14.10.2014 17:00

Autor: Maria

Free Cold Festival

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | | | |


Free Cold Festival
Warszawa/3-4.10.2014

Relacja z drugiego dnia festiwalu Free Form.

To był mój pierwszy Free Form i chyba ostatni, przynajmniej, jeśli organizatorzy nadal będą organizować go w tym samym czasie i miejscu. Szkoda, że nie udała się próba festiwalowania w maju, bo wtedy, mimo, że również bywa chłodno, to jednak nie tak przeraźliwie jak jesienią. Marznięcie zdarza się wszędzie – i na Tauronie w wilgotnej dolinie Trzech Stawów i w kojarzącej się z gorącem Barcelonie na Primaverze. Ale Free Form to prawie jak otwarta przestrzeń zimą. Hale pofabryczne są fajne i nawet da się w nich rozgrzać podczas koncertów – jednak tym gorzej dla uczestnika festiwalu, bo jak wiadomo przy łażeniu w te i z powrotem z ciepłego w zimne przeziębienie murowane. Takoż wydmuchuję nos w chusteczki pisząc tę relację.

Z innych minusów – a naliczyłam ich sporo dnia pierwszego, przybywszy zmęczona, zmarznięta i zła – należy policzyć brak programu na wejściu; ja wiem, że przyszłam po północy, ale naprawdę, ani cienia rozpiski czy czegokolwiek?… Do walki z chłodem rozstawiono koksowniki, które grzały głowy wysokich osobników. Ciekawy pomysł grzania. Dalej – jeśli spóźniamy się na koncert, to nie możemy wejść do hali. Bo nie i już. Domyślam się, że to względy bezpieczeństwa, ale mimo wszystko nie umiem tego jakoś logicznie poskładać, co by szkodziło te parę osób więcej (nawet nie, bo równa, jeśli nie większa ich liczba właśnie wychodziła) w środku?… Ogólnie dobrego wrażenia to nie robi i nie polecam. Na szczęście od strony muzycznej było w porządku, bo to już by była przesada.

Pierwszego dnia mieliśmy więc króla elektroniki, Jona Hopkinsa, który tradycyjnie pozamiatał, mistrzowsko miksując motywy z “Immunity” ze wszystkim, co właśnie przyszło mu do głowy. Znalazł się w tym wszystkim nawet motyw a la Kraftwerk, czyli mocno ejtisowe klawisze, zaraz obok soczystych dropów, szumów, basów, przesterów i dubstepowych mrugnięć. Na tym muzyku nie można się zawieść.

W sobotę zaczęłam od występu Rubber Dots. Duet sympatyczny, zupełnie niknący na tle miliona polskich duetów elektronicznych. Wszystkie te Rebeki i xanaxy są ok do posłuchania na koncercie, ale w domu bym tego nie odpaliła mając do wyboru cały świat ciekawszej muzyki. Pani ma fajny głos, ale z tego, co udało mi się usłyszeć, nie śpiewa o niczym ciekawym, a przynajmniej nie w ciekawych słowach. Ot, potańcóweczka. Zabawny moment zdarzył się pod koniec, gdy panu spadło ze stoliczka urządzonko, a muzyka beztrosko grała dalej, prawie bez usterek…

Potem poszliśmy na drugą scenę, gdzie solo – tzn. w towarzystwie DJ-a, na którego uwagę publiczności frontman zwrócił dopiero na końcu koncertu – występował Kele Okereke zany z indie rockowej formacji Bloc Party. Kele ma również fajny głos, a tekstowo też może i nie zachwyca, ale rzucił kilka fraz wbijających się w pamięć, prostych bo prostych, lecz serca łachoczących, bo smutnych o miłości. Give me one more chance to love you i takie tam. Wszystko na tle pulsującej elektroniki, która przyjemnie harmonizowała z jego charakterystycznym wokalem. Tu element humorystyczny stanowiły egocentryczne wizualizacje – gdyby ktoś zapomniał, jak nazywa się muzyk, miał podpowiedź na ekranie, na którym również niemal nieustannie pojawiał się kontur wokalisty. Ale były też całkiem atrakcyjne animacje.

Duet Skalpel wystąpił w towarzystwie – dołączyli do nich J=J czyli Joanna Duda na klawiszach i Jan Emil Młynarski na perkusji. Szczególnie ten drugi instrument wspaniale ubarwił kompozycje elektroniczne dwóch panów, które zwyczajowo krążyły od nawiązań do jazzu do lekko połamanych klimatów. Skalpel bawił się samplami, a w warstwie wizualnej pojawiały się świetne animacje oraz fragment “Salta” Tadeusza Konwickiego (finał) jako ilustracja do jednego z utworów.

Trentemoller charakteryzował się za to gitarami i kapeluszami. Aż dziw, że wyszło tak bardzo gitarowo, bo zespół ten kojarzy się raczej z elektronicznymi brzmieniami. W wersji koncertowej pazurki wyszły nawet z lekko melancholijnego “Miss You”. Wspaniale rzęziło “Shades of Marble” a w finale galopada akordów wybrzmiała w “Silver Surfer, Ghost Rider Go!!!”.

O północy mniejszą sceną zawładnęła Sigma, wylansowana przez przypadek (?) przez Kanye Westa. “Noboty to Love”, pioseneczka tyleż pocieszna co głupawa, do rytmicznych podskoków i wspólnego wycia nadaje się idealnie. Podobnie znakomicie funkcje te okazały się spełniać pozostałe kompozycje z repertuaru grupy. Zza konsolety puszczano popowe słodycze, wysamplowane wokale w kuriozalnych skrętach, wyśrubowywano je do punktu kulminacyjnego i serwowano całkiem smaczne dropy. Na imprezę jak znalazł.

Mniej zabawnie było na Klaxons. Oczywiście takie kawałki jak “Atlantis to Interzone” nie mogą nie obudzić drgnienia w każdym, kto doznawał objawień w erze indie rocka u zarania nowego wieku, ale był to podryg chwilowy. Panowie męczyli niemiłosiernie. Z każdym kawałkiem brnęli w sztampę, nijakość, rój niepotrzebnych powtórzeń i przemieleń własnych pomysłów. Już nawet “Golden Skans” nie było w stanie uratować tej miałkiej ruiny. Sentymentem nie da się obronić koncertu.

Na koniec DJ Koze bujał sennymi rytmami, a że spać na zimnie nie da się zupełnie, był to dla mnie koniec festiwalu. Mam nadzieję, że w przyszłości nie zaproszą nikogo, dla kogo wpadłabym na głupi pomysł marznięcia, bo kaszel póki co niewyleczony. Ewentualnie trzymam swe przemarznięte kciuki za udane próby przeniesienia na wiosnę, bo potencjał jest.

Katarzyna Borowiec
Foto: Maria Grudowska




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.