07.11.2013 09:00

Autor: Szymon

Fenech-Soler – “Rituals”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Fenech-Soler – “Rituals”
Warner Bros./Beyond/2013

W poszukiwaniu fal.

Elektroniczni surferzy powracają i są na fali. Od czasu do czasu zdarza im się jeszcze stracić równowagę i wpaść do wody, lecz po chwili z powrotem wdrapują się na deskę i znów są w ślizgu. Fenech-Soler znacząco ujednolicili i wygładzili swoje brzmienie, i choć postanowili podpłynąć bliżej nurtu muzyki popularnej, to wcale nie mam im tego za złe.

Album “Rituals” (drugi w dorobku zespołu) zaczyna się od małej rozgrzewki, która przygotuje słuchacza do wyprawy nad ocean. Przed wyruszeniem w poszukiwaniu fal należy nabrać energii przy dźwiękach słonecznego elektro-popowego utworu “Youth”,  odpowiednio przygotować swoje ciało, słuchając wybuchającego niczym gejzer “All I Know”, wreszcie złapać ulubioną deskę pod pachę i wskoczyć z przyjaciółmi do oldschoolowego campera. Jeśli ktoś nie urodził się surferem, to nic nie szkodzi – można przecież rozpocząć swoją przygodę z oceanicznymi sportami wodnymi od paddleboardingu (np. leżeć na desce na brzuchu i płynąć napędzając ją ruchem rąk) lub po prostu na chwilę zamknąć oczy i zanurzyć się w letnim “In Our Blood” (wybrałem ten sposób). Właśnie przy pierwszym refrenie chwytliwej kompozycji otworzyłem je i morze dźwięków użytych przez Fenech-Soler na “Rituals” ma przede mną już mniej tajemnic (obok przeróżnych syntezatorów słychać również instrumenty przypominające elektroniczną cytrę i karaibską marimbę).

Nieco już wtajemniczony w nową płytę brytyjskiego zespołu rozpocząłem “Ritual I”, który okazał się być wstępem do przebojowego singla “Last Forever”. Utwór tryska orzeźwiającym optymizmem i sprawia, że nawet gdy za oknem panuje jesienna plucha, to czuję się jak Kelly Slater (wybitny surfer amerykański) w mistrzowskiej formie. Ile bym dał, żeby ten stan trwał zawsze!

Nieodłącznym elementem “rytuałów” są tańce przy dźwiękach bębnów. “Somebody” to kompozycja iście goddardowska (mowa o Joe Goddardzie z Hot Chip, znakomitym remikserze i współzałożycielu wytwórni Greco-Roman), która niejeden klubowy parkiet przemieni w piaszczystą plażę i wypełni ludźmi spragnionymi zabawy do samego wschodu słońca. Bez dwóch zdań należy ona do moich ulubionych fal dźwięku na płycie. Niestety, nie mogę tego samego powiedzieć o “Fading” będącym niemal wierną kopią “Princess Of China” z repertuaru zespołu Coldplay. Podobieństwo słychać zwłaszcza w refrenie, gdzie śpiew Bena Duffy’ego niewiele się różni od partii wokalnych Rihanny. Surferzy z Fenech-Soler podpłynęli zdecydowanie zbyt blisko “rekinów” popu i zostali przez nich zaatakowani. Być może to sława działa na nich tak “Magnetic” i dlatego nagrali kolejny przebojowy utwór, któremu nie można zbyt wiele zarzucić. Pewnie tym razem zainspirowali się usłyszaną w komercyjnym radiu kompozycją Calvina Harrisa i wyraźnie pozazdrościli mu popularności. O dziwo, imprezowy utwór może połączyć fanów muzyki alternatywnej i popularnej. Ot, spotkanie na pograniczu. Jak dla mnie zrobiło się tu jednak zbyt tłoczno.

Szukam więc przede wszystkim kolejnych wysokich fal, które pozwolą mi swobodnie płynąć i czerpać przyjemność z “przechodzenia” przez “Rituals”. Ponoć można je znaleźć nieopodal wyspy “Maiyu”. Postanowiłem przekonać się o tym na własnej skórze. Trafiłem do bajkowego zakątka, gdzie kilkumetrowe fale dźwięku (podobne do tych w “Somebody”) przyprawiają o prawdziwy dreszczyk. Solidna kotłowanina klawiszy syntezatorów i zsamplowane trąbki domagają się wielokrotnego ślizgu lasera (jeśli ktoś woli – igły) po płycie. Spoglądając na ocean i zachodzące słońce surferzy ruszają w kierunku Biarritz i San Sebastian. W poszukiwaniu kolejnych wrażeń zmierzam z nimi do “Two Cities”, które okazują się być najbardziej rockowym utworem na “Rituals”. Dobrze przetworzone metaliczne gitary tworzą zarazem tło i szkielet kompozycji, a dynamiczny bas i rezonujące, chwilami błagalne partie wokalne Bena Duffy’ego nieco kojarzą mi się z dokonaniami Kele Okereke i Bloc Party. Przecież trochę brudu, piasku, zadrapań, a nawet szram wcale nie zaszkodzi elektronicznym surferom.

Na zakończenie “rytuałów” i sezonu Fenech-Soler zapraszają na wielki finał. W “Glow” przelewają się wszystkie dotychczas wybrzmiałe dźwięki, które niczym spienione grzywacze załamują się i wciągają słuchacza w muzyczną kotłowaninę. Utwór rozpoczyna się dość agresywnym przesterowanym motywem w stylu kanadyjskiego elektronicznego duetu MSTRKRFT i wygrywanym na perkusji wyrazistym rytmem. Miejscami kompozycja zwalnia, dając nieco wytchnienia – słychać cykanie świerszczy, partie pianina i gitarowe solówki – by po chwili znów zaatakować z siłą tsunami.

Fenech-Soler swoim drugim albumem “płyną” na kompromis. Chcą nadążać za trendami panującymi w muzyce popularnej i jednocześnie trzymać się swoich alternatywnych elektronicznych korzeni. Wydaje się, że właściwie balansując pomiędzy wieloma muzycznymi stylami są w stanie długo utrzymać się na fali. Pytanie tylko kim chcą być tak na prawdę -  cieszącymi się wolnością muzycznymi surferami czy płotkami wśród “rekinów” show-biznesu?

Szymon Matlak


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (13 głosów, średnio: 8,31 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.