29.07.2016 08:19

Autor: Szymon

Melt! – relacja z dnia drugiego

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | |


Melt! – relacja z dnia drugiego

Pogoda to stan umysłu.

Jeśli poprzedniego dnia i nocy produkcja muzycznych dźwięków szła w Ferropolis pełną parą i do tego na trzy zmiany, to w sobotę kotły jakby stanęły. Przynajmniej dla mnie. Intensywny pierwszy dzień, nieodespana Portugalia i niesprzyjająca w dalszym ciągu pogoda to czynniki, które sprawiły, że dzień drugi festiwalu stał się dniem gospodarczym. Przecież trzeba coś zjeść, sprawdzić, gdzie zatwardziali Meltowcy robią zakupy i co do zaoferowania, nim wyruszy się na koncerty, ma jeszcze pole campingowe. Sercem pola namiotowego okazało się #wearemelt! Stage pełniące rolę takiego mini szigetowego miasteczka. Jeśli ktoś wstał przed południem miał szansę zgłosić się na Rave Aerobik, wybrać na warsztaty z jednym z artystów występujących na Melt! (np. z Bluestaebem), czy pojammować w Campsite Studio. Muszę przyznać, że ostatnia z aktywności przypadła mi do gustu najbardziej, gdyż nie wymagała wysiłku. Wystarczyło przystanąć przed kontenerem, ba a nawet zajrzeć do do tego przenośnego studia nagraniowego od tyłu i zobaczyć zespół. Udało mi się posłuchać kilku początkujących Tame Impalowców w oldschoolowych baseballówkach. Odświeżające doznanie. Przecież wśród festiwalowej publiczności może skrywać się wielu interesujących muzyków, którzy szukają właśnie swojej szansy. Zacna inicjatywa. Ciekawa perspektywa. Do wejścia i spróbowania własnych sił zachęcały słowa Milesa Davisa “When You Are Creating Your Own Shit… Even the Sky Ain’t the Limit”, którymi obklejone było wyposażone w instrumenty studio. Aż mi się żal zrobiło, że na żadnym nie gram. Taka okazja przeszła koło nosa.

Pozostało się tylko dowiedzieć, gdzie Meltowcy robią zakupy. Skąd przynoszą zgrzewki piwa w barwach narodowych i kiełbasy na grilla. Otóż okazało się, że z pobliskiego miasteczka oddalonego o dziesięć minut jazdy autobusem. Chwilę zajęło jednak ustalenie tej jakże cennej informacji, a jeszcze większą wykonanie planu związanego z zaopatrzeniem. Przyszedł i czas szykowania się na koncerty. Dziewczyny na szczęście nie przesadzały z prostownicami zajmując gniazdka chcącym podładować telefon, bo i nie było jak. Jeśli ktoś chciał wysuszyć włosy musiał poprosić wolontariuszki kasujące za wstęp pod prysznice i te grzecznościowo udostępniały kontakt. Jednorazowe mycie to 2 euro. Dostęp do pryszniców i łazienek przez cały czas trwania festiwalu kosztował 10 euro. Jeśli ktoś przypadkiem wybiera się na Melt! W przyszłym roku lojalnie uprzedzam, że nie ma oddzielnych kabin. Niby drobiazg, ale istotny.

