25.05.2013 14:13

Autor: Michał Stępniak

Justin Timberlake – “The 20/20 Experience”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Justin Timberlake - “The 20/20 Experience”
RCA/2013

Chłopiec stał się artystą.

Siedem lat przerwy w popkulturze to wręcz wieczność, będąca często niemal równoznaczna z zapomnieniem. Istnieje jednak kilka strategii działania potrzebnych w sytuacjach, gdy cierpi się na brak pomysłów, znudzenie wykonywanym zawodem, a nie chce się jednocześnie opuścić zajmowanej pozycji (liczonej przykładowo ścianami, na których dziewczęta wieszają sobie plakaty). W takich momentach można zająć się czymś innym i bohater tej recenzji takiego wyboru dokonał. Timberlake zamiast roli piosenkarza i tancerza zarabiał będąc aktorem w filmach, głosem w kreskówkach, właścicielem firmy odzieżowej, uzdrowicielem serwisu MySpace (tu raczej poszło kiepsko) czy serkiem tofu w programach telewizyjnych (tu poszło genialnie). Po drodze zdarzały się wprawdzie pojedyncze  momenty, kiedy zdecydował się w końcu na sięganie po mikrofon (łączył to np. z odsłonięciem piersi Janet Jackson w czasie finału Super Bowl), ale w żaden sposób nie było to satysfakcjonujące dla fanów czy zwykłych obserwatorów, którzy oczekiwali chyba jednak czegoś bardziej spektakularnego. Powrót na scenę w takich okolicznościach wiązał się z dużym ryzykiem. Taką postać jak Timberlake jest przecież banalnie prosto zmieszać z błotem. Potrzebne było więc najlepiej uderzenie, które zamknie usta wielu niedowiarkom, zmiecie z powierzchni i każe wyszczekać wszystkie krytyczne opinie. Po wielu podchodach na rynku pojawiło się w końcu “The 20/20 Experience” i nie ulega wątpliwości, że niektórzy w ostatnich tygodniach musieli szybko nauczyć się szczekać…

To, co otrzymaliśmy stanowi niejako coś zupełnie odrębnego od dotychczasowych nagrań Timberlake’a. To nowy, zdecydowanie ciekawszy rozdział, nieobarczony już wizerunkiem, jaki artysta stworzył jako nastolatek. Dziewczęta mają już przecież nowych idoli, a Timberlake nie musi teraz udawać swojego imiennika Biebera. Nie będzie też przesadą stwierdzenie, iż na gruncie samej współczesnej muzyki to również rzecz unikatowa, a pojawiające się w kilku miejscach porównania do Franka Oceana być może i są sensowne, ale budzą jednak pewien dysonans. Timberlake proponuje bowiem coś więcej, bo też pozwala sobie na więcej, nie ograniczając się w normach narzuconych przez gatunek czy wzorce. Liczni recenzenci szukając odpowiedniej szufladki dla Timberlake’a przywołują pojęcie “neo – soul”, ale wydaje się, że “The 20/20 Experience” to jednak inna, nieco bardziej skomplikowana bajka. Jest tu r&b, jazz, elektronika i wiele, wiele innych elementów. Powiew inspirowanej przeszłością świeżości w przesadnie tanecznym i “łupankowym” świecie muzyki pop. Nigdy nie możemy być pewni, w którą stronę pójdzie dany utwór i nie raz zaskoczenie jest najbardziej spodziewaną reakcją. Szufladkowanie w tym przypadku to zbrodnia.

Jeśli “Cry Me a River” czy inne wcześniejsze produkcje Justina w zbyt dużej dawce wywoływały u mnie mdłości, to teraz nie ma o tym w ogóle mowy. Większość utworów trwa powyżej siedmiu minut i byłby ten fakt odstraszający, gdyby nie wspomnieć, iż to właśnie w tych piosenkach znajdują się atrakcje w postaci genialnych wstępów czy zakończeń i tylko w takich wersjach powinno się ich słuchać od początku do końca. Jakież było moje zdziwienie, gdy będąc w jednym z hipermarketów usłyszałem beznadziejnie skrócone “Mirrors”, które bez outro jest jak oglądanie serialu “Twin Peaks” z pominięciem ostatniego odcinka.

“The 20/20 Experience” to mistrzostwo pod względem produkcji. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że tak dopracowanych utworów nie spotyka się zbyt często. Jest tu wszystko – dęciaki, klawisze, smyczki, chórki i odbyło się to bez przegięcia czy durnego monumentalizmu. Ilość rozmaitych smaczków, udziwnień, ciekawych zabaw dźwiękami jest doprawdy imponująca. Rzecz to o tyle interesująca i warta odnotowania, że w zasadzie po osobie odpowiedzialnej za produkcję, czyli Timbalandzie (wspomaganym przez J-Roca i Jamesa Fauntleroya), można było po ostatnich dokonaniach spodziewać się raczej wszystkiego najgorszego. Dla starego, dobrego kumpla zrobił najwidoczniej wyjątek i wzniósł się na wyżyny swoich możliwości.

Nie jest jednak tak, że “The 20/20 Experience” to dzieło bez skazy. Gościnny udział Jay-Z to raczej wpadka i wypada stwierdzić, że jego pojawienie się psuje milutki “Suit & Tie”. Dodatkowo, podczas gdy “Mirrors”, “Blue Ocean Floor” czy “Tunnel Vision” to utwory wręcz genialne, to nie sposób tego powiedzieć o  nieco męczącym “Strawberry Bubblegum” i przewidywalnym “That Girl”. Warstwa liryczna, co raczej nie jest zaskakujące, też nie rzuca na kolana. Justin w niemal każdym utworze składa podarunek swojej ukochanej żonie, Jessice Biel, i jest to w pewnym momencie zbyt słodkie. Kiedy śpiewa: I’m looking right at the other half of me (…) It’s like you’re my mirror, staring back at me to jest to w pewien sposób ujmujące, ale kiedy decyduje się na wyznania w stylu She’s my little Strawberry Strawberry Bubblegum to już to takie fajne nie jest. Może też drażniący momentami zaczyna być falset Justina, którego używa chyba nazbyt chętnie.

Przeskok z wieku 25 na 32 to wręcz epoka i istniało ryzyko, że Justin Timberlake zaprezentuje nam parodię samego siebie. Na szczęście – nic z tego. Mamy tym samym do czynienia z czymś niezwykłym, bo droga od nastolatka, którego kochają małe dziewczynki i ich mamusie do artysty przez duże “A” to wydarzenie, które do tej pory można by było uznać za jakiś nieśmieszny żart marketingowy czy chwyt reklamowy, w który uwierzyć nie sposób. Timberlake dojrzał i jest to dojrzewanie, o którym można mówić niemal w samych superlatywach. W jednym z wywiadów artysta powiedział, że jest osobą, dla której muzyka odgrywa najważniejszą rolę w życiu i w tym aspekcie nikt nie jest w stanie się z nim równać. Momentami można mu wierzyć.

Michał Stępniak


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (11 głosów, średnio: 7,73 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.