13.07.2014 08:00

Autor: Michał Stępniak

Klaxons – “Love Frequency”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Klaxons - “Love Frequency”
Akashic/2014

Kolejny krok w dół.

Początek kariery Klaxons mieli niezwykle mocny, a takiego wejścia pozazdrościć mogły tysiące innych zespołów . “Myths of the Near Future” przyniosło londyńczykom rozgłos, który znalazł przełożenie na wysokie miejsca na listach sprzedaży, nagrodę Mercury, a dodatkowo bez “Golden Skans” nie mogła się odbyć w zasadzie żadna impreza spod znaku “indie”. Krytycy niejednokrotnie widzieli w nich wówczas wielką nadzieję czy zespół, który wyznaczy nową modę. Naśladowców faktycznie pojawiło się sporo, ale w większości przypadków znikali ze świadomości po jednym singlu. Klaxons udanych piosenek mieli więcej, ale zasadniczy problem polega na tym, że tylko na debiutanckim albumie. Do wyznaczonego sobie wówczas poziomu nie zbliżyli się później ani razu i pewnie już nigdy się nie zbliżą.

Trzecia płyta “Love Frequency” to odejście od stylistyki, w której dało się usłyszeć odwołania do psychodelii czy eksperymentalnych zabaw z rozmaitymi odmianami rocka. Klaxons zdecydowanie postawili na dźwięki, które miałyby się sprawdzać przede wszystkim na klubowych parkietach. Niestety, trudno mi sobie wyobrazić, by spełniały one swoją rolę i zachęcały do czegoś więcej niż nerwowe tupanie nogą. Początkowo można było jednak oczekiwać czegoś zupełnie odmiennego, bo oto za produkcję albumu odpowiadają tak uznane postacie jak James Murphy, Tom Rowlands (Chemical Brothers) czy Erol Alkan, ale albo nie przyłożyli się do pracy, albo nie byli też w stanie nic wycisnąć ze słabych utworów. Jeśli postawiono bowiem na nieco bardziej komercyjne oblicze, to wręcz zbrodnią jest brak jakiegokolwiek przeboju, który wpadałby do głowy i nie chciał z niej wyjść. Pop na trzecim albumie Klaxons  nie sprawdza się w konsekwencji w żadnych okolicznościach. Oto bowiem piosenki na “Love Frequency” są potwornie nudne, totalnie przewidywalne i nieustannie zlewają się w jedno. Skorzystano z banalnej formuły podporządkowania utworów refrenom, które jednak w żaden sposób nie chcą wpłynąć na mocniejsze bicie serca, a raczej ziewanie czy zamykanie powiek jest bardziej spodziewaną reakcją. W rezultacie powstały takie “koszmary” jak banalny “Children of the Sun”, irytujący zaproponowanymi rozwiązaniami “Love Frequency”, ciągnący się w nieskończoność “Out of the Dark” czy dziwaczny “The Dreamers”.  Na siłę wprawdzie można wskazać lepsze momenty, np. wstęp i klawisze w “Invisible Forces” czy instrumentalne “Liquid Light”, ale problem polega na tym, że nawet te momenty również nie wytrzymują porównań do tego, co zespół proponował na debiutanckim albumie. Czasami płyta brzmi tak, jakby do składu dołączył ktoś z rodziny Kalkbrennerów czy David Guetta i idąc tą drogą nieobce jest wrażenie, że piosenki w zasadzie mogłyby uratować jedynie radykalne remiksy.

Za uważne i kilkakrotne przesłuchanie “Love Frequency” powinno dostawać się jakąś rekompensatę. Klaxons wprawdzie nie nagrali albumu, który można by umieścić na półce z napisem “tortury”, ale byli bardzo blisko osiągnięcia tego celu. Panowie dotarli zatem do miejsca, kiedy wypowiedzenie w ich stronę: “dajcie sobie spokój” wydaje się nie być przesadą. Szkoda. Takiej nijakości i braku pomysłów po nich się nie spodziewałem. Na szczęście, zawsze można wrócić do “Myths of the Near Future”.

Michał Stępniak


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (10 głosów, średnio: 4,00 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.