Pogoda ne Melcie w tym roku to był stan umysłu, dlatego bez względu na warunki i prognozy postanowiłem pójść na sobotnie koncerty w krótkich spodenkach i bez okrycia przeciwdeszczowego. Do odważnych świat należy. Wystarczy odpowiednio nastawić się mentalnie i będzie pięknie. Nigdzie mi się nie spieszyło, więc rozpocząłem od występu Two Door Cinema Club, których niespełna dwa tygodnie wcześniej słuchałem na NOS Alive w Lizbonie. Mam do nich słabość ponieważ kojarzą mi się z jakże przeze mnie lubianą paryską wytwórnią Kitsune. Przecież nie często Wyspiarze mają okazję zostać odkryci przez Francuzów i jeszcze nagrywać dla nich. Choć muszę przyznać, że zacząłem się zastanawiać jakim cudem zespół, który nie wydał płyty od niemal czterech lat obstawia tyle ważnych zagranicznych festiwali? Okazało się, że podczas koncertów grają już kilka kawałków z albumu “Gameshow”, którego premierę zaplanowano na październik. Obok takich hitów jak “What You Know”, czy “Handshake” usłyszałem nowe, niemal niczym się nie różniące od nich piosenki. Odniosłem wrażenie, że zespół zamiast iść na przód, jak na przykład uczynili Phoenix grający niegdyś bardzo podobną odmianę pop-rocka, nadal się kręci na tej samej karuzeli. Co więcej Panowie z Two Door Cinema Club jakby już wyrośli ze swoich piosenek (grają ze sobą prawie dziesięć lat!) i nieco karykaturalnie wyglądają przygrywając skoczne kawałki. Ciekawe, czy zdają sobie z tego sprawę? Na Melcie nie doczekawszy do samego końca koncertu wysiadłem już z tej karuzeli. Co za dużo Two Door Cinema Club to nie zdrowo.

Postanowiłem udać się do pobliskiej Orangerie na koncert pochodzącego z Hamburga zespołu Kytes (bardzo mocno promowani są na Melcie rodzimi artyści). Jednocześnie miała występować na Medusie Peaches. Znalazłem jednak sposób, by się rozdzielić. Zostałem w Orangeire, a Mateusz pognał posłuchać i przyjrzeć się kontrowersyjnemu performance Kanadyjki. Przecież tak modne są w tym sezonie są ficzeringi.

Miałem już dość rwanych koncertów z zaburzoną dramaturgią bez początku, środka lub końca. Czułem, że cały czas coś mi umyka. Zdecydowałem, że choćby nie wiem co wysłucham całego występu Kytes. Okazało się, że wcale nie spadłem z deszczu pod rynnę, a mimo że Kytes grają pop-rocka to zwyczajnie ze względu na wiek im to przystoi. Wokalista o zachrypniętym głosie i barwie podobnej do Bena Howarda zaśpiewał szereg wpadających w ucho piosenek. Co prawda nie do końca wzbudzał moją ufność i wyczuwałem pewien fałsz w jego wizerunku scenicznym, ale postanowiłem przymknąć na to oko i bawić się jak na studenckim koncercie w klubie na powiedzmy 100-200 osób. Kytes zagrali na początku kilka piosenek pozwalających publiczności nie znającej ich repertuaru wczuć się w klimat. Zainteresowanie koncertem przeszło moje oczekiwania. Publiczność napływała z minuty na minutę i to właśnie ona zasługuje na wyróżnienie, a konkretnie grupa przebrana za biegaczy olimpijskich. Białe szorty i t-shirty bez ramiączek, wystające z butów skarpety sportowe, frotowe opaski na czole, nadgarstkach i wreszcie zawieszone na szyjach medale. Prym wiodło dwóch bliźniaków podobnych do Chrisa Gatlinga (byłego już koszykarza NBA o nieco misiowatej posturze wyróżniającego się ową opaską). Początkowo zdecydowali się na crowdsurfing na rękach kolegów i koleżanek ze swojej reprezentacji, by później zacząć biegać synchronicznie wkoło w pobliżu sceny. Zachęcali też innych do przyłączenia się do zabawy. Gdy zbliżał się refren piosenki stawali w miejscu, prostowali sylwetkę, wznosili ręce do góry i zbiegali do środka na koncertowe przepychanki (nie można tego nazwać pogo). To właśnie oni do spółki z Kytes wyzwolili dodatkowe pokłady energii w słuchaczach. Napięcie i emocje wzrastały do samego końca, a krąg wokół którego biegali powiększał się co hit, by pod koniec wypełnić już całą Orangerię. Uśmiech od ucha do ucha zagościł na mojej twarzy. “Inner City”, “On The Run” i finałowy “I Got Something” wprawiły przybyłe na koncert osoby w ruch i doskonały nastrój. Kytes mieli tego wieczoru to coś. Publika zresztą też!

W tym samym czasie na Medusie z siłą wodospadu Niagara pojawiła się na scenie kanadyjska królowa electro-punku. Energiczna Peaches nie rozpoczęła od gry wstępnej z publicznością. Od razu przeszła do konkretów… ubrana w kostium imitujący kobiece organy płciowe odśpiewała “Rub” i “Operate”. Podczas “Vaginoplasty” w waginalnych kostiumach dołączył do artystki taneczny duet, który zresztą kończył cały występ zupełnie roznegliżowany imitując erotyczne pozycje wraz z gwiazdą wieczoru. Nie tylko choreografia była mocnym punktem tego barwnego muzycznego show, również scenografia mogła zaskakiwać i szokować, zwłaszcza gdy na scenie pojawiła się gigantycznych rozmiarów dmuchana prezerwatywa, w której Peaches odważnie paradowała odśpiewując kolejne wersy “Dick in the Air”. W tym przedstawieniu – chcąc nie chcąc – udział wzięli też widzowie. Najpierw podnosząc Peaches na rękach wysoko w górę i później, gdy artystka wykrzykując ze sceny “shake your tits” przykładała do piersi butelki szampana, których zawartością naprzemiennie oblewała i opluwała publiczność. Występ Peaches to nie był show dla każdego, ale z pewnością artystka nie pozostawiła widzów obojętnych wobec jej kreacji.

Spotkaliśmy się z Mateuszem po wspomnianych koncertach. Obaj zadowoleni i pełni wrażeń. Warto czasem wyjść z siebie lub rozdwoić się. Rozochocony, panujący nad pogodą (przecież to stan umysłu!) udałem się w kierunku plaży, by potańczyć, jak się dowiedziałem od młodszego pokolenia przy dźwiękach wyselekcjonowanych przez “legendarny” Kollektiv Turmstrasse. Zaraz, zaraz, przecież zaczynali karierę w 1998 roku. Zdałem sobie wtedy sprawę, że faktycznie grają już prawie od dwudziestu lat. Zwracam honor nikomu innemu jak dwudziestolatkom. Kollektiv Turmstrasse zaserwował plażowiczom bardzo wyszukane dźwięki z pogranicza deep house’u i minimal techno. W sam raz na letnie tańce na piasku. Doskonale wyczuli Meltową publiczność i znów zagotowało w kotłach Ferropolis. Choć z racji lokalizacji mogło raczej zabulgotać i pojawiły się bąbelki w drinkach z palemką. Legendy zachwyciły i bardzo wysoko postawiły poprzeczkę przed kolejnym wykonawcą, ale nie tylko przed Solomunem wchodzącym po nich za gramofony na Gremmin Beach, lecz i tym którego miałem zamiar posłuchać na zakończenie drugiego dnia festiwalu.

Publiczność przed Melt Stage koczowała już na półgodziny przed występem Jamiego xx. Musze przyznać, że miałem wobec niego bardzo wysokie oczekiwania. Liczyłem na jakiś gościnny występ i udany live-act. Byłem nieco rozczarowany, gdy zobaczyłem dwa gramofony i case’a z winylami (zwykle przynosi to odwrotny efekt). Choć przyznam, że wizualnie wyglądało to dość interesująco. Dyskotekowa kula i dwa gramofony. Ot, piękno tkwi w prostocie.

Wracając jednak do muzyki Jamie xx zaczął swojego seta obiecująco od “Atmosphere” z repertuaru Joy Division, potem klimatyczne “Loud Places” z wokalem Romy z The xx, dalej było już głośno. Za głośno. Nie dyskoteki się spodziewałem i usłyszawszy kołysankę “Sleep Sound” zagraną z płyty winylowej uznałem, że czas najwyższy rozpocząć regenerację przed pełną niespodzianek niedzielą (wtedy jedynie to przeczuwałem).

Szymon Matlak, Mateusz Kozina

fot. Mateusz Kozina




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.