25.07.2012 09:37

Autor: Katarzyna Borowiec

Granice wytrzymałości

Kategorie: Czytelnia, Felietony, POLECAMY, Podsumowania

Wykonawcy: | |


Granice wytrzymałości

Trzy albumy, których nie przesłuchasz.

Podtytuł tego artykułu to oczywiście prowokacja, ale mowa będzie o muzyce naprawdę dla odważnych. Kiedy recenzowałam najnowszą płytę Black Dice chłopak współlokatorki stwierdził, że jest to niewątpliwie muzyka dla kotów. Ich noise jest rzeczywiście mało znośny dla postronnych słuchaczy. Jeśli jednak chcecie naprawdę przerazić przypadkowe ofiary albo uświadomić pewne sprawy sąsiadom, istnieją po temu bardziej efektywne środki.

Trzy niżej opisane albumy to prawdziwy hardcore, choć może wypadałoby raczej użyć formy spolszczonej – ‘hardkor’ – gdyż nie chodzi tu o podgatunek punka. Wprawdzie muzyka charakteryzująca się growlem i mocnymi gitarami (czyli wszelkie okolice metalu) również ma sporą siłę rażenia (kiedyś inna współlokatorka poczęstowała zbyt głośno bawiące się na górze dzieci kawałkiem Behemota, co poskutkowało słyszalnym u nas wyznaniem zalęknionego berbecia, mamo, to było straszne!), ale nie pójdziemy przecież na łatwiznę.

Nie chodzi oczywiście o czystą złośliwość. Słuchanie trudnej muzyki to zawsze ciekawe przeżycie, mogące dostarczyć niezapomnianych doznań. Zatem, hm, miłego.

3. Einstürzende Neubauten – “Kollaps”

Na początek klasyka. Einstürzende to weterani industrialu, od ponad trzydziestu lat grający przy pomocy różnorodnych rzeczy z metalu. “Kollaps” to ich debiut (1981). Dawniej, za młodu, niemieccy muzycy byli o wiele bardziej szaleni, ale ich koncerty wciąż są warte uwagi, choć już nie dochodzi na nich do ekscesów takich jak destrukcja sali koncertowej przy pomocy wiertarki i publiczności. Dźwięk młota pneumatycznego stanowi jeden z ważniejszych elementów tej płyty (“Steh Auf Berlin” jest chyba najbardziej ekstremalny). Ciekawa jest też nowa wersja słynnego przeboju Serge’a Gainsbourga.

Jak powiedział lider zespołu, Blixa Bargeld: Oczywiście nagranie płyty, której nie da się słuchać jest dosyć proste, trudniej za to nagrać płytę, której ludzie słuchają, a której nadal nie da się słuchać. Jeśli poddacie się urokowi “Kollaps” to drugim tego typu ewenementem jest “Zeichnungen Des Patienten OC”.

2. Venetian Snares & Speedranch – “Making Orange Things”

Venetian Snares tworzy breakcore, w związku z czym jego nagrania do najprzystępniejszych nie należą. Ale płyta z 2001 roku jest pod tym względem zupełnie wyjątkowa. Ta kolaboracja z Brytyjczykiem zajmującym się noisem niszczy mózgi. Brzmienie tak świdrujące, że przewiercanie uszu na wylot wydaje się określeniem zbyt delikatnym. Najciekawsza ścieżka, “Halfway Up the Stairway of Mucus” to instrumentalny cover ulubionego kawałka początkujących gitarzystów, stworzony z jednego podwyższonego sampla krzyku. Właśnie – oprócz morderczej dawki przeszywającego hałasu sporo na tej płycie cytatów i nawiązań, co sprawia, że zdecydowanie nie jest ona bezsensownym zbiorem niesłuchalnych dźwięków.

Przesłuchanie całego albumu to nie lada wyzwanie, ale w paradoksalny sposób jest to muzyka relaksacyjna. Mianowicie po spędzeniu czterdziestu dwóch minut z piekielnymi dźwiękami wytwarzanymi przez tych panów można całkowicie zapomnieć. O wszystkim. Brutalne, acz gruntowne czyszczenie mózgu. Polecam.

1. V/Vm – “Sick-Love”

Za project V/Vm odpowiedzialny jest Leyland Kirby, tworzący również pod własnym nazwiskiem, a także pod pseudonimem The Caretaker. W 1996 roku zaczął wydawać płyty, często więcej niż jedną rocznie, aż do roku 2006. W 2000 powstała “Sick-Love”. Cała twórczość V/Vm opiera się raczej na koncepcie niż rzeczywistej wartości muzyki. Bowiem Kirby w tym wcieleniu nie jest szczególnie kreatywny – remiksuje istniejące utwory, najczęściej w prosty sposób, brutalnie je zniekształcając. Efektem są utwory dosyć przerażające, choć paradoksalnie czasem brzmiące lepiej od oryginałów, wałkowanych przez stacje radiowe przez lata, aż do momentu, w którym mogą wywołać już tylko mdłości. Dlatego całkowicie niemożliwa do słuchania wersja V/Vm może okazać się milsza dla ucha niż oryginał. “Nielegalny remiks” jak nazywa utwór wikipedia, “Lady In Red” Chrisa DeBurgha był nawet odtwarzany w brytyjskich rozgłośniach, a NME wyróżniło go jako singiel tygodnia. Mimo wszystko są to jednak kompozycje mogące doprowadzić człowieka do szału.

Jakim doświadczeniem jest przesłuchanie całego albumu od początku do końca? Zapewne przerażającym, choć relacją z pierwszej ręki w tym wypadku nie mogę służyć, ponieważ jak dotąd nie zdobyłam się na ten wyczyn.

Kultura Majów wytworzyła jedyną w swoim rodzaju “sztukę niosącą śmierć”. Po kilkuminutowym słuchaniu określonego rodzaju muzyki następował obłęd i zejście śmiertelne pisze w tekście na temat bohatera “Blaszanego bębenka” Włodzimierz Cegłowski. Obcowanie z żadnym z wyżej wymienionych albumów nie grozi tak ekstremalnymi efektami, a wiadomo, co nas nie zabije, to wzmocni. Odwagi!

Katarzyna Borowiec




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.