi. Nagrywam po swojemu, robię to co kocham i jeśli ktoś to zauważy, doceni, to dopiero wtedy ja podam mu rękę. No i tak się stało, że w jeden dzień napisał do mnie właśnie Robert Amirian (szef labelu Nextpop) i powiedział, że kawałki są świetne, mimo że w tym czasie miałem tylko dwa na YouTube. To mnie zdruzgotało i myślałem, że żartuje. Zadzwonił do mnie, rozmawialiśmy 1,5h przez telefon następnego dnia. Tak naprawdę 10 minut rozmawialiśmy na temat płyty, a resztę na temat życia. To był dla mnie znak, że chcę z nim współpracować.

Domyślam się, że praca w profesjonalnym studiu była dla Ciebie nowością? Jak wspominasz ten czas?

Wcześniej wszystkie kawałki nagrywałem w domu na sprzęcie prowizorycznym, studyjnym. Wiele rzeczy z płyty było nagrywane u mnie w domu, gdy budziłem się o trzeciej w nocy, bo nagle coś mnie natchnęło. Później pojechałem do Sound Tropez, profesjonalnego studia Roberta w Warszawie i dla mnie to był inny świat. Ja jestem też sprzętofilem, jeżeli chodzi o wszystkie konwertery, procesory dźwiękowe. Poznałem dużo nowych rzeczy, ale bałem się, że nie będę miał tam intymności nagrywając czy śpiewając. To jest bardzo piękne, klimatyczne, subtelne studio. Tak samo współpraca z Robertem. Nie ma granic. Tamto miejsce jest dla mnie niebem. Wierzę, że w innym studiu nie byłoby tak fajnie, bo to też zależy od producenta, od osoby, która ma to wszystko pod kontrolą.

Pochodzisz z muzycznej rodziny. Byłeś przez rodziców ukierunkowywany na dziedzinę, którą zajmiesz się w życiu czy pasja do muzyki narodziła się naturalnie?

Tak naprawdę to dzięki nim wszystko doszło do skutku. Nie chodzi o nagrania płyty, ale o to, że poszedłem do szkoły muzycznej. Rodzice wyszli z taką inicjatywą, a ja się zgodziłem.

Wyznaczyłeś sobie jakiś cel, do którego dążysz nieprzerwanie od dłuższego czasu?

Wiem, że chciałbym grać – może to jest strasznie oczywiste i banalne, ale tak jest. Wczoraj po koncercie (który odbył się w krakowskim Magazynie Kultury, 14 czerwca 2013 – przyp. red.) podeszło do mnie paręnaście czy parędziesiąt osób. Jakiś facet, powiedział, że zmieniłem mu życie i to jest mój cel – dawać ludziom tyle dobrego, ile tylko mogę, bo ja niczym nie chcę ranić, nigdzie, nigdy. Chcę, aby ktoś kochał się z kimś słuchając mojej muzyki i później mówił – kurczę, to tak fajnie smakuje przy tym. Podróżował z moimi dźwiękami w słuchawkach i wspominał, opowiadał o tym swoim dzieciom. Moim celem jest to, aby ludzie poczuli w sobie takie butterflies in the stomach. Chciałbym też trafić do nieba i tam również pomagać ludziom, jeździć na rowerze i różne rzeczy robić. Ale konkretyzując i skupiając się na muzyce to chciałbym, aby ludzie czasami mogli się unosić, żeby włączyli sobie płytę i powiedzieli – dobra, to poczeka. W tekstach na płycie nie ma ani kropli zła, jest nadzieja. A przecież istnieje dużo rzeczy, które przygnębiają. Często jest to praca, nieudana sesja. Są to strasznie przyziemne rzeczy, lecz to właśnie one często decydują o dalszym życiu, niemniej
jednak warto to wszystko oddzielić. Ubogacać sobie duszę to jest pierwsza rzecz, a druga rzecz to jest wydłużyć jej byt. Wydaje mi się, że to jest cel – ciągle dawać. Ja tak mam, czuję, że naprawdę Bóg dał mi taką misję na tym świecie.

A jaka jest geneza tytułu krążka? Dlaczego akurat “At Glade”?

Mieszkam na osiedlu na obrzeżach Poznania i to jest o tyle ciekawe, że 300 metrów na wschód mieści się piękny las, a po stronie zachodniej jest polana, na której zdarzyło się niewyobrażalnie dużo rzeczy. Jest to miejsce refleksji, dzikie, a zarazem spokojne. Chodzę tam z przyjacielem poleżeć na trawie. Dlatego “At Glade”, bo to miejsce, gdzie tak naprawdę powstało 90% piosenek, tekstów, gitar, melodii, wokalu. Ja tam szedłem z kartką i wracałem z zapisaną. To jest taka moja polana.

Koncert w Magazynie Kultury był pierwszym po internetowej premierze Twego debiutanckiego albumu. Jak się czułeś podczas niego?

To wielki zaszczyt dla mnie, że ludzie przyszli, aby posłuchać mojej muzyki. Usłyszałem od nich wiele pięknych słów. Pod koniec wstali, bili brawa. Czasami nie potrafię się zachować na scenie w takich momentach, chcę mi się płakać, ręce mi drżą. Graliśmy cały materiał z płyty, jest to tak mniej więcej pięćdziesiąt minut, ale nie bałem się tego, stwierdziłem – zagramy, co będzie to będzie. Zrobimy to najlepiej jak potrafimy, damy tyle emocji, kruchości i dzikości, ile każdy moment będzie wymagać.

Istnieje artysta, z którym chciałbyś wspólnie wystąpić, nagrać utwór?

Na pewno chciałbym nagrywać z moim przyjacielem Kacprem Budziszewskim, który gra na gitarze u mnie. Ale jeżeli chodzi o tych twórców, których słucham, to nie myślałem nad tym, bo ta muzyka jest na tyle intymna, że miałbym z tym kłopot. Gdybym miał z kimś dzielić utwór to mógłby być z tym pewien problem, bo dla mnie to jest trochę więcej niż tylko dźwięki, to jest emocja, która trwała przez jakiś czas w moim życiu i została rozpisana na trzy minuty. Nie ośmieliłbym się poprosić o coś takiego kogoś znanego i szanowanego przeze mnie. Oczywiście chciałbym coś zrobić z Sigur Rós, tylko na całkiem innej płaszczyźnie. Wolałbym iść z nimi porozmawiać i spytać się – co wy macie w głowach szaleńcy, że tworzycie coś takiego, co mnie wprowadza ze stanu takiego w zupełnie odwrotny. Wydaje mi się, że to czego słucham jest dla mnie sacrum. Tak samo Arvo Pärta, jego dźwięki są nierozłącznie ze mną od czterech lat. Dla mnie byłaby to profanacja, gdybym ja poprosił go o coś takiego. To jest najwyższe piękno i tego nie można ruszać.

rozmawiała Katarzyna Matuszyńska




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.