06.04.2014 21:11

Autor: przemek

Electronic Beats: Król, Ólafur Arnalds i José González

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | |


Electronic Beats: Król, Ólafur Arnalds i José González
Warszawa/4.04.2014

Trzy sposoby przekazywania emocji – relacja z pierwszej części warszawskiej edycji Electronic Beats.

Czy festiwalem można nazwać jednodniowe wydarzenie, podczas którego widzimy tylko trzech wykonawców grających na instrumentach? Okazuje się, że tak – firma telekomunikacyjna, która wymyśliła ten cykl koncertów znalazła sposób jak w ciągu kilku godzin pokazać dużo dobrej muzyki i to tylko za 40 zł. Samo połączenie występów artystów z różnych światów wydawało mi się przed rozpoczęciem przypadkowe i nieprzemyślane. W ciągu trzech godzin na jednej scenie pojawili się reprezentanci Polski, Islandii i Szwecji, każdy w inny sposób wyrażający emocje, ale każdy z dużym bagażem doświadczeń i z uznaną marką.

Na start otrzymaliśmy minimalistyczny, ale przytulny świat sampli i gitary śpiewającego po polsku Króla. Błażej w całości zagrał swoją pierwszą solową płytę “Nielot” (recenzja). Choć towarzyszył mu drugi gitarzysta, czuć, że nowe kompozycje są jeszcze bardziej osobiste niż te znane z UL/KR. Po kilku minutach obcowania z muzyką Króla zostałem wciągnięty w jego świat. Mimo wydawałoby się skromnych środków wyrazu, piosenki wciągają, a słuchacza otacza mgła elektronicznych brzmień i ciepło, którym emanuje bardzo zaangażowany, emocjonalny głos ze sceny. Kolejne utwory nie pozwalają się uwolnić od tego, o czym śpiewa Błażej. Słuchając “Żaru” czułem gorąc słońca, następne “Ćmy” pozwoliły mi poczuć się jak dziecko. Choć teksty nie są do końca dla mnie jasne, wokal jest na tyle przekonywujący, a atmosfera koncertu na tyle intensywna i duszna, że zostałem pochłonięty przez wszystko, co chciał mi przekazać podmiot liryczny piosenek z “Nielotu”. Bardzo znamienna w moim odczuciu jest umiejętność (zamierzona bądź nie) przekazywania różnych fizycznych stanów za pomocą słów i muzyki. Słuchając nowych utworów byłego wokalisty Kawałka Kulki odczuwam duszność, swędzenie, głód, zimno, senność, suchość, pocenie się – wszystko, co towarzyszy codziennemu funkcjonowaniu człowieka. Wyjątkowość twórczości Króla polega na intymnej relacji, jaka wytwarza się podczas słuchania “Nielotu”. Choć mnóstwo w tym wszystkim realizmu, to dzięki minimalizmowi środków przekazu obcowanie z tymi nowymi kompozycjami jest miłe, nieinwazyjne, delikatne. Nie ma tutaj miejsca na to, aby świadomość popłynęła gdzieś indziej, cała uwaga koncentruje się na tym, co ma do przekazania Król. Magiczny, ale dość wyczerpujący emocjonalnie występ – dobrze, że Błażej raczy nas małymi dawkami siebie, dzięki temu ciągle czuć drobny niedosyt i szybko można stęsknić za jego muzyką.

Po takim początku trudno było się przestawić na oniryczne i wyciszające dźwięki fortepianu i kwartetu smyczkowego od bardzo popularnego w Polsce Ólafura Arnaldsa. Nie miałem żadnych oczekiwań co do tego koncertu, od dłuższego czasu nie słucham Islandczyka, bo najzwyczajniej w świecie usypia mnie jego pełen miękkich i powolnych melodii świat. Występ odbierałem podświadomie, zamknąłem oczy i dałem się ponieść sennym obrazom, które przerwał dynamiczny i pełen pasji utwór “3326″. To był jeden z ważniejszych momentów tego występu – kompozycja pochodząca z debiutanckiej płyty wtedy dwudziestojednoletniego artysty na żywo wybrzmiała porywająco. Później przyszedł czas na nowości z wydanego w ubiegłym roku albumu. W tytułowym kawałku z “For Now I Am A Winter” zaśpiewał Arnór Dan, co sprawiło, że muzyka Arnaldsa stała się nieco mniej przewidywalna i bardziej wciągająca. Dan towarzyszył zespołowi jeszcze przez kilka kolejnych minut, co sprawiło, że efekt świeżości szybko zniknął. Zdecydowanie lepiej słuchać Ólafura do poduszki, choć uroku i swoistego piękna koncertowi nie można odmówić. Owacje na stojąco warszawskiej publiczności wskazują na to, że mogłem być jedyną osobą, którą nuży muzyka islandzkiego kompozytora.

