10.11.2015 09:29

Autor: Katarzyna Borowiec

Godspeed You! Black Emperor w Warszawie – relacja

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: |


Godspeed You! Black Emperor w Warszawie – relacja
Warszawa/08.11.2015

Niech świat się kończy takim dźwiękiem.

Siedem lat temu, kiedy Progresja była jeszcze w innym miejscu, oglądałam w niej Einstuerzende Neubauten. Po latach wróciłam na koncert, o którym z góry wiedziałam, że będzie najpiękniejszy na świecie i, jak tamten, na długo zostanie w mojej pamięci. Skąd? Bo już taki widziałam cztery lata temu w Poznaniu. A, no i w sumie też dlatego, że jestem fanatykiem Godspeed You! Black Emperor. To mamy już za sobą pytanie o to, jak relacjonujący ocenia koncert; aby tekst nie składał się z samych ochów i achów skupmy się może na konkretach. Albo o, zacznijmy od supportu.

O występie pani Xarah Dion właściwie szybko zapomniałam, ale skoro trzeba sobie przypomnieć, to jakoś przeboleję. Po pierwsze zastanawiam się, czy jej rola jako support to tak po koleżeńskiej znajomości montrealskiej? Czy jako psikus w nawiązaniu do mojego ulubionego hasła z dawnych tras koncertowych GY!BE – “Celin Dion sings love songs while our cities burn”? Czy to były piosenki o miłości, nie wiem, albowiem nie władam francuskim, ale wydały mi się równie obraźliwe dla płonących miast. Pani zgubiła się chyba po drodze z powrotem do lat osiemdziesiątych, ze swoimi stylowymi syntezatorami łupiącymi synth-industrialowe zapętlanki. Warstwa muzyczna z prostych przeplotów nie tylko nijak pasowała klimatem do poprzedzanego apokaliptycznego post-rocka, ale była w tym zestawieniu nużąco prostacka. Do tego przesterowany wokal wyjący coś nieskładnie. No nie, to się nie udało. Ale nic to, skoro czekały nas dwie godziny walców na ruinach świata!

Godspeed You! Black Emperor rozpoczęli tradycyjnie od “Hope Drone” czyli soczystych hałasów i przesterów z ich bogatego asortymentu, które zabrzmiały zanim jeszcze ktokolwiek pojawił się na scenie. Na ekranie za instrumentami błyskały obrazy z czterech projektorów na taśmę filmową, z odrapanych ścian powoli wyłaniał się napis “Nadzieja”. Powoli na scenę wkraczali władcy postapokaliptycznego świata: gitarzyści – Efrim Menuck, Mike Moya i David Bryant, Thierry Amar dzierżący kontrabas, który wymieniał na gitarę basową, Mauro Pezzente, który grał na drugiej, dwaj perkusiści Aidan Girt i Timothy Herzog oraz mistrzyni skrzypiec, Sophie Trudeau. Wkrótce z dronowego szumu wyłoniły się delikatne dźwięki utworu “Storm” z albumu “Lift Your Skinny Fists Like Antennas to Heaven”. Jak przystało na burzę, od pierwszych kropel post-rockowa orkiestra przeprowadziła nas do szalejącej ulewy z piorunami. Z kolejnymi tonami muzyka unosiła coraz wyżej i wyżej, w towarzystwie pięknych wizualizacji, tak jak cztery lata wcześniej w poznańskim klubie Eskulap. Wspaniale rozpoczęta kontynuacja.

Jeśli po burzy ktokolwiek jeszcze miałby wątpliwości co do tego, że Godspeed You! są mistrzami przeplotów i żonglerek ciszej-głośniej wolniej-szybciej, to kolejny utwór nie pozostawił już cienia wątpliwości. Monumentalny “Behemoth” objaśniony na potrzeby wydanego w marcu albumu “Asunder, Sweet and Other Distress” na części: “Peasantry Or ‘Light! Inside Of Light!’”, “Lamb’s Breath”, “Asunder Sweet” i kulminacyjne “Piss Crowns Are Trebled” został zagrany w całej olśniewającej okazałości. Intro wzbogacone zostało o charakterystyczne dla formacji sample – tym razem głosy brzmiały jak nieprzyjemne zajście z policją. A potem strzały – z perkusji, do której wkrótce dołącza jazgot gitarowo-smyczkowy. “Behemot” wtacza się w przestrzeń audialną jak działo, dźwiękami niskimi i jazgotliwymi, z których wyłania się urzekająca melodia.

