30.07.2012 08:00

Autor: Katarzyna Borowiec

Micachu & The Shapes – “Never”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy: |


Micachu & The Shapes – “Never”
Rough Trade/2012

Wiele hałasu.

Mica Levi i The Shapes, czyli Raisa Khan na klawiszach oraz Marc Pell na instrumentach perkusyjnych, zadebiutowali albumem “Jewellery” (2009). Był to zestaw niebanalnych błyskotek, zachwycający eksperymentalny pop, udana próba łączenia przeciwieństw. Tym razem Brytyjczycy postanowili narobić wokół siebie więcej szumu. Znów przy pomocy własnoręcznie skonstruowanych instrumentów.

Kawałek otwierający, “Easy”, brzmi trochę jak most pomiędzy nowym i starym – jest uroczo melodyjny jak poprzednie piosenki Micachu, a nawet kończy się odkurzaczem, który trzy lata temu stał się ulubieńcem recenzentów. Jest jednak trzy razy bardziej hałaśliwy niż najbardziej hałaśliwa kompozycja z debiutu. Wypełniają go tłuczenie w gary (cokolwiek stanowi w tym przypadku gary), piski i łomot. I tak już mniej więcej będzie do końca.

Słuchając “Never” jasne staje się, dlaczego trio będzie supportować Animal Collective. Słychać tu mocne echa “Sung Tongs” (“Never”), a nawet “Spirits They’ve Gone, Spirits They’ve Vanished” (“Holiday”) . Zabawa głosem czy perkusja niejednoznacznie odsyłają do starszych kolegów. Obok kolektywu pałętają się tutaj również panowie z Black Dice, co chwila odbijający się w agresywnych piskach otwierających krótkie utwory panny Levi (“Never”, “Waste”, “Heaven”). Można by się nawet pokusić o porównanie do Niemców z Einstuerzende Neubauten, ze względu na metaliczne brzmienia, ale chyba nie ma powodu, żeby powiększać to zacne grono. Dość, że Micachu w tym przypadku brzmią mniej jak Micachu, a bardziej jak drugie podejście do “Wastered”.

“Low Dogg” znamy już z płyty z zarejestrowanym na żywo koncertem w towarzystwie London Sinfonietty, “Chopped & Screwed”. Najwidoczniej artystka wzięła sobie do serca pochwały krytyków wyróżniających utwór spośród innych na tej ambitnej, ale mimo wszystko mało interesującej płycie. Kawałki na “Never”, typowo dla Micachu, trwają około 1-2 minuty, aż do “Top Floor” – przerywnika, w którym liderka sugeruje potrzebę skoku do nieba (poczucia humoru na tym albumie z pewnością nie brakuje). Dłuższe utwory są zdecydowanie ciekawsze niż poprzedzające je siekanki. Spokojne “Fall”, którego końcówkę odwiedził chyba The Caretaker i kołyszące “Nothing”, wyśmienicie inkrustowane piskami, nie mogą jednak poprawić nastroju zmęczonego słuchacza. “Nowhere” kończy się oddechem zziajanego człowieka i to jest jak najbardziej adekwatny odgłos.

Bieg przez “Never” jest, owszem, atrakcyjny, ale niekoniecznie dla wszystkich. Z jednej strony za mało w nim melodyjności, czy to w odniesieniu do przebłyskujących Animali, czy własnej zabawy Micachu, która tak ładnie śpiewała na “Jewellery”. Tutaj jej głos poddany jest przeważnie modyfikacjom. Z drugiej ciężko się zachwycać jej eksperymentalnością, kiedy tak wyraźnie przywołuje Black Dice, jednocześnie nie mając ich psychodeliczności ani niczego, co mogłoby jej dorównać albo ją zastąpić. Hałas Levi jest w porównaniu z tymi szaleństwami zbyt jednostajny i zrytmizowany. Tym razem mnie nie przekonała.

Katarzyna Borowiec


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (Jeszcze nie oceniano)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.