19.01.2015 10:00

Autor: Jarosław Kowal

James Williamson – “Re-Licked”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


James Williamson – “Re-Licked”
Leopard Lady Records/2014

Solowy debiut na emeryturze.

Książka “John ginie na końcu” rozpoczyna się od parafilozoficznego wywodu dotyczącego istoty rzeczy. Wyobraźcie sobie, że zabijacie pewnego nieprzyjemnego faceta siekierą, a następnie korzystacie z tej siekiery jeszcze kilkukrotnie. Za którymś razem łamiecie trzonek i wymieniacie go na nowy, kiedy indziej szczerbicie ostrze i kupujecie obuch. Po jakimś czasie staje przed wami ożywiony trup kolesia, którego wysłaliście między Hendrixa i Morrisona, mówi: “Tą siekierą mnie zabito”. Czy ma rację?

A teraz spójrzcie na The Stooges (dla jasności – jeden z moich zespołów wszech czasów). Pięciu muzyków, którzy zasilali ekipę pod przywództwem jej nieśmiertelnego “obucha” – Iggy’ego Popa już nie żyje, a wśród nich są bracia Asheton – twórcy charakterystycznego brzmienia kapeli. Kto pozostał w szeregach protoplastów punk rocka? Sesyjny saksofonista Steve Mackay, dwóch młodzików… Czy tak skonstruowane The Stooges jest jeszcze tą samą “siekierą”? Na szczęście trzon zespołu wciąż jest solidny, a jest nim muzyk odpowiedzialny za stworzenie najbrudniejszego z riffów znanych muzyce rockowej (tj. “Search and Destroy”) – James Williamson.

Jak można nagrać “Raw Power”, a później zniknąć na dekady, pracować nad mikrochipami w Dolinie Krzemowej, pełnić funkcję wiceprezesa standardów technicznych w Sony (już wiadomo, dlaczego Iggy śpiewał: “Look out honey, ’cause I’m using technology”) i spokojnie przejść na emeryturę jak zwykły śmiertelnik? O dziwo można, ale gitara upomniała się o Williamsona i w 2009 roku powrócił do składu The Stooges. W minionym roku zarejestrował natomiast solowy album w oparciu o znane od lat kompozycje, ale po raz pierwszy zaaranżowane w studiu i to w towarzystwie takich postaci, jak Jello Biafra, Mark Lanegan, Ariel Pink czy Alison Mosshart.

Kiedy człowiek określany mianem “legendy” zaprasza do nagrań hurmę utalentowanych muzyków i wokalistów, istnieje ryzyko, że próbuje zatuszować brak formy. Na szczęście James nagrał “Re-Licked” wyłącznie dla własnej satysfakcji i prawdopodobnie gdyby nie czuł się na siłach, nigdy nie podjąłby takiego wyzwania. Okładka może was zmylić ? wyglądem przypomina składanki disco polo dostępne na rynkach całej Polski. Warto jednak przełamać się, bo nie ma na tym krążku zbędnych dźwięków i nie słychać drewnianych palców dziadziusia, który od lat nie trzymał wiosła w dłoniach. Ten materiał mógłby powstać równie dobrze w na początku lat 70.

Największym plusem “Re-Licked” jest brak Iggy’ego. Podkreślę raz jeszcze – kocham tego brzydala, ale zaproszenie go byłoby zbyt łatwe, zbyt oczywiste. Williamson ewidentnie nie chciał nagrywać kolejnego “Raw Power” czy “Kill City”, lecz materiał od początku do końca należący tylko do niego. Deficyt Popa nie przyczynił się jednak do niedoboru ładunku energetycznego. Już na otwarcie (“Head on the Curve”) dostajemy dowód na to, co było przez “amerykańskich naukowców” podejrzewane od dawna – zderzenie The Stooges z Dead Kennedys może wytworzyć energię zdolną do zdewastowania całej galaktyki. Do absolutnej destrukcji wszechświata doprowadza natomiast duet James Williamson/Lisa Kekaula (“I Got a Right”). Kiedy następnym razem najdą mnie eschatologiczne rozterki dotyczące sensu życia, włączę ten kawałek, bo chociażby po to, żeby go przesłuchać warto było się urodzić. Gitarzysta dopuszcza do głosu także swoje delikatniejsze oblicze, znane w The Stooges między innym z utworu “Gimme Danger”. W tym zakresie znakomicie współgrają z nim głosy Carolyn Wonderland, Alison Mosshart z The Dead Weather i The Kills czy Joe Cardamone z The Icarus Line.

Publikując “Re-Licked”, sześćdziesięciopięcioletni muzyk zawstydził nie jednego młodzika. Prawdopodobnie nie jest to nawet kwestia wieku. Niektórzy po prostu urodzili się ze strunami zamiast żył, inni całe życie próbują dosięgnąć ich poziomu. Słuchając materiału Williamsona, nie będziecie musieli odwoływać się do sentymentalizmu, to znakomity album niezależnie od tego, jakie stoją za nim nazwiska.

Jarosław Kowal


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (5 głosów, średnio: 7,40 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.