20.06.2014 09:00

Autor: Michał Stępniak

Lana Del Rey – “Ultraviolence”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Lana Del Rey - “Ultraviolence”
Interscope/Polydor/2014

Sukces nie będący dziełem przypadku.

Zmieszać z błotem Lanę Del Ray jest zadaniem niezwykle prostym i w zasadzie wiele osób czyni to, nie decydując się nawet na przesłuchanie płyty. Wielokrotnie zarzucano jej brak autentyczności i wylewano z rozmaitych powodów pomyje, nierzadko gęstsze niż na Rihannę, Katy Perry czy inne gwiazdy muzyki pop. Są także na tej planecie śmieszni ludzie, którzy umieszczają piosenkarkę na tej samej półce co Lady Gagę, podkreślając na każdym kroku słowo “produkt”. Przy okazji recenzji “Born To Die” stwierdziłem, że warto dać Lanie Del Rey szansę, a brało się to z silnego przekonania, że komercyjny sukces wynikał przede wszystkim z dobrych piosenek, a nie zakrojonych na szeroką skalę działań marketingowych. Odmiennego zdania było sporo krytyków, co stawiało artystkę w dość trudnej sytuacji. Tylko od niej zależało udowodnienie, że sukces nie był przypadkowy i chyba sama nie do końca potrafiła sobie z tym faktem poradzić. Dowodem tego są słowa wypowiedziane w 2012 roku, kiedy mówiła, iż spełniła się jako piosenkarka i raczej nie nagra już kolejnej płyty. Na szczęście dość szybko zmieniła zdanie. Na początku tygodnia otrzymałem potwierdzenie głoszonej przez siebie opinii, że Lana Del Rey nie jest “jedną z wielu” czy też nie jest artystką, o której można szybko zapomnieć. “Ultraviolence” to niezwykle odważny krok,  gdyż wokalistka zaproponowała zdecydowanie trudniejszy w odbiorze album niż “Born to Die”, ale ruch ten w konsekwencji okazał się opłacalny. Dla niej i dla odbiorców.

Za produkcję dużej części “Ultraviolence” odpowiada Dan Auerbach z The Black Keys i jego wpływ słychać doskonale. Nie przypadkiem wśród instrumentów główną rolę odgrywają gitary uzupełniane klawiszami czy bardzo subtelną elektroniką. Stylistycznie to znów nawiązanie do klimatów retro, rodem z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, ale ze zdecydowanie większą dawką smutku i melancholii niż poprzednim razem. Sama Lana Del Rey w porównaniu do “Born to Die” odważniej popisuje się także swoimi zdolnościami wokalnymi. Nie ulega wątpliwości, że sukcesem jest to, że artystki w świecie muzyki pop nie sposób z nikim innym pomylić. Na wzorcach sprzed kilkudziesięciu lat zbudowała swój świat, który w muzyce pop w 2014 roku jest czymś unikatowym.

Brakuje na albumie przebojów na miarę “Video Games” czy “Summertime Sadness”, ale paradoksalnie odbieram to jako zaletę. Jednym z podstawowych wyznaczników stała się bowiem spójność. Nie odnotujemy tutaj zbędnego efekciarstwa czy silenia się na podporządkowanie utworów wpadającym w ucho refrenom. Tylko odrobina dobrej woli wystarczy, by ulec temu klimatowi. Tematycznie Lana Del Rey kontynuuje opowieść snutą już na “Born to Die” – fatalizm, narkotyki, alkohol, samochody, złe miłości, rozstania, szaleństwo i niegrzeczni chłopcy. Lirycznie może nie jest to mistrzostwo świata, ale takie wyznania jak Yeah my boyfriend’s pretty cool / But he’s not as cool as me czy pojawiające się zabawy intertekstualne (tytuł płyty nawiązujący do “Mechanicznej Pomarańczy” lub fragmenty jak He hit me and it felt like a kiss będące odwołaniem do piosenki The Crystals z 1962 roku) są niezwykle efektowne. “Ultraviolence” trzyma wysoki poziom niemal przez cały czas jej trwania, ale i tak bezproblemowo da się wskazać piosenki, które swoim urokiem momentami wręcz zniewalają, np. wzruszające i pięknie zaśpiewane “Pretty When You Cry” czy wciągające “Brooklyn Baby”.

Jack White kilka miesięcy temu skrytykował Lanę Del Rey za brak oryginalności. Nie ulega wątpliwości, że coś w tym jest, ale z całym szacunkiem – kto jak kto, ale White, biorąc pod uwagę jego ostatnie dokonania solowe, na temat braku oryginalności powinien chyba milczeć. Zresztą pani Del Rey w zabawach w stylu retro jest niezwykle do twarzy, a strategia jej działania od początku miała być oparta na nawiązaniach i przywoływaniu klimatów z lat 60.  W “Brooklyn Baby” artystka śpiewa: They judge me like a picture book by the colors / Like they forgot to read i sprawdza się to idealnie jako prztyczek w stronę krytyków. “Ultraviolence” jeszcze brakuje do ideału, momentami album trochę nudzi, ale apetyt na kolejne wydawnictwa wyostrzył się niesamowicie.

Michał Stępniak


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (17 głosów, średnio: 7,65 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.