Idealne doświadczenie muzyczne

Opowieść o tym, jak w Berlinie odnalazłem miejsce i ludzi, którzy spełniają muzyczne marzenia.

Warszawa, 2008 rok. Po serii wydarzeń kulturalnych w Łodzi i obejrzeniu Take Away Show z udziałem Bon Iver postanawiam, że chcę być bliżej muzyki. Czemu nie organizować minisesji z polskimi muzykami, złapać za kamerę i pokazać światu emocji ze spontanicznego muzykowania? Kilka miesięcy później uwolnijmuzyke.pl startuje z opublikowanymi amatorskimi nagraniami wideo i kilkoma tekstami paru zaprzyjaźnionych osób. Tak wyglądały moje pierwsze kroki w świecie muzyki, które doprowadziły mnie do wyjątkowego miejsca i najlepszego doświadczenia muzycznego, jakie do tej pory było moim udziałem – Michelberger Music. To podczas niego historia zatoczyła dla mnie koło – spotkałem Justina Vernona z Bon Iver i Vincenta Moona (twórcę Take Away Shows), którzy zorganizowali wspólnie wraz z kilkoma innymi entuzjastami muzyki festiwal, jakiego dotąd nigdzie jeszcze nie było.

Wschodni Berlin, godzina 13:00 w sobotni szary, jesienny dzień 2016 roku. W bramie prowadzącej do kompleksu budynków przy Nalepastrasse, w których swoją siedzibę miało do początku lat 90. państwowe radio NRD (“Rundfunk der DDR”) zaczynają się ustawiać kolejki po odbiór opasek festiwalowych. Za godzinę rozpocznie się tutaj seria koncertów 85 artystów, którzy od tygodnia poznają brzmienie poszczególnych sal studyjnych i wspólnie odbywają próby, tworzą i na nowo aranżują swoją muzykę. Obóz muzyczny dla doświadczonych instrumentalistów i autorów? Świetny pomysł! Tym bardziej, że finał jest prezentowany kilku tysiącom zapaleńców, którzy nie potrzebują line-upu, ani gwarancji, że uda im się ujrzeć swoich ulubionych wykonawców. Nikt z uczestników, którzy zakupili bilety po 80 euro nie wie kto, w której sali i o której godzinie zagra. Jedyne, czym dysponujemy to zwykła kartka A4 z wydrukowanymi czterema godzinami rozpoczęcia wydarzeń w dwóch największych studiach i gazeta z wypowiedziami muzyków na temat tego, co działo się w ciągu ostatnich kilku dni w Michelberger Hotel i w studiach Funkhaus. Nic nie wskazuje na to, że w przeciągu następnych 36 godzin doświadczę najbardziej ekscytujących muzycznych uniesień.

Kilkadziesiąt minut później na scenie pojawiają się Sean Carey, Matthew McCaughan, Michael Lewis, Andrew Fitzpatrick, Justin Vernon i Sam Amidon. Rozpoczynają od “As I Roved Out” z płyty “Bright Sunny South” tego ostatniego. Moich dwóch największych muzycznych idoli na jednej scenie wykonuje piękny folkowy numer, w którym głos Amidona i bębny powodują ciarki na całym ciele. Za chwilę usłyszymy w obszernych fragmentach jeden z najbardziej oczekiwanych albumów ostatnich miesięcy – “22, A Million” Bon Iver. Brzmienie Saal 1 jest doskonałe. Muzycy stoją tyłem do nas (przodem do siebie) zaledwie kilka metrów przed nami. Są uśmiechnięci, swobodni, mają wielką frajdę z tego, że mogą wykonać dwie kompozycje wspólnie z Samem Amidonem. Wszystko jest idealne – bliskość muzyki, warunki jej odbierania, klimat zabytkowego wnętrza budynku. Okazało się, że to jednak wstęp do czegoś jeszcze piękniejszego, bo jeśli miałbym wybierać najsłabszy koncert (bo najbardziej przewidywalny) ze wszystkich 20, które widziałem w ten weekend, to mimo wszystko wybrałbym właśnie ten pierwszy. Tak, naprawdę było aż tak dobrze.

