16.12.2011 15:00

Autor: Monika Pomijan

“Mnie najłatwiej nagrywa się albumy będące trochę konceptami”

Kategorie: Czytelnia, Green Zoo RECENZJE, Wywiady

Wykonawcy: |


“Mnie najłatwiej nagrywa się albumy będące trochę konceptami”

Kilka słów o nowym albumie, filozofii muzyki, koncertowaniu i związanych z nim przygodach – rozmowa z Tobiaszem Bilińskim aka Coldair.

Uwolnij Muzykę!: Przed wydaniem płyty mówiłeś, że będzie można zabrać Cię na piwo i opowiesz, o czym jest dokładnie nowy album. No to słucham.

Tobiasz Biliński: Owszem, tak mówiłem. Jednak nie zabrałaś mnie na piwo, sam je kupiłem. W każdym razie, mieszkając w Krakowie przez kilka miesięcy, stąd zresztą nazwa płyty, spotkało mnie dużo niezbyt fajnych, a nawet wręcz traumatycznych rzeczy. Przede wszystkim chodziło o to, że to było pierwsze miejsce, w którym mieszkałem po wyprowadzce z domu. Z tego wynikły problemy z odnalezieniem się w nowej przestrzeni, doświadczenie ciężkiej alienacji plus inne osobiste sprawy. Jest to płyta, w której w trzydzieści trzy minuty starałem się skondensować te sześć miesięcy mieszkania w Krakowie. Pierwszy raz coś takiego robiłem, bo zwykle pisałem jakiś tam zbiór losowych piosenek, a teraz są one odzwierciedleniem pewnego okresu w moim życiu. Wszystkie teksty są ze sobą powiązane, kolejność kawałków też nie jest przypadkowa, wszystko układa się chronologicznie. To jest płyta o paradoksalnych relacjach między ludźmi, o dziwnych, absurdalnych zachowaniach wobec osób niby sobie bliskich, a tak naprawdę nie. Do tego dochodzą “klimaty nastoletnie”, czyli brak swojego miejsca – mieszkałem w mieście, w którym nie czułem się dobrze.

Uwolnij Muzykę!: A Warszawa jest takim miastem?

Tobiasz Biliński: Tak, zdecydowanie po przeprowadzce do Warszawy odżyłem. Mieszkając w Krakowie byłem kompletnym warzywem, niestety to miasto już zawsze będzie mi się kojarzyć z bardzo smutnymi rzeczami. Stąd nowa płyta jest taka osobista. Co więcej, jest też swego rodzaju podsumowaniem mojego podejścia do muzyki, czyli teksty są o tym co mnie dotyka, o moim życiu i otoczeniu. Wychodzę z założenia, że w muzyce trzeba wygrzebywać z siebie wszystko, najgłębsze sprawy – wtedy to jest autentyczne i prawdziwe, wtedy ma największą wartość. Chodzi o przekładanie całej swoje emocjonalnej osoby na zapis dźwiękowy, dlatego zdecydowałem się na to, żeby tony różnych emocji przełożyć na muzykę.

Uwolnij Muzykę!: Czyli masz zamiar dalej opisywać osobiste doświadczenia?

Tobiasz Biliński: Tak naprawdę zawsze coś takiego robiłem, ponieważ pisząc teksty zawsze starałem się przekazać coś, co akurat we mnie siedziało, a nie żeby tylko odwalić robotę; po prostu na tej płycie jest już tego apogeum. Na innych płytach miało to charakter bardziej domysłu, tutaj każde słowo jest odzwierciedleniem pewnego stanu mojego umysłu. Nie wiem, co będzie dalej, ale raczej filozofia muzyki mi się nie zmieni. Mnie najłatwiej nagrywa się albumy będące trochę konceptami. Nie chodzi jednak o historię mojego życia, ale konkretny okres i doświadczenia z nim związane.

Uwolnij Muzykę!: Jak gdyby muzyka była receptą na doświadczenia?

Tobiasz Biliński: Coś w tym jest, ponieważ to jest płyta trochę autopsychoanalityczna. Nawet po czasie, który już minął, sam rozumiem te teksty już trochę inaczej, one mi pomagają radzić sobie z różnymi rzeczami. To jest też magia muzyki, bo słowa słowami, ale jak ubierze się je w jakieś dźwięki to zapisana sytuacja nabiera nowego znaczenia. Jest trochę zrzuceniem z siebie bagażu, zamknięciem pewnego rozdziału. Mogę wracać do niego, kiedy przyjdzie mi ochota.

Uwolnij Muzykę!: Płyty bardzo się różnią między sobą, druga jest spójna, przemyślana. Skąd więc pośpiech przy nagrywaniu “Perspehone”?

