Eklektycznie w SOHO
FreeFormFestival/14-15.10.2011/Warszawa

Tegorocznym line-upem FreeFormFestival po raz kolejny udowodnił, że zasługuje na miano jednego z najbardziej różnorodnych festiwali elektronicznych w Polsce.

Niska temperatura nie odstraszyła fanów elektronicznych brzmień i pojawili się oni w warszawskim kompleksie SOHO Factory dosyć tłumnie. Tu od razu warto zaznaczyć, że pod tym względem zmiana miejsca imprezy wyszła na dobre – w Koneserze (bo tam wcześniej odbywała się impreza) przy takiej liczbie festiwalowiczów ciężko by się było gdziekolwiek ruszyć bez konieczności przepychania się na siłę. Przy dużo większej powierzchni do wykorzystania można też było dodać dwie nowe sceny – oprócz znanych już Grolsch Stage i Second Stage, w tym roku pojawiły się FreeFormClub oraz scena Spoken World, na której pokazali się poeci-slamerzy. Strefa gastronomiczna rozstawiona była częściowo w pomieszczeniach, częściowo na powietrzu, a dodatkowe miejsca do siedzenia stworzono z ustawionych jedna na drugiej, pomalowanych na różne kolory, palet, co wydawało się dość ciekawym rozwiązaniem, bardzo pasującym do fabrycznych wnętrz SOHO. Dobrym pomysłem były też umieszczone w strefie gastronomiczno-klubowej telewizorów, gdzie zmęczeni goście mogli na siedząco obejrzeć relacje na żywo z festiwalowych koncertów. Ogólnym minusem tegorocznej edycji było coś, co podczas 6. edycji uznano za jedną z większych zalet festiwalu, czyli nagłośnienie, które tym razem, przyznaję to z przykrością, było fatalne, co po części pewnie jest też winą niedostosowania miejsca do koncertów.

Najważniejszą jednak (i najprzyjemniejszą) częścią wieczoru były, oczywiście, koncerty. Nieco spóźniona, tuż pod dotarciu na teren festiwalu od razu skierowałam swe kroki na Grolsch Stage, gdzie od kilkunastu minut grali już Villa Nah. Panowie jednak nie porwali mnie zupełnie, było nudno, a utwory zdawały się brzmieć tak samo. Plusem była ładna barwa głosu wokalisty, co niestety nie zmieniło tego, że duet nie zaprezentował się najlepiej.

Na szczęście nie rozczarował mnie kolejny artysta, którego dj set nie był może zbyt odkrywczy, skutecznie jednak przyciągał i rozgrzewał zziębniętą publikę. Mowa o Vitalicu, który występ rozpoczął swoim autorskim utworem “Poison Lips” i zaserwował nam potężną dawkę dobrego electro. W secie znalazło się miejsce również na hity, pojawiło się m.in. znane chyba wszystkim “Bonkers” i choć kawałek jest mocno już oklepany, publiczność zareagowała na niego bardzo żywiołowo.

Po Vitalicu szybki powrót pod dużą scenę na Does It Offend You, Yeah?, których miałam już okazję zobaczyć na tegorocznym Selectorze. Spodziewałam się co najmniej tak dobrego występu jak wtedy, a zamiast tego wyszłam z niego dosyć rozczarowana. Główną wadą tego koncertu były problemy techniczne (chociażby niedziałający mikrofon, ale było ich więcej), kiepskie nagłośnienie (zbyt ciche klawisze vs. mocno dokuczliwy momentami poziom dźwięku) i fatalna akustyka. I chociaż zespół postarał się, aby było jak najbardziej energetycznie, to jednak powyższe kwestie nie bardzo pozwoliły mi w pełni cieszyć się ich występem. Już nieco zmęczona i zawiedziona postanowiłam trochę odpocząć, co, jak się potem dowiedziałam, okazało się błędem, bo ominął mnie podobno dosyć ciekawy dj set Aeroplane.

Po nabraniu sił przyszedł czas na gwiazdę wieczoru, czyli Lamb, który przyjechał w zastępstwie za odwołany koncert Kelego. Hipnotyzująca muzyka niesamowicie dopełniała się z pięknym wokalem Lou Rhodes. Występ rozpoczął otwierający nowy album utwór “Another Language”, który okazał się wstępem do zaskakująco mocnej pierwszej części koncertu. Wprawiona niemal w ekstazę publiczność, bardzo entuzjastycznie reagowała właściwie na każdą piosenkę. Czuć było, że duet jest naprawdę lubiany, a koncert nie zawodzi pokładanych w nim oczekiwań.

Setu Miss Kittin nie wysłuchałam w całości, ale z tego, co zdążyłam usłyszeć wydawał się naprawdę świetny, żywiołowy i bardzo przemyślany. Jeden z jaśniejszych punktów programu. Woman do it better?

Drugi dzień FreeFormu ropoczął się dla mnie koncertem Brytyjczyków z Red Snapper. Tutaj chyba szczególnie można było odczuć różnorodność, jaką stara się zaprezentować festiwal, gdyż pośród dużej dawki elektroniki, pojawił się zespół z pogranicza jazzu i bluesa z domieszką rocka. Oni również korzystali z kilku elektronicznych zabawek, ale było to raczej wsparcie dla ich instrumentów, co w pewien sposób również wzbogaciło ten i tak bardzo ciekawy występ. I jak na