Michelberger Music to perfekcyjnie wymyślone doświadczenie muzyczne. Przybywa się na nie bez oczekiwań, otrzymuje się to, co w odbiorze muzyki najpiękniejsze – idealna jakość brzmienia, intymność obcowania z autorami, spontaniczne kolaboracje, improwizacyjne uniesienia, zderzenia minimalizmu z rozbudowanymi aranżacjami, świeże podejście do utworów znanych z wersji studyjnych. Kuratorzy tego wydarzenia zadbali o to, by poczuć radość tworzenia, doświadczyć powstawania muzyki i pozwolili na to, aby każdy z uczestników (niezależnie czy jest się muzykiem, czy odbiorcą) mógł dostać coś niezapomnianego dla siebie. Jako fan twórczości Vincenta Moona, jego charyzmy i ekspresji w Funkhaus poczułem się tak, jakby ktoś stworzył festiwal specjalnie dla mnie. Koncepcja wymyślona przez Moona, Vernona, Dessnerów, Olsona, Reida, Stargaze i Michelbergerów (osoby prowadzące Michelberger Hotel rzut beretem od Funkhaus) polega na tym, żeby zatrzeć granice pomiędzy publicznością a artystami, sceną a widownią, pozwolić muzykom swobodnie tworzyć. Efekt? Atmosfera intymności z koncertów w paryskim mieszkaniu rejestrowana przez Blogotheque, którą fascynowałem się przez ostatnie 8 lat została przeniesiona na piękną i praktyczną przestrzeń berlińskiej siedziby dawnego radia.

Najważniejsza dla mnie podczas Michelberger Music była idea i sposób jej realizacji. Nie musiałem oglądać dwa razy koncertów grupy Bon Iver, być świadkiem dwóch pięknych występów z braćmi Dessner w rolach głównych (najpierw wspólnie wykonany utwór z Samem Amidonem, później fantastyczny “Hazeltons” zagrany na trzy gitary z udziałem Vernona z jego solowej płyty). Nawet śpiewający w tłumie czekającym na wejście na kolejne wielkie wydarzenie Erlend Oye lub Shara Worden tańcząca i wykonująca nową kompozycję 3 metry ode mnie nie zauroczyli mnie aż tak jak sama forma całego wydarzenia. Treść odegrała w Berlinie drugorzędną rolę, bo nie musiałem usłyszeć “Sorrow” The National zaśpiewanej przez charyzmatycznego Islandczyka, niemieckiej wersji “Heroes” czy coveru “Cloudbusting” z repertuaru Kate Bush w wykonaniu The Staves. Te utwory były niespodziankami, mogły powstać tylko w tym miejscu i w tym czasie, dzięki zderzeniu się takich, a nie innych artystów w ciągu tych kilku dni. Oczywiście koncerty (a raczej krótkie sesje, bo żaden nie przekraczał 30 minut), które zobaczyłem zostaną mi na długo w pamięci. Każdy obejrzałem od początku do końca, przeżywałem. Nie było mowy o opuszczeniu sali, nawet jeśli liczyłem, że w danym momencie i w miejscu, w którym się znalazłem ujrzę i usłyszę kogoś innego. Czułem się jak gość zaproszony do studia na indywidualny występ – nie mogłem zawieść muzyków i nie wysłuchać tego, co dla mnie przygotowali. To zaufanie opłacało się za każdym razem. Nie żałuję, że nie zobaczyłem Damiena Rice’a śpiewającego z akompaniamentem chóru Cantus Domus (bo tak się złożyło, że po prostu byłem na innych koncertach w tym czasie). Pewnie dzięki temu mogłem być świadkiem fenomenalnego wykonania “There Is No Sun” (w oryginale Sun Ra). W rolach głównych wystąpiła Rozi Plain i Stargaze, na których na tradycyjnym festiwalu z udziałem takich gwiazd jak The National, Bon Iver, Kings of Convenience, Alt-J, Polica, Mouse On Mars, My Brtightest Diamond, Hauschka, Woodkid, Wye Oak po prostu bym nie trafił.