Główną gwiazdą wieczoru (przynajmniej dla mnie) był José González, potrafiący na swojej gitarze klasycznej zaprezentować ogromną gamę brzmień i pomimo prostej formy wciąga w swój świat dzięki lekkości i różnorodności melodii. Od wydania jego ostatniej, drugiej w dyskografii solowej płyty “In Our Nature” minęło już 7 lat, więc nurtowało mnie, czy znane mi sprzed kilku lat utwory zabrzmią tak dobrze i świeżo jak na nagraniach studyjnych. Liczyłem też na to, że Szwed zaprezentuje podczas swojej wizyty w Palladium nowe kompozycje, w końcu nie tak dawno wydał singiel “Stay Alive”. Setlista składała się głównie ze starych piosenek, które nic nie straciły ze swojego uroku, a wśród nich znalazło się też miejsce na świetną wersję “Line of  Fire”, którą González gra zwykle z Junip oraz jeden nieznany dotąd kawałek. “Hints”, “Crosses”, “Cycling Trivialities” czy “Down the Line” zabrzmiały wybornie i sprawiły, że poczułem się wyjątkowo dzięki możliwości usłyszenia na żywo dźwięków, z którymi kilka lat temu byłem bardzo mocno związany. Taka mała podróż do przeszłości. Jeśli myślicie, że facet występujący sam z gitarą klasyczną na scenie będzie smęcił i musi nadrabiać żartami w trakcie przerw między poszczególnymi utworami, jesteście w dużym błędzie. Po pierwsze, brzmienie gitary Gonzáleza jest wyjątkowe, co zawdzięcza pewnie niestandardowym strojeniom, które bardzo często podczas występu zmieniał. Po drugie, klasyczny styl gry daje mnóstwo możliwości, niecodziennie spotykanych we współczesnej muzyce pop (uogólniając). Mocne uderzenia w struny imitują dźwięki perkusji, niskie tony przypominają bas, a gęste i szybkie szarpnięcia sprawiają, że słuchacz ma wrażenie obcowania z kilkoma instrumentami na raz. Każda nuta jest nieprzypadkowa i świetnie współgra z subtelnym, ciepłym głosem szwedzkiego songwritera. Mnogość wrażeń słuchowych wydobywanych tylko z jednej gitary, delikatne wizualizacje i świetne oświetlenie sceny sprawiły, że przez godzinę wpatrywałem się zafascynowany w jeden punkt, w którym siedział José. Bez zbędnych ozdobników, aranżacyjnych kombinacji, za to ze świetnymi, prostymi i napełnionymi czystością piosenkami poczułem się niezwykle lekko i rześko. Zmiany tempa, niskich i wysokich dźwięków nie pozostawiły miejsca na nudę – González po mistrzowsku wykorzystywał gitarę i każdą chwilę swojego koncertu, aby słuchacze mogli wspominać ten występ latami. W czasie kilkudziesięciu minut znalazło się miejsce na niezwykłe covery – najpierw “Teardrop” Massive Attack, a na bis “Heartbeats” The Knife. Niczego tutaj nie brakowało.

Po wyjściu z Palladium czułem, że dobrze spędziłem piątkowy wieczór. Electronic Beats dało się poznać jako impreza bardzo dobrze zorganizowana – nie było tutaj opóźnień, nagłośnienie było na bardzo wysokim poziomie, a sam wygląd sceny i wizualizacje na trzech płaszczyznach (oprócz ekranu na scenie, projekcje pojawiały się na bocznych ścianach) pozwolił na przyjemny odbiór nie tylko bodźców słuchowych, ale i wzrokowych. Trzech wybranych przez organizatorów wykonawców, pomimo dużej różnorodności stylistycznej, na przestrzeni kilku godzin w jednym miejscu udowodniło, że nieoczywiste zestawienia muzyczne są interesujące i mogą być pozytywnie odebrane. W końcu oklaski na stojąco (tak, całe wydarzenie można było obserwować siedząc wygodnie na krzesłach) mówią same za siebie.

Przemek Karolczyk
fot. José González – Fredrik Egerstrand; Król – Maria Grudowska




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.