29.07.2016 18:00

Autor: Szymon

Melt! – relacja z dnia trzeciego

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | | |


Melt! – relacja z dnia trzeciego

Ta ostatnia niedziela.

Wiedziałem, że wkrótce się rozstaniemy z Meltem, więc te ostatnie chwile starałem się chłonąć ze zdwojoną intensywnością, a i czekała na mnie zwielokrotniona moc wrażeń. Ledwie wstałem, popatrzyłem na niebo i już wiedziałem, że będę tęsknić. Lato zawitało na dobre trzeciego i zarazem ostatniego dnia festiwalu. Tego dnia jako jeden z pierwszych zameldowałem się na terenie Ferropolis. Czułem się trochę jak bohater Mad Maxa w opustoszałym postapokaliptycznym świecie pełnym bezużytecznych maszyn i złomu. Z tym, że ja zamiast gangu motocyklowego ścigałem koncertujące tego dnia zespoły.

Najpierw dopadłem londyńską Pumarosę. Zaczaiłem się na nich chwilę przed rozpoczęciem występu. Zobaczyłem jak od początku wygląda profesjonalny soundcheck, jak akustyk po ustawieniu nagłośnienia rozdaje członkom zespołu festiwalowe opaski, czy jak obsługa techniczna sceny przynosi wodę i rozkłada na scenie ręczniki. Tak, było tego dnia gorąco nie tylko za sprawa muzyki. Znałem dotąd dwa utwory Pumarosy: epicki, przemyślany “Priestess” i łączący w sobie różne zdawać by się mogło sprzeczne elementy “Cecile”. Wystarczy wspomnieć, że za produkcją doskonałego “Priestess” stoi mający za sobą współpracę m.in. z Bat For Lashes i Bloc Party producent Dan Carey. Mnie za rekomendację wystarczył sam kawałek, który odkryłem kilka miesięcy wcześniej. Byłem więc ciekaw, co mają jeszcze do zaoferowania. Gdy zaczynali grać pod namiotem Medusy było ledwo kilka osób, jednakże muzyka z minuty na minutę przykuwała uwagę i ściągała coraz większą ilość osób. Byli wśród nich nawet oldtimerzy z pobliskiego miasteczka, którzy postanowili spędzić wolne niedzielne popołudnie na festiwalu. Czy to młodzi, czy starzy, wszyscy reagowali entuzjastycznie na dźwięki wygrywane przez pięcioosobowy zespół. Trzy gitary, wokal, perkusja, czy wreszcie elektronika, klawisze i saksofon, za które odpowiadał najzdolniejszy z muzyków – Tomoya Suzuka. Do wspomnianych wyżej utworów doszedł “Red”, w którym słychać było dynamiczny bas i odrealnione, nakładające się na siebie wokale. Nie zaryzykuję tu porównania z innym wykonawcą, czy zespołem, gdyż wiele wpływów nachodzi na siebie, przez co muzyka komponowana przez Pumarosę staje się jeszcze bardziej interesująca. Nie mieszkam w Londynie, a jednak odważę się na stwierdzenie, że stolica Anglii nie słyszała takiego grania od dłuższego czasu. Moje słowa potwierdziła wokalistka i frontmanka Isabel Munoz-Newsome w rozmowie po krótkim, lecz intensywnym występie. Melt miał szczęście, by gościć londyńczyków, a ja by ich posłuchać na niemal prywatnym koncercie.

Chyba wpadłem do Meltowego kotła, w którym przyrządza się muzykę. Po kąpieli w tym magicznym napoju włączyły mi się superbohaterskie moce i pobiegłem na Big Wheel, by posłuchać fragmentu DJ-seta Kim Ann Foxman i znów byłem w Mad Maxie. Tak niewielu osób nie widziałem jeszcze na żadnym z festiwali. Widać niedzielę potraktowano luźniej, a wiele osób porozjeżdżało się już do domów. W to mi graj. Zorganizowano specjalnie dla mnie festiwal. Promienie słoneczne przyciągały tak bardzo spragnionych lata uczestników. Do tego stopnia, że kilka dziewczyn tańczyło pod Big Wheel tyłem do sceny, a z twarzami zwróconymi ku słońcu, czego nikt nie miał im za złe.