Najbardziej zapadną mi w pamięć momenty, w których przez przypadek odkrywałem nową muzykę, ich autorów oraz odświeżające sceniczne zderzenia muzyków, których już znałem z tym, co było mi obce (Shara Worden z członkami indonezyjskiej grupy Senyava vs wizualizacje tworzone na żywo przez Vincenta Moona, Fionn Regan z the Staves, rapujący po niemiecku Robert Gwisdek aka Kaptn Peng ze Stargaze). Innym niezapomnianym wydarzeniem podczas Michelberger Music był wspólny występ Vernona, Rice’a, Amidona, Oye i mniej znanych Kjartanssona i Marguerita. Panowie stworzyli przedstawienie zatytułowane “Folk Circle“, podczas którego każdy z nich wykonał po jednej piosence. Do dyspozycji mieli gitarę akustyczną i głos (Ragnar z Islandii zaśpiewał jednak tylko a capella). W finale wszyscy zagrali razem, zgromadzeni wokół jednego mikrofonu (kółko folkowe zmaterializowało się i stało się niesamowicie fotogeniczne, co potwierdza załączone wyżej zdjęcie i poniższe wideo). Warto tutaj dodać, że ogromną rolę podczas dwóch dni w Funkhaus Studios odegrał bardzo wysokiej jakości sprzęt nagłośnieniowy i świetna akustyka przestrzeni, w których odbywały się koncerty. Minimalistyczne występy folków zabrzmiały tak, jakby na scenie nie było żadnej aparatury – czysty, donośny dźwięk wydobywany prosto z trzewi i pudła rezonansowego. Sami muzycy momentami wyglądali na zaskoczonych stosowanymi przy Nalepastrasse rozwiązaniami technologicznymi. Mogę sobie tylko wyobrażać, jaki komfort pracy i przyjemność z grania może im to dawać. Zresztą ośmiogodzinny recital pieśni Schumanna na głos i fortepian w jednej z mniejszych sal studyjnych nie wymagał żadnego dodatkowego nagłaśniania. Niespotykane zjawisko podczas festiwalu, w którym bierze udział tylu wykonawców i odbiorców.

#HUGS! 🤗 Do you recognise them?! 󾬕And this was nothing. They are just 6 of the 85 musicians who came from all around the...

Opublikowany przez CCT-SeeCity na 1 październik 2016

Oglądanie tych samych twórców w różnych kontekstach, miejscach i w interakcjach z różnymi instrumentalistami i zmieniającą się publicznością spowodowało, że nie schodził mi uśmiech z twarzy. Wszystko to odbywało się na niewielkiej przestrzeni – od głównej sceny do najdalej położonego studia było zaledwie 200, może 300 metrów. To artyści zmieniali co chwilę sale, aby pochwalić się przed nami przygotowanym w ciągu ostatnich 7 dni wspólnie stworzonym repertuarem. Dzięki temu, że nie odgrywali cały czas takich samych setów mieli taką samą albo nawet większą radochę z grania niż my ze słuchania tych niecodziennych kolaboracji. I towarzyszyło temu ciągle poczucie świeżości – nic takiego nie odbyło się gdzie indziej i nie wiadomo czy kiedykolwiek się powtórzy.

Michelberger Music skumulował podczas dwóch dni tyle pozytywnych emocji i niezapomnianych wrażeń estetycznych, że dorównały (albo nawet przewyższyły) one ośmiu latom moich dotychczasowym doświadczeń w odbieraniu muzyki. Wspomnienia ze spotkań z artystami podczas malutkich koncertów, domowych koncertów czy aranżowanych tylko dla mnie i ekipy filmowej sesji mogę zestawić z tym, co wydarzyło się w Berlinie. Obecność moich ulubionych wykonawców i doskonałe brzmienie wnętrz koncertowych to dwa najważniejsze powody, dla których weekend 1 i 2 października zapamiętam jako idealne doświadczenie muzyczne.

Przemek Karolczyk

PS W Funkhaus Studios była obecna ekipa filmowa Blogotheque, duża część koncertów była rejestrowana, więc spodziewam się wkrótce publikacji nagrań z tego, co działo się w każdej z sal. W tym momencie możemy oglądać 5 filmów zrealizowanych jeszcze przed festiwalem oraz kilka amatorskich wideo (poniżej). Dla tych, którym to nie wystarczy polecam playlistę na Spotify z utworami, które można było usłyszeć w Berlinie.

Con Vincent Moon, cineasta francés presente en el #michelberger festival. #manuelchaprado

Opublikowany przez Manuelcha Prado na 2 październik 2016

📸 : @lablogotheque #michelbergermusic

Opublikowany przez My Brightest Diamond na 3 październik 2016

Więcej zdjęć i filmów tutaj: https://www.instagram.com/explore/tags/michelbergermusic/




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.