14.03.2014 08:00

Autor: Michał Stępniak

Metronomy – “Love Letters”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Metronomy – “Love Letters”
Because/2014

Kolejna wędrówka w czasie.

Metronomy robią bardzo wiele, by zyskać miano jednego z najodważniejszych zespołów świata. Zmiany w stylistyce to rzecz zupełnie normalna, ale przeprowadzane przy okazji każdego kolejnego albumu mogą powodować skutki bardzo odległe od zamierzonych. W przypadku zespołu dowodzonego przez Josepha Mounta mieliśmy już do czynienia z nagrywanym w sypialni plumkaniem rodem ze starych gier komputerowych (“Pip Paine (Pay the L5000 You Owe)”), zabawami bardziej przystępną wersją elektroniki (“Nights Out”) czy próbą wejścia na poziom czegoś, co bywa nazywane electro-popem (“English Riviera”). Rozwiązanie ostatnie było najbardziej udane, czego dowodem pokaźna grupa zachwyconych odbiorców i nominacja do Mercury Prize. Na “Love Letters” Metronomy znów jednak uciekają od zaszufladkowania i choć nie jest to krwawa rewolucja, to wiele osób z pewnością będzie cierpieć, przeżywając rozczarowanie.

Po kilkukrotnym przesłuchaniu “Love Letters” na usta cisną się powtarzane przy wielu okazjach słowa w rodzaju “melancholia”, “nastrojowość”, a i popularne “vintage” czy “retro” też nie brzmią w tym przypadku głupio. Metronomy odbywają przedziwną podróż w czasie i tym razem inspiracją dla Mounta są głównie lata 60. i 70. W jednym z wywiadów lider przyznał, iż perfekcyjny zespół pod względem muzycznym, jak i wizerunkowym, to ten pochodzący z wytwórni Motown. Czasami to w przypadku Metronomy słychać (na koncertach widać), ale nie będzie zbrodnią przywołanie takich gatunków jak synth-pop czy nawet glam rock. Inspiracje The Zombies czy The Byrds również są oczywiste. Dodatkowo nagrań dokonano w Toe Rag Studios w Londynie, słynącego z realizacji techniką analogową. Wszystko więc starannie przygotowano i przemyślano, ale doskonale wiadomo, iż nie tylko tego typu działania gwarantują sukces.

“Love Letters” to płyta dobra, momentami wręcz świetna, ale równocześnie gdzieś z tyłu głowy majaczy myśl o zmarnowanej szansie. Czasami brakuje elementu sprawiającego, że usta otwierają się szerzej. Niby wszystko jest w porządku i w zgodzie z moimi potrzebami – jesień wygrywa z latem, piosenki są smutne i opowiadają o uczuciach, które przynoszą cierpienie. Jest więc coś o złamanych sercach (“The Upsetter”), samotności (“Call Me”) czy tęsknocie (“I’m Aquarius”). Nieobce jest mi jednak przekonanie, że zabrakło odrobinę więcej kreatywności, tak jakbyśmy mieli do czynienia tylko ze szkicami wymagającymi dopracowania. Zastanawiające jest również to, że najbardziej udane wydają się utwory zbliżone stylistyką do dokonań Metronomy z płyty “English Riviera”, czyli “Reservoir” czy genialne tytułowe “Love Letters”. Oszczędność, która miała być zapewne podstawową zaletą i głównym wyznacznikiem albumu okazała się troszeczkę powodem zabrnięcia w ślepą uliczkę. Być może przydałaby się po prostu odrobina szaleństwa. Z pewnością na plus trzeba uznać fakt, iż mamy do czynienia ze spójną całością, ale paradoksalnie płyta zamiast zyskiwać nieco traci przy kolejnych przesłuchaniach. Dodatkowo w miarę upływu czasu dostrzegalne coraz bardziej są elementy, które wręcz zaczynają irytować, jak np. chórki w stylu “Shoo-doop-doop-ah” z “I’m Aquarius”, a takie utwory jak “Boy Racers” czy “Call Me” sprawiają wrażenie zbędnych wypełniaczy.

Chyba nie takiego ruchu ze strony Metronomy można było się spodziewać. Na “Love Letters” brakuje piosenek, które można by było sobie nucić pod nosem podczas spacerów, umieszczać na czołowych miejscach w podsumowaniach rocznych czy serwować znajomym w czasie radosnych “Youtube Party”. Nie ma też utworów, na które duża część publiczności będzie z niecierpliwością wyczekiwać na koncertach. Może jest to właśnie sposób na to, by nie zostać zespołem, o którym zapomina się niezwykle szybko. Metronomy stali się bowiem projektem jeszcze bardziej intrygującym, a ich kolejny krok jest już w tej chwili olbrzymią zagadką. Istnieje jednak możliwość, że jej rozwiązanie  będzie dla fanów bardzo smutne. Przecież nie można wykluczyć, że wśród pomysłów krążących po głowie Mounta jest obecnie zmierzanie się z metalem czy hip hopem lub wycieczka w jeszcze bardziej odległe rejony historii muzyki. Oby nie. Czasami najlepiej się chyba ustatkować.

Michał Stępniak


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (24 głosów, średnio: 6,38 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.