18.12.2013 08:00

Autor: Ewelina

Janelle Monáe – “The Electric Lady”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Janelle Monáe – “The Electric Lady”
Bad Boy/2013

Muzyka bez barier.

Chyba jeszcze nigdy tak bardzo nie czekałam na żadną płytę. Po mistrzowskim “ArchAndroid” nabrałam apetytu na więcej. Ale na “więcej” trzeba było poczekać 3 lata. Janelle Monáe swoją odwagą i rozmachem budzi podziw. Artystka tą płytą przypomina nam, że jest na szczycie muzyki r&b oraz że można więcej, mocniej, lepiej, ciekawiej. Bo kto dziś nagrywa blisko 70-minutowy album i faktycznie ma coś do powiedzenia i zaprezentowania? Na “The Electric Lady” Monáe pokazała wiele. Jak zatem ilość ma się do jakości?

Należałoby wyjść od tego, że nie będę zagłębiać się w koncept albumu. Przez tę zagmatwaną historię (wszystkie płyty) należy przejść samemu. Dlatego też skupię się tu na muzyce, bez całej idei, która jej towarzyszy.

Janelle na swoim najnowszym krążku funduje nam mix wszystkiego; “The Electric Lady” nie da się zaszufladkować. Słyszymy tu inspiracje jazzem i popem, przechodzimy przez muzykę filmową i hip-hop, zabawiając przy funkowym i rockowym brzmieniu. Czasami zaskakują nas elementy latino i reggae, innym razem jest to bossanova. A wszystko to cementuje soulowa dusza Amerykanki. Przyznam szczerze, że dawno nie słuchałam tak eklektycznej płyty. Niesamowite jest to, jak Monáe odnajduje się w każdej ze stylistyk.

Album podzielony jest na dwie części. Obie rozpoczynają się suitami w iście filmowym stylu. Pierwsza część jest bardziej przebojowa, druga natomiast – przepełniona balladami. Na płycie znajduje się też kilka przerywników w postaci urywków rozmów z rozgłośni radiowych. Mimo tego, że wstawki te spajają bardziej materiał, jest to naprawdę irytujące. Czy to w ogóle było potrzebne?

Początek albumu w postaci “Suite IV Electric Overture” jest jak początek dobrego filmu, a więc rozsiądźcie się wygodnie w fotelu i słuchajcie. Utwór “Givin’ Em What They Love”, pełen groove’u, gitarowych riffów, klimatu sprzed kilkudziesięciu lat, wykonany razem z Princem jest jednym z najjaśniejszych punktów krążka. Nieco zawiodłam się na utworze “Electric Lady”. Kiedy Monáe zagrała go na Open’erze 2012, wpadłam w euforię. Energia, jaką wytworzył ten kawałek była nie-sa-mo-wi-ta! W wersji studyjnej wygląda to ciągle bardzo dobrze, jednak zabrakło tej mocy (nie pozostaje nam nic innego, jak słuchać tego utworu na koncertach). Jednym z singli był kawałek “Primetime“, na którym udzielił się Miguel. To niezwykle smaczna ballada r&b. Bardzo taneczny jest utwór “We Were Rock & Roll”. W “Q.U.E.E.N.” Janelle pokazuje, że potrafi też świetnie zarapować.

Genialne jest przejście z ballady “Look Into My Eyes” do drugiej części płyty poprzez uwikłaną w bossanovę “Suite V Electric Overture” (te uwertury to po prostu miód na uszy). W drugiej części Janelle zwalnia tempo. I tu zaczynają się schody. Mimo tego, że jest to dobry materiał, to kilka spokojnych utworów pod rząd zaczyna ciążyć. Trochę szkoda, że właśnie tak piosenki zostały rozłożone na płycie. Druga część albumu nie zachwyca (podobnie było z drugą częścią “ArchAndroid”). Wyróżniają się tu jednak lekko soulowe “Can’t Live Without Your Love” i “What an Experience” w stylu r&b, który zmienia się następnie w reggae. “Ghetto Woman” mogę określić mianem wpadki. Niemiłosiernie dłuży się utwór “It’s Code”. “Victory” to spokojna ballada, która nie wprowadza jednak nic nowego na płytę (oprócz wokalnych popisów Janelle).

Cała płyta prezentuje się jednak bardzo przyjemnie. Utwory zostały świetnie zaaranżowane, przez co album wydaje się być bardziej skondensowany mimo swojej rozciągłości w czasie. Pani Monáe nie zna umiaru. Jej świadomość i konsekwencja doprowadziły do tego, że album został dopracowany w najdrobniejszych szczegółach.

Artystka mogłaby jednak poświęcić więcej czasu na selekcję utworów. Przecież można było z tych 19 (w zasadzie to 16) wybrać 10 najlepszych i nagrać niedoścignioną płytę roku. A tak “The Electric Lady” na żadnym podium na pewno się nie znajdzie. Pomimo tej wady krążek jest wyśmienitą neo-soulową układanką, gdzie wszechogarniający futuryzm łączy się z elementami retro. Janelle Monáe stworzyła płytę świeżą, bez żadnych barier.

Ewelina Malinowska


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (9 głosów, średnio: 8,33 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.