19.09.2011 08:00

Autor: Łukasz Stasiełowicz

Howling Bells – “The Loudest Engine”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Howling Bells – “The Loudest Engine”
Cooking Vinyl / 2011

O psychodeliczna Australio!

Nie tworzą może fenomenalnych płyt, lecz na każdym krążku znajduje się kilka świetnych utworów. Na wcześniejszych albumach pojawiły się takie robaki uszne jak m.in. “Low Happening”, “Setting Sun” czy “Cities Burning Down”. Nie ma się co obawiać – trzeci longplay przynosi kolejne ciekawe melodie.

Po latach dobrej znajomości z basistą The Killers, Markiem Stoermerem, udało się w końcu zespołowi skutecznie poprosić go o zajęcie się produkcją albumu. “The Loudest Engine” jest powrotem do tradycyjnego rockowego brzmienia. W trakcie promocji bardziej elektronicznego materiału z “Radio Wars” członkowie grupy uświadomili sobie, jak trudno przełożyć studyjne tricki na koncertowe brzmienie. Troszkę rozczarowani ograniczeniami zdecydowali się więc na surowsze podejście do muzyki. Wszystko okraszone jest jednak łagodnym wokalem Juanity Stein, przez co nawet ostrzejsze solówki nie mogą sprawić, by uznano ten album za prawdziwy, brudny rock and roll. Zresztą już sam teledysk do przebojowego “Into The Sky” przypomina raczej czasy hipisowskiego otwarcia na światło kwasu.

Domieszka gitarowej psychodeliczności odróżnia trzeci studyjny album od debiutu z 2006 roku. Dobrze przyjęty pierwszy krążek doskonale wpisywał się w ramy standardowego indie rocka. Supportowanie takich zespołów jak Editors, Placebo czy Snow Patrol wydaje się to potwierdzać. Porównując oba materiały można szybko zauważyć właśnie ten znaczący dodatek psychodelii na “The Loudest Engine”, coś co wcześniej pojawiało się w niewielkich ilościach. Na tę chwilę czują się najlepiej z takim nierewolucyjnym dźwiękowo podejściem.

Początek jest naprawdę mocny i nie chodzi tutaj o wyraziste riffy gitary. Od pierwszego kawałka (“Charlatan”) atakują wkręcającymi się w ucho melodiami. Następnie wspomniany już utwór “Into The Sky”. Trzecia ścieżka utożsamiana przez “The Wilderness” z powodzeniem mogłaby znaleźć się na debiucie…gdyby nie ta zaskakująca końcówka – ostra jazda. Kolejne kompozycje nie schodzą poniżej przyzwoitego poziomu, nawet jeżeli instrumentalnie grozi nuda, to z marazmu wyrywa słuchacza jeszcze jedna fantastyczna melodia głosu. Uwagę zwraca, emanujące psychodelią, “Gold Suns, White Guns”. Relatywnie dużo zmian jak na zwykły alternatywny zespół.

Pod koniec zespół popada może trochę w przeciętność. Serwuje jeszcze typową dla Howling Bells balladę – “Baby Blue”. Ostatni utwór, czyli “Invisible”, stwarza westernową atmosferę. Kilka ciekawych przesterowanych motywów i…sapanie Stein skupiają na sobie zmysły. Nawiązując do jej nazwiska: lepszego zaprzeczenia nie można sobie wyobrazić, wokal na pewno nie brzmi kamiennie, aksamitność głosu wyróżnia grupę spośród wielu innych i wielokrotnie stanowi największy atut. Dzięki temu ogólne wrażenie nie jest złe, kwartet wykonał swoje zadanie – dostarczył kilka ciekawych melodii i nagrał spójny album, oczekiwanie na coś więcej w przyszłości jest raczej daremne.

Łukasz Stasiełowicz


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (Jeszcze nie oceniano)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.