06.09.2011 11:08

Autor: Jakub Jaworudzki

In Flames – “Sounds of a Playground Fading”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


In Flames – “Sounds of a Playground Fading”
Century Media/2011

Strzał w dziesiątkę.

Po najnowszej płycie pionierów melodyjnego death metalu można było spodziewać się w zasadzie wszystkiego. Ci, którzy wieszali na nich psy, spodziewali się kolejnego albumu idącego bardziej w stronę melodii niż agresji. Zaś fanatyczni miłośnicy grupy liczyli na zdecydowany powrót do charakterystycznego stylu z lat 90-tych ubiegłego wieku. Muzycy In Flames oczywiście nie zawiedli, jednakże ich najnowsze dokonania nie spełniają żadnego z powyższych oczekiwań.

Tegoroczne dzieło goeteborskiej piątki można – bez wątpienia – uznać za solidny, dojrzały album. Nagrany we własnym studiu i wyprodukowany z udziałem Roberto Laghiego materiał został wydany przez Century Media, zrzeszający największe gwiazdy metalowego grania z całego świata i uchodzący za równy na rynku wydawniczym niemieckiemu kolosowi, jakim jest obecnie Nuclear Blast. Muzyka wydaje się być dopracowana w każdym detalu, co z pewnością jest owocem ciężkiej pracy podczas wyjątkowo długiego, dwumiesięcznego okresu pre-produkcji. Wystarczy tylko dodać, że album zawierający aż 13 kompozycji powinien zadowolić najbardziej wymagających słuchaczy.

Jak mówi stare piłkarskie przysłowie, że nie zmienia się wygrywającej drużyny, dlatego więc ta, którą zebrali Szwedzi, nie jest przypadkowa. Za elektronikę odpowiada nie kto inny jak sam Örjan Örnkloo, który współpracował z zespołem na wcześniejszych płytach (min. “Reroute to Remain”(2002) czy “Soundtrack to Your Escape” (2004)), natomiast produkcją wokali zajął się ponownie Daniel Bergstrand we współpracy z wokalistą grupy Andersem Frideném. Efekty przechodzą najśmielsze oczekiwania, krążek aż roi się od różnorakich efektów elektronicznych przywołujących najdziwniejsze skojarzenia, natomiast wokalnie Anders staje się klasą samą dla siebie (weźmy chociażby refreny w “Fear Is the Weakness” czy “Darker Times”).

Dwa pierwsze kawałki, tytułowy “Sounds of a Playground Fading” oraz singlowy “Deliver Us” można śmiało określić typowymi dla nowego stylu In Flames. Zwłaszcza ten drugi przypomina do złudzenia pierwszy singiel z albumu “Soundtrack to Your Escape” (2004), a mianowicie “The Quiet Place”. Jednak oba nowe utwory zawierają kluczowy element, którego nie posiadały ostatnie płyty zespołu. Są nim zwracające uwagę, fantastyczne solówki autorstwa Björna Gelotte, który – w odróżnieniu od poprzednich dokonań szwedzkiego kwintetu – w pełni odpowiada za partie gitar na tym krążku. Nietrudno pokusić się o stwierdzenie, że to bardzo zróżnicowana płyta, więc argumenty same pchają się do ust. Intro do “All for Me” przypomina przecież takie ze starszych utworów, jak “Timeless” czy “Pallar Anders Visa”. “Where Dead Ships Dwell” z jednej strony ponownie odsyła do “STYE”, natomiast z drugiej harmonia gitarowa przypomina lata świetności duetu gitarowego Strömblad – Gelotte. Ostatni wspomniany utwór ma szansę w przyszłości przejąć rolę “Only for the Weak” będącego stałym punktem  w każdym secie koncertowym – jest po prostu świetnym kawałkiem do skakania.