Tobiasz Biliński: Przy pierwszej płycie było tak, że grałem w zespole Kyst i zaczęło mi już odbijać, bo nagle coś mi się poprzestawiało w mózgu i zacząłem wymyślać bardzo dużo własnych piosenek, a potem poczułem potrzebę, żeby je też nagrać i wydać. Teraz wiem, że ten pośpiech był błędem, nagrałem wszystko w tydzień, w piwnicy, a mogłem się o wiele bardziej do tego przyłożyć. Już sam do końca nie pamiętam, o co dokładnie chodziło, bardzo chciałem wyrzucić te piosenki z głowy, jakoś je zaaranżować, a z drugiej strony to była próba moich sił na polu songwriterskim. Kyst bowiem jest zespołem dosyć specyficznym, nie jest to zdecydowanie songwriting, nie ma tam struktury, którą teraz penetruję. Dlatego wydałem “Persephone” własnym sumptem i nawet nie podejrzewałem, że ktoś będzie w ogóle słuchał tej płyty (śmiech). Trochę żałuję, że nie dałem jej więcej czasu, teraz nagrałbym te piosenki inaczej i nawet myślałem o tym, żeby je przearanżować i wydać na nowo, ale nie wiem, jak to będzie, bo projekt poszedł w zupełnie innym kierunku. Do pierwszego krążka mam jednak sentyment, co też wpisuje się w moją filozofię muzyki, nagrałem coś, co wtedy było aktualne. A że nie jestem Thomem Yorkiem ani Chrisem Martinem, mogę odkrywać wszystko w swoim tempie i wytwórnia nie obciąży mnie żadnymi kosztami za niedotrzymanie terminu. Chociaż druga płyta jest już wydana przez wytwórnię (Antena Krzyku, przyp.red.).

Uwolnij Muzykę!: Właśnie, dlaczego?

Tobiasz Biliński: Wiesz co, po pierwsze mimo wszystko wytwórnia ma większy zasięg, płyta trafi do Empików czy innych sklepów. Poza tym kwestia promocji, plus mam bardzo fajną wytwórnię, która odciąża mnie finansowo, sam nie dbałym rady ze wszystkim. A tak wydałem “Far South” również na winylu. Zawsze chciałem mieć winyl.

Uwolnij Muzykę!: Stylistycznie Coldair bardzo różni się od Kystu. Jak się czujesz w nowej roli?

Tobiasz Biliński: (śmiech) Powiem szczerze, mnie się lepiej gra z Coldairem niż Kyst, ale to oczywiste, bo to jest stuprocentowo moja muzyka, więc mam większą radochę z grania, chociaż Kyst kocham totalnie. Chwilowo jesteśmy w hibernacji, ale wrócimy, na razie musimy odpocząć, zregenerować się, napisać nowe kawałki; podejrzewam, że zaczniemy koncertować na wiosnę.

Uwolnij Muzykę!: Dużo się słyszało o pierwszym promującym nową płytę koncercie, on jednak już się odbył. Jak go wspominasz?

Tobiasz Biliński: Wiesz co, to był koncert na strasznej spinie, bo po pierwsze, był w bardzo dużym składzie, pięcioosobowym, czyli wszystkie kawałki z “Far South” były przearanżowane na taki skład, a że to był nasz pierwszy wspólny koncert, wiadomo, że był stres. Mimo wszystko jednak jestem optymistycznie nastawiony do tej grupy, bo wydaje mi się, że ma potencjał. A sam koncert w moim odczuciu był okej, chociaż pierwszy występ w nowym składzie nigdy nie jest w stu procentach super. Jednak to, jak było, nie mnie oceniać.

Uwolnij Muzykę!: Koncertujesz również zagranicą?

Tobiasz Biliński: To zależy. Z Kyst bardzo dużo grałem zagranicą, z Coldairem też, ale solo, i w styczniu znowu planuję trzytygodniową trasę po Europie, prawdopodobnie sam. Liczę też na różne festiwale europejskie, zostaliśmy też zaproszeni na słynny amerykański festiwal SXSW w marcu.

Uwolnij Muzykę!: Jak koncerty, to i przygody. Wspominasz jakąś najciekawszą, najbardziej szaloną?

Tobiasz Biliński: Na pewno dużo się działo, ale pewnie jak zwykle związane to było z dużą ilością alkoholu. Przygody przeważnie są z zespołem Kyst, na przykład wracając z Barcelony jeden nasz kolega zaspał na samolot. Zaspaliśmy też na samolot do Stanów. Zwykle to jest bardziej zbiór małych bądź dużych faili.

Uwolnij Muzykę!: Twoja muzyka jest raczej folkowa, a Twój Last.fm zdradza wielu folkowych artystów. Kim się inspirujesz? Widziałam, że lubisz Bon Ivera, Eliotta Smitha?

Tobiasz Biliński: Mogę wymienić pięciu moich największych bogów w muzyce, są to Sufjan Stevens, Eliott Smith, Bon Iver, Sam Amidon i Mount Eerie, czyli Phil Elverum. I to słychać w mojej muzyce, tak myślę.

rozmawiała Monika Pomijan




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.