Kilka minut później przysiadłem na obrzeżach amfiteatru i zacząłem się zastanawiać, czy aby nie cofnąłem się jeszcze w czasie do lat 90-ych i słucham właśnie Oasis. Na Melt Stage występowali mało interesujący dla fotografów, a o wiele bardziej dla uszu słuchaczy Australijczycy z DMA’s. Okazało się, ze Britpop żyje i ma się całkiem dobrze. Czasem zmierza w kierunku shoegaze’u w wykonaniu Ride. Świetny soundtrack dla letniego popołudnia, który było słychać niemal w każdym zakamarku Ferropolis (nawet na plaży nad jeziorem), gdyż tego dnia liczba scen została zredukowana do czterech. W końcu nadążałem za muzyką, a ta też tego dnia nie uciekała przede mną.

Owe zespolenie z dźwiękiem towarzyszyło mi już do samego końca. Słuchając w Medusie SG Lewisa zastanawiałem się, czy przypadkiem nie jestem na niespodziankowym występie Disclosure. Pochodzący z Liverpoolu producent podobnie jak bracia Lawrence ma podpisany kontrakt z PMR. Wydał dotąd jedną EP-kę, kolejna oraz debiutancki album w drodze. Przyznam szczerze, że po próbce jaką usłyszałem na Melcie czekam z niecierpliwością na więcej. Przytulna i wszechogarniająca emocjonalna elektronika SG Lewisa nadaje się do tańca i do słuchania. W narracyjnych melodyjnych utworach pojawia się śpiew wschodzących gwiazd alternatywnego R&B jak Gallant (“Holding Back”), czy Dornik (“All Night”). Jedyne czego mi zabrakło, to właśnie gościnnych występów wspomnianych wokalistów podczas koncertu SG Lewisa na Melcie. Słyszałem głosy, a nie widziałem, aby ktoś śpiewał. Przyznam szczerze, że wprawiało mnie to w małe zakłopotanie. Wodziłem głową z lewej na prawą, czy spoglądałem w kierunku na backstage’u sceny w poszukiwaniu właściciela słyszanego głosu. Gdy zorientowałem się, że nikt się więcej nie pojawi się na scenie dawałem się już zwieść udającym, że podśpiewują muzykom. Trochę szkoda, że nie zabrali ze sobą choćby jednego wokalisty, co przecież miało miejsce na The Great Escape Festival. Pozostał mały niedosyt, który wynagrodził mi występ gościa specjalnego w Orangerie. Wysłuchałem tam kilku oszczędnie zaaranżowanych folkowych piosenek zaśpiewanych przez wokalistkę wspieraną przez gitarzystę. Orangerie zamieniła się na chwilę w stodołę. Ławeczki i krzesełka, a  na nich siedząca spokojna i wyciszona publiczność. Miło i kameralnie. Urzekająca prostota.

Parę minut później spadła na Melt! Bomba, a konkretnie pochodząca z Kolumbii Bomba Estereo. Niesamowita hardkorowa (nie mylić z gatunkiem muzyki) impreza w rytmach electro tropical z domieszką psychodelicznej cumbii wprawiły wszystkich w taniec. Dziewczyny poruszały biodrami do rytmu muzyki, a chłopcy robili wszystko, by dotrzymać im kroku. Lekko kwasowa “Fiesta”, czy bliższe popu “Somos Dos” nie pozwalały się zatrzymać ciałom, a co więcej przyłapałem się na tym, że zaczynam podśpiewywać w kompletnie nieznanym mi języku. Scena skąpana w słońcu i  ubrana w kolorowe stroje wokalistka okazały się o wiele wdzięczniejszym materiałem do fotografowania niźli wspomniani DMA’s. Migawka aparatu pracowała i jednocześnie odpoczywała.

Po tej muzycznej eksplozji z Bogoty przebiegłem kilkadziesiąt metrów w kierunku Medusy i znalazłem się w Nowym Jorku. Na scenie występował duet Bob Moses. Charyzma, zarozumiałość i buta muzyków emanowały w każdym ich geście, spojrzeniu, czy słowie. Patrzyłem na prawdziwe wschodzące gwiazdy rocka pokroju The Rolling Stones. Pochodzący z Vancouver Tom Howie i Jimmy Vallance mają tę iskrę bożą charakterystyczną dla największych. Pytanie tylko jak wielki płomień się z niej roznieci? Wychowani na kalifornijskim punku, grunge’u i minimalu Howie i Vallance zachowują perfekcyjny balans pomiędzy muzyką alternatywną i taneczną elektroniką. Doskonałe wykonania utworów jak “All I Want”, “Talk”, czy “Tearing Me Up” sprawiły, że poczułem dreszcze na całym ciele. Dopełnieniem tej dopracowanej pod każdym względem muzyki jest sceniczny wizerunek Bob Moses. Jak nic pisane im są okładki magazynów pokroju Rolling Stone, czy Billboard.

