31.12.2014 08:00

Autor: Jarosław Kowal

Hozier – “Hozier”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Hozier – “Hozier”
Rubyworks/2014

Solidny długogrający debiut internetowego fenomenu.

We wrześniu 2013 roku na YouTube zadebiutował teledysk do utworu “Take Me to Church”. Tytuł nieco prowokacyjny, a już obraz, w którym homoseksualna para jest gnębiona przez lokalnych zbirów dla wielu okazał się wręcz kontrowersyjny i obrazoburczy. Teledysk ten ma obecnie ponad pięć milionów odsłon. Historia stara jak internet – ktoś robi błyskawiczną karierę w sieci, pojawia się kontrakt, pojawiają się producenci z wizją, a na końcu pojawia się album z tym jednym, powszechnie wielbionym utworem oraz całą masą zapychaczy, których nie da się słuchać. Na szczęście Hozier nie opowiedział tej historii na nowo.

“Take Me to Church” otwiera długogrający debiut Irlandczyka. Dobrze, bo nie mogło zabraknąć przeboju i lepiej szybko mieć go z głowy, żeby sprawdzić, czy jest tu cokolwiek innego godnego zapamiętania. Druga ścieżka miała rozstrzygnąć o losach Hoziera (choć tylko w mojej własnej ocenie) i w nawet najbardziej optymistycznym scenariuszu nie założyłem, że będzie aż tak dobrze. “Angel of Small Death and the Codeine Scene” wybija się nie tylko na tle całego krążka, ale także na tle całego 2014 roku. To i tak za mało. Dla mnie te niespełna cztery minuty nieodwracalnie pozostaną jednymi z najbardziej poruszających przejawów ludzkiej twórczości. Jeżeli są wśród was fani serialu “Sons of Anarchy”, to na pewno nie raz ogromne wrażenie robiły na was sceny emocjonalnego przesilenia bohaterów, którym towarzyszył równie intensywny podkład muzyczny. “Angel of Small Death and the Codeine Scene” aż się prosi, żeby opowiedziano do niego historię smutnego motocyklisty-gangstera.

Dalej jest różnie. Radosne oblicze Hoziera (np. “Jackie and Wilson” albo “Someone New”) nie przemawia do mnie i przyznam, że po kilku przesłuchaniach wyrzuciłem te utwory z playlisty, pozostawiając jedynie melancholijne, w dużej mierze minimalistyczne kompozycje. W “To Be Alone” nie dzieje się niemalże nic. Partie basu i perkusji mógłbym odegrać z marszu, a fragment gitarowy po dniu treningu, ale głos młodego Irlandczyka nadaje temu miłosnemu wyznaniu tak ogromnej mocy, że instrumenty są tu właściwie zbędne. Z tego powodu dwie z moich ulubionych piosenek nie znalazły się na podstawowej wersji wydawnictwa, lecz na dodatkowej płycie. W “Arsonist’s Lullabye” (która była drugim singlem promującym “Hozier”) perkusja niemalże przez cały czas odgrywa ślamazarną kombinację hi-hat i werbel na zmianę z hi-hatem i stopą, pojawia się chórek i monotonne stukanie w klawisze pianina. W “My Love Will Never Die” jest już tylko gitara. Gdyby ogołocić twórczość Andrew Hoziera-Byrne’a z jego boskiego głosu, nie zostałoby absolutnie nic wartego uwagi. To mógłby być minus, a jednak mam wrażenie, że tego krążka nie dało się inaczej nagrać.

W ostatecznym rozrachunku wciąż wracam do “Hozier”, ale w wersji okrojonej do sześciu utworów. Irlandczyk zarejestrował bardzo nieregularny album, na którym czasami nudzi, a czasami potrafi zaprzeć dech w piersiach. Oby przebłyski geniuszu na debiucie powróciły ze wzmożoną siłą na wydawnictwie numer dwa.

Jarosław Kowal


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (12 głosów, średnio: 7,83 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.