21.07.2015 16:56

Autor: Jarosław Kowal

High Tension – “Bully”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


High Tension – “Bully”
Double Cross Records/2015

Wściekłe przeboje z antypodów.

Mogłoby się wydawać, że muzyka oparta o trzy akordy i darcie mordy skazana jest na szybkie wypalenie się, ale hardcore wciąż nie przestaje zaskakiwać poszerzaniem definicji swojej minimalnej formy. Nie wszystkim to odpowiada, niedawno Scott Vogel z grupy Terror narzekał na łamach Metal Injection, że “dzisiaj, kiedy ktoś mówi mi o zespole grającym hardcore, nie mam pojęcia, na co się piszę”. Faktycznie w ostatnich latach pojawiło się wiele niezwykłych wydawnictw, ale nazwy pokroju Loma Prieta, Suis La Lune, Black Breath, The Secret, Oathbreaker, Together, Modern Life is War, Young and in the Way czy Single Mothers w moim odczuciu symbolizują postęp przy jednoczesnym poszanowaniu czterdziestoletniej historii gatunku. Jednym z najciekawszych przypadków jest natomiast High Tension.

Grudzień 1999 – dowiaduję się, że pod choinką znajdę Playstation, co zakończy kilka lat rządów Pegasusa. Nie mogę spać, nie mogę jeść, nie mogę skupić się na niczym. Kwiecień 2015 – dowiaduję się, że za trzy miesiące ukaże się drugi krążek High Tension, doznania są niemal identyczne. PSX nie mógł zawieść – znałem już “Tekkena” i “ISS Pro 98″ z salonów gier, na następcę “Death Beat” czekałem jednak z dużymi obawami, bo powszechnie wiadomo o klątwie ciążącej na albumach numer dwa. Na szczęście ekipa z Melbourne nie zawiodła i powróciła z równie potężnymi, wściekłymi, niemożliwymi do podrobienia dwunastoma kawałkami. Niektóre zespoły ryczą głośniej, inne zarzynają perkusje bezlitosnymi blastami, jeszcze inne rozpędzają się do prędkości, przy której Pendolino wygląda jak rekwizyt z “Tomka i przyjaciół”. Sęk jednak w tym, że bardzo wysoki, ale równomierny poziom agresji uderza w słuchacza tylko na samym początku, później traci na sile jak kolejna dawka narkotyku. High Tension dozuje swój gniew w proporcjach idealnych – pozwala na złapanie oddechu, ale nie na ochłonięcie. Łatwo wpadające w ucho melodie gwałtownie urywają się, chwilę później równie niespodziewanie powracają, a wszystko to sprawia, że w ciągu trzydziestu pięciu minut można kilkukrotnie poczuć się jak Mia Wallace z igłą w sercu.

Doskonałym przykładem takiego zabiegu jest utwór tytułowy, który otwiera wydawnictwo niemal stonerowym, ledwo czołgającym się, choć chwytliwym rytmem. Karina Utomo cedzi przez zęby tekst o samozwańczych twardzielach uwielbiających dobieranie się w grupy ze względu na tak absurdalną kategorię, jak ulubiony klub sportowy i wyżywanie się na każdym, kto do nich nie przystaje. Czasami śpiewa czysto, kiedy indziej ryczy z taką zawziętością, że egzorcyści zaczynają przeglądać ogłoszenia o pracę, ale nie pozwala sobie na całkowite złagodzenie brzmienia, co odróżnia ją od na przykład Evy Spence z Rolo Tomassi. Karina jest zawsze wściekła, nawet wtedy, kiedy szepcze i mamrocze. Nie ma w tym nic z nu metalowej tandety, gdzie wokalistki uwielbiają popisywać się kontrastem pomiędzy growlingiem a chórkiem rodem ze Spice Girls. Może to trudy dorastania w opętanej zamieszkami i ksenofobią Dżakarcie tak ją zahartowały, ale niezależnie od źródła sposób jej śpiewania to jeden z najdoskonalszych nośników emocji, z jakimi miałem do czynienia.

Przy całej swojej bezkompromisowości “Bully” nie ustępuje specyficzną przebojowością poprzednikowi. W “Killed By Life” wystarczyłoby zamienić podkład na masywne elektroniczne bity, aby otrzymać kolejny hicior Crystal Castles, refren “Hell, Repeat” przypomina skoczną california punkową piosenkę, z kolei “Lapindo” to metalowy hymn zdolny do przejmowania kontroli nad układem nerwowym w imię rytmicznego telepania całym ciałem. Wiem, jakie to może wzbudzać obawy u zatwardziałych fanów d-beatu czy crustu, ale zaręczam, że High Tension ma więcej wspólnego z Disfear i Tragedy niż z Asking Alexandria albo Eskimo Callboy.

Zdarza się Wam czasem, że po przesłuchaniu jakiegoś albumu jesteście pewni jego ciągłych powrotów do odtwarzacza po kres Waszych dni? High Tension ma na koncie już dwie takie pozycje, a na kolejną będę czekał jak na czerwiec 2005, kiedy dostałem Playstation 2.

Jarosław Kowal


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (2 głosów, średnio: 8,00 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.