Od zachwytu po rozczarowanie przeszedłem w kilka sekund. Muzyka Chvrches po koncercie Bob Moses brzmiała na Melt! Stage jak disco-polo i nie ma w tym nuty przesady. Atrakcyjna Lauren Mayberry biegała po scenie jak odbijana piłka tenisowa, a moja szyja i głowa zaliczyły niezłą gimnastykę starając się za nią nadążyć. Zaczynałem uświadamiać sobie po co na terenie campingu odbywały się zajęcia z Rave Aerobiku. Co by to było gdybym ich nie opuścił? Dyskoteka Pana Jacka płynęła z głośników i publiczność reagowała żywiołowo niczym ośmiolatki na urodzinach organizowanych w latach dziewięćdziesiątych w jednej z sieci restauracji typu fastfood. Wszyscy czekali na trzy, cztery największe hity, które zresztą usłyszeli: “Gun”, “Bury”, “Recover” i finałowe “The Mother We Share”. Było konfetti. Brakowało tylko clowna. Gdy Lauren milkła było jeszcze gorzej. Muzyk-wokalista zwyczajnie nie potrafił śpiewać. Szczerze życzę Lauren zmiany wizerunku scenicznego, z którym z racji popularności nie będzie łatwo zerwać i oczywiście spełnienia w innych ciekawych projektach.

Przyszedł i czas pożegnań. Miałem też świadomość, że po koncercie Disclosure czeka mnie kilka godzin jazdy samochodem (na szczęście w roli pasażera) z powrotem do domu i wkroczenie z marszu po nieprzespanej nocy do pracy. A co, raz się żyje. Zanim jednak dotarłem po raz ostatni na Melt! Stage zajrzałem do pobliskiego lasu, gdzie usytuowane było kino. Akurat na ekranie wyświetlany był “Nieśmiertelny “z Seanem Connerym i Christopherem Lambertem w oryginalnej wersji językowej, z oddali dobiegały dźwięki techno, a zgromadzeni ludzie zbierali siły przed finałową walką na festiwalu. Opuściwszy Forest skierowałem się w kierunku obszaru, w którym miała się ona rozegrać. Zająłem miejsce blisko sceny wśród innych w oczekiwaniu na coś oczywistego. Wiedziałem co się wydarzy, jakich utworów się spodziewać i jak z grubsza będzie wyglądała scena wraz z wizualizacjami, a i tak udawałem zaskoczonego. Czułem się trochę na koncercie Disclosure jakbym jedną z ulubionych płyt włożył do odtwarzacza po raz setny i czerpał z tego przyjemność jak podczas pierwszego odsłuchu. Na szczęście to już oni wcisnęli za mnie przycisk “play” i popłynął z głośników “White Noise”, następnie “F for You”, czy parę utworów później “You & Me”. Disclosure nie potrzebowali wokalistów tak bardzo jak SG Lewis, gdyż to publiczność śpiewała za nich. Po części przebojowej przyszła i pora na bardziej klubowe wydanie braci Lawrence.

Poczułem się jak na dobrej imprezie w Londynie. Znowuż podczas wykonania “Nocturnal” zniknęli oni zza konsolet. Pojawił się dym i wyłonili się grając na gitarach z tyłu na podnośniku. Przecież nie mogli się ot tak rozpłynąć po kilkudziesięciu minutach grania. W kotłach Ferropolis zagotowało po raz ostatni podczas “When a Fire Starts to Burn”. Chwilę później zdradzili publice miłą niespodziankę. Otóż przywieźli ze sobą specjalnie jednego wokalistę. Pan Brandon Riley zaśpiewał swoim falsetem “Moving Mountains”. Miły ukłon w kierunku zebranego audytorium, które muzycy traktowali najwyraźniej bardzo poważnie. Brawa za profesjonalizm.

Występ zakończył się wspólnym zaśpiewaniem z publicznością hymnu jakim stał się “Latch”. Niby wszystko to już gdzieś było, ale mam nadzieję, że wróci więcej. Parafrazując słowa finałowego utworu “Now I got Melt! in my space”.

Szymon Matlak

fot. Mateusz Kozina




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.