20.11.2014 09:00

Autor: Kuba

Foo Fighters – “Sonic Highways”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Foo Fighters – “Sonic Highways”
Roswell/RCA/2014

Dwadzieścia lat minęło jak jeden dzień.

Foo Fighters od kilku lat konsekwentnie można traktować w kategorii zespołu, który jedzie na nazwisku Grohla – żywej legendzie rocka, bo owszem, wydali kilka zajebistych kawałków, ale albumy całościowo brzmiały najwyżej znośnie. Jednak od “Wasting Light” coś się zmieniło. Muzycznie grupa poszła trochę do przodu i stary, dobry gitarowy riff nagle stał się bardziej w cenie. Nie wiem, na ile to zasługa tego, co działo się w tamtym czasie wokół sceny muzycznej, a na ile faktyczny talent grupy do nagrania porządnej płyty, ale rezultat był jednoznaczny – czekałem na więcej, bo mogło się okazać, że Foo Fighters przeżywają renesans.

Na dwudziestolecie istnienia grupy, muzycy poszli o krok dalej niż nagrywanie analogowo w swoim studiu, jak było to przy “Wasting Light”. “Sonic Highways” to świetny koncept, za którym kryje się nie tylko muzyka, ale i bogata otoczka w postaci serialu HBO, bez którego poznawanie albumu nie wchodzi w grę (przynajmniej w moim odczuciu), ponieważ arcyciekawy pomysł jechania na jeden tydzień do jednego z ośmiu miast USA i nagrywanie kawałka w legendarnym studiu od zera (łącznie z napisaniem tekstu na podstawie doświadczeń) to genialne skrzyżowanie reżysersko-dydaktycznego ducha Grohla do opowiadania historii muzyki w danym rejonie (vide Sound City) i niesamowitego działania marketingowego, które daje gigantyczną reklamę i tak bardzo popularnej grupie.

Wróćmy jednak do samej muzyki, bo to jest najważniejsze. Singlowe “Something From Nothing” czy “The Feast and the Famine” to bodaj najlepsze utwory na samej płycie nie tylko z powodu fajnych riffów (wiem, wiem, że słychać tam “Holy Diver”), ale dlatego, że są też najmocniej związane z samą postacią Grohla. Szukanie estetyki blues i country w “Congregation” czy “What Did I Do?/God As My Witness” mają ewidentnie swoje momenty, ale czasem ma się wrażenie, że grupa gubi się w swoich zamiarach. “Outside” nagrywane w legendarnym Rancho de la Luna to przede wszystkim genialna linia basu i niezapomniane solo Joe Walsha (Eagles). Ostatnie trzy indeksy mogę rozpatrywać jedynie muzycznie (odcinki na czas pisania recenzji jeszcze nie wyszły), ale “In the Clear” to typowy stadionowy banger ze świetnym wejściem dęciaków Preservation Hall Jazz Band. “Subterranean” prezentuje mroczną scenę Seattle w trochę balladowym stylu nawiązującym do alt-rocka z lat 90. (The Bends?). Albumowy closer, “I Am a River”, to świetne zamknięcie w postaci przestrzennego, rockowego grania z ciekawą pracą gitar i rozlazłym, powoli budującym się aranżem, który ładnie kończy przygodę z “Sonic Highways”. Nad warstwą liryczną nie chcę się katować, bo ewidentnie teksty zepchnięte są na dalszy plan (wraz z melodiami wokalu) i na każdym rogu czai się masa klisz i łopatologicznych metafor, choć można znaleźć kilka perełek ładnie nawiązujących do miasta, z którego pochodzi utwór.

Czym więc jest “Sonic Highways”? Ósmy longplay Foo Fighters to świetnie zapakowany produkt całkiem dobrego zespołu, który oprócz samej muzyki chciał przekazać kawał historii i nie wiem, czy przypadkiem nie jest to najważniejsza część samego procederu. Album jest tu tłem dla barwnej opowieści i nie sądzę, że to był cel grupy, nie zmienia to jednak faktu, że z takiej niespodzianki może wyjść też coś dobrego.

Kuba Serafin


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (11 głosów, średnio: 6,09 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.