GY!BE są też mistrzami dronowych przejść – z chaotycznego hałasu powoli wyzierają bardziej zorganizowane dźwięki. W ten sposób przez cały koncert przechodzili przez utwory, łącząc je w jedną, doskonałą całość. Tak weszliśmy w zapierającą dech w piersiach codę “Asunder, Sweet and Other Distress” czyli “Piss Crowns Are Trebled”, w którym skrzypce poruszającą linią melodyczną prowadzą monumentalną ścianę gitarowego dźwięku do wojennego rytmu perkusji. Finał tej kompozycji to jest już absolutne fruwanie w kosmosie.

Od skowytu skrzypiec (oczywiście nie bez towarzystwa gitarowych dronów) rozpoczęła się “Moya” czyli kolejny koncertowy klask, z EP “Slow Riot for New Zero Canada”. Później ustąpiły miejsca gitarze, którą wprowadziły delikatne dźwięki cymbałek. Wspaniale jest obserwować, jak na scenie ta niezwykła maszyna do tworzenia boskich dźwięków ujawnia się w postaci ośmiu perfekcyjnie zgranych ze sobą osób. Jak gitary łączą się we wspólnym jazgocie, jak wyłania się z niego melodyjna linia Bryanta, jak Menuck dodaje swoje wysokie tony, Amar zamienia bas i kontrabas, perkusiści zmieniają stanowiska, jak smyczek Trudeau wtapia się w tło by za chwilę przejąć dowodzenie. Moya grał na gitarze także śrubokrętem, a Thierry w struny gitary basowej wplótł w pewnym momencie pałeczkę perkusyjną. Występ był jednak pełen skupienia i spokoju, a nie eksperymentalnego rozedrgania. Piękno było wytwarzane precyzyjnie, w harmonijnym porozumieniu; nogi podrygiwały we wspólnym rytmie, a ręce plotły misterne elementy monumentalnych kompozycji.

Czwarty utwór przyniósł zaskoczenie – jak się okazuje (fanatyzm to nie do końca psychofaństwo, więc czasami coś umyka) co najmniej od kwietnia zespół gra nowy kawałek!

Roboczo nazwany (przez fanów?) “Buildings” za sprawą towarzyszących mu wizualizacji, które są chyba kwintesencją godspeedowych brzmień: jednocześnie pokazują nieustanne wznoszenie się, jakie zapewnia ich muzyka, ale w klimacie świata zdegenerowanego, niszczejącego, gdzie nadzieja pozostaje napisem wydrapanym na ścianie w ostatnich chwilach agonii zepsutej cywilizacji. Nowa nuta zapowiada kolejny genialny album, choć jest jedynie delikatnie zarysowanym początkiem. Napisać, że znów mamy do czynienia z cudownymi przeplotami gitarowych ścian ze smyczkowymi zawodzeniami to jak nic nie napisać, bo utwory formacji choć spójne stanowią za każdym razem nowe oblicze nieziemskiego piękna. Od połowy warstwy dźwiękowe zaczynają wirować w krótkich pętlach, co w w okolicach dziewiątej minuty daje efekt, który przywiódł mi na myśl Brandt Brauer Frick Ensemble – czyli coś a la symfoniczne techno, rzecz do tej pory w repertuarze GY!BE niespotykana. Będzie ciekawie!

Na zakończenie zabrzmiało cudowne “East Hastings” (czy też jak kto woli – “Sad Mafioso” i “Kicking Horse on Brokenhill”) z absolutnie kultowej debiutanckiej płyty “F? A? ?”. Z wyjątkowo hałaśliwo-chaotycznego intra wyłonił się charakterystyczny gitarowy riff i publiczność ekstatyczną owacją nagrodziła moment, który pozwolił jej ostatecznie rozpoznać utwór. W charakterystyczny dla formacji sposób jest on podzielony na pół – stąd też na setlistach widnieją zazwyczaj poszczególne movementy. Delikatne przejście, w którym Sophie delikatnie podśpiewywała, zaprowadziło nas do szalonego finału, którym zakończyliśmy ten rozdział historii po zagładzie z Godspeed You! Black Emperor. W pełni ukontentowania i z wybazgraną na ścianach nadzieją czekam na część trzecią.

Katarzyna Borowiec




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.