Chociaż większość utworów utrzymana jest w średnich tempach, nie brak tu dynamicznych kompozycji. Ich najlepszym przykładem jest “The Puzzle” z absolutnie rozbrajającą grą triggerów perkusyjnych oraz niespotykanym dotąd zwolnieniem tempa, przywodzącym na myśl hardcore’owy breakdown okraszony bardzo zgrabną grą solową, która równoważy potworną masę całości. Podobny z resztą zabieg zastosowano w “Enter Tragedy”, co niewątpliwie dodaje tym dwóm kawałkom uroku. Ten ostatni obfituje w same perełki, chociaż niepozbawiony jest też słabszych partii. Początek swobodnie przypomina spadającą lawinę, tyle że zamiast ton śniegu mamy mięsiste riffy i staccato perkusji, później gwałtownie przyspiesza aż do załamania tempa w refrenie. O ile główny riff może wydać się nieco irytujący przywodząc na myśl rżenie nieposłusznego konia, o tyle końcowa melodia wieńcząca cut’em cały utwór odsyła do dźwięków docenianego “Claymana”.

Mało tego, na płycie znalazły się dwa utwory silnie odstające od reszty. Pierwszym z nich jest oczywiście “The Attic”, który stanowi rodzaj naturalnej cezury na albumie. Utwór ten, z urzekającą melodią gitary akustycznej i dźwiękiem akordeonu schowanego w tle zasługuje na miano jednego z najciekawszych, jakie zespół posiada w swoim bogatym dorobku. W całości szeptany tekst opowiada dość osobliwą historię, a tym samym wokalny popis w tym numerze zasługuje na owację na stojąco. Drugim z tych nietypowych utworów jest “The Jester’s Door”, będący melorecytowanym monologiem, a zarazem ukłonem w stronę maskotki zespołu i stałego motywu twórczości, jakim jest postać błazna. Na dodatek tekst można potraktować jako swoiste podsumowanie drogi, jaką przeszedł zespół od początku istnienia aż do dziś oraz nawiązanie do motywu przewodniego tekstów na tym albumie.

Moimi faworytami do najsilniejszych tej płyty są: wspomniany już “Darker Times” oraz “A New Dawn”. Ten pierwszy jest bardzo rytmicznym utworem, z tekstem na arcymistrzowskim poziomie pozwalającym na pokazanie pełni możliwości wokalnych A. Fridénowi. Należy również wspomnieć, że dużym plusem są również dwie solówki rozbijające konstrukcję do jakiej zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Drugi utwór może aspirować do miana prawdziwego stadionowego hitu. Wszystko w tym kawałku jest dopięte na ostatni guzik. Bębny brzmią niczym kanonada dział okrętowych, przewodnia melodia wywołuje ciarki na plecach, a wszystko to do spółki z wokalami Andersa prezentującego tu pełen garnitur swoich możliwości. Smyczkowo-akustyczne przejście pozornie wyhamowuje energię utworu, jednak tak naprawdę toruje drogę prześlicznej melodyjnej solówce, przez co daje czas na drugi oddech przed dźwiękową ofensywą zapowiadającą jego koniec.

Nie zabrakło również miejsca na nieco lżejsze, chociaż niepozbawione iskry kompozycje. Warto tu wspomnieć o “Ropes” z powalającą gitarową melodią, świetnymi partiami wokalu, dużą rolą elektroniki oraz rozbijającą na kawałki grą bębnów. Oczywiście wart zauważenia jest zamykający całość “Liberation”. Ostatni utwór na płycie pozostawia kompletnie odmienne wrażenia niż sztampowa kompozycja na samym początku albumu. Pokazuje łagodniejszą stronę zespołu, nie stroniącą od lekkich i przyjemnych nut, a jednak daleką od ckliwości znanej z rockowych ballad. Potwierdza to chociażby gitarowe solo oraz zdecydowany rytm bębnów, które nie pozwalają zapomnieć z kim mamy do czynienia.

Podsumowując, trudno mi było zmierzyć się z tym albumem zupełnie obiektywnie, ponieważ zawdzięczam In Flames bardzo wiele. Jednak po pierwszym przesłuchaniu ich najnowszego dzieła na usta ciśnie się tylko jedno słowo “Nareszcie!”, po którym następuje szeroki uśmiech na twarzy słuchacza. Wszystkim niedowiarkom płyta ta powinna zamknąć usta, zawiedzeni niech szukają szczęścia gdzie indziej, a zadowoleni czym prędzej kupują bilety na koncerty, żeby przekonać się o sile nowych utworów na własnej skórze. Ja zdecydowanie należę do tych ostatnich.

Kuba Jaworudzki


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (4 głosów, średnio: 8,00 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.