08.05.2014 09:00

Autor: Michał Stępniak

Lykke Li – “I Never Learn”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje, Rozkręcamy

Wykonawcy:


Lykke Li - “I Never Learn”
LL/2014

Oczywiście, że nie ma miłości?

Kiedy kilka dni temu Grzegorz Miecugow na antenie TVN 24 zadawał serię mniej lub bardziej absurdalnych pytań Arturowi Rojkowi, szczególnie zirytowało mnie jedno z nich, dotyczące nadmiernego ekshibicjonizmu. Można było odnieść wrażenie, że solowa płyta Rojka to pierwszy krążek, jaki w życiu Miecugow włożył do odtwarzacza i pierwsza refleksja dotycząca muzyki. Prowadzący w pewnym momencie stwierdził, że generalnie woli jak radio do niego mówi niż gra, więc jestem mu w stanie wybaczyć dziwactwo i dość głupią refleksję. Gdyby bowiem pewnego dnia usłyszał “I Never Learn” Lykke Li trudno byłoby mu zapewne uwierzyć w to, że ekshibicjonizm może być posunięty aż do takich granic, a równocześnie mógłby mieć problem z tym, że 28-letnia, piękna dziewczyna przez wiele lat nie potrafi poradzić sobie z pokonaniem smutku. Dyskomfort odczuwać mógłby nie tylko Miecugow. Nie zdziwię się zupełnie, jeśli duża część odbiorców nie będzie w stanie w ogóle przebrnąć przez “I Never Learn”, bo w czasie słuchania tej płyty jedyną odpowiednią reakcją wydaje się płacz. Nie są to też z pewnością piosenki, które mogą być puszczane w chwilach radosnych uniesień. Czyli typowy “breakup album”.

“I Never Learn” miało być w zamierzeniu zamknięciem trylogii i zarazem pewnego etapu w życiu artystki. Na “Youth Novels” i “Wounded Rhymes” (recenzja) tematyka nieustannie dotykała problemów dwudziestokilkuletniej dziewczyny, ze szczególnym uwzględnieniem wszystkiego, co wiąże się z takim zagadnieniem jak złamane serce. To smutek był jej chłopakiem, jak sama śpiewała. W przypadku trzeciego albumu zainteresowania Lykke Li nie zmieniają się ani odrobinę (tytuł płyty to doskonale wyjaśnia), ale sposób przekazu jest już zdecydowanie bardziej jednorodny. Drapieżność, która pojawiała się momentami na dwóch poprzednich albumach odeszła w dal. Pustka i smutek po zakończeniu długiego związku zrobiły najwidoczniej swoje.

Lykke Li wielokrotnie podkreślała, że nie chce, by ją traktowano jako gwiazdę muzyki pop i przy pomocy “I Never Learn” na drodze do osiągnięcia tego celu zrobiła duży krok. Otrzymujemy dziewięć ballad, które muzycznie w zasadzie niczym nie zaskakują. To przede wszystkim dźwięki akustycznej gitary, pianina, urozmaicane różnymi przeszkadzajkami czy delikatną elektroniką. Nie ulega wątpliwości, że i tak najistotniejszym instrumentem w tym całym przedsięwzięciu jest olśniewający i nierzadko zwalający z nóg wokal Lykke Li, czego dowodem jest piosenka “Love Me Like I’m Not Made of Stone”, gdzie artystce towarzyszy tylko gitara, a przekazywane emocje są tak olbrzymie, że nie sposób przejść obok obojętnie. Za produkcję odpowiada  Björn Yttling oraz sama Lykke Li, ale szczególne uznanie kieruję w stronę Grega Kurstina (Ellie Goulding, Lily Allen), który maczał palce przy najlepszym utworze na albumie – “Gunshot”.

Płyta jest dość krótka, ale w tym przypadku należy to zaliczyć do jej atutów, bo smutek utrzymuje się tutaj na stałym poziomie i większa dawka mogłaby z pewnością sprawić, iż efekt okazałby się wręcz karykaturalny. Każda piosenka słuchana z osobna znacznie zyskuje na wartości, bo w otoczeniu sobie podobnych wszystko może zlewać się w jedno. Pewnym problemem jest dość spore natężenie infantylizmów w tekstach, czasami jakby żywcem wyjętych z pamiętnika nastoletniej dziewczyny. Zdaję sobie doskonale sprawę, że tu chodzi o prostotę przekazu, uczciwość emocjonalną, ale jednak słysząc wyznania w stylu: I’m alone tonight babe, and I’m never gonna love again mówienie o kiczu chyba nie jest  przesadą. Lykke Li błaga na płycie swojego ukochanego o to, by wrócił, został i już nigdy jej nie opuszczał, innym razem zdaje sobie sprawę z tego, iż powrót jest niemożliwy, twierdzi, że nigdy się już nie zakocha, dziesiątki razy używa słów “baby”, “heart”  i “love”. Chyba za dużo tego…

Lykke Li zamyka trylogię dziełem nieco słabszym od poprzedniczek. Być może brakuje tutaj przeboju na miarę “I Follow Rivers” czy “Little Bit”, w pewnych też warunkach nie do strawienia może się okazać monotematyczność czy przeraźliwy smutek, ale to właśnie dobór odpowiednich okoliczności jest w przypadku odbioru “I Never Learn” najważniejszą sprawą. Rozumiem, że wspominanie w wywiadach o zamknięciu pewnego etapu oznacza, że artystka postanowiła, że następnym razem zaproponuje coś zdecydowanie innego. Życzę więc jej miłości, bo album zakochanej i szczęśliwej Lykke Li może być czymś niezwykle ciekawym.

Michał Stępniak

POSŁUCHAJ ONLINE “I NEVER LEARN” >>


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (18 głosów, średnio: 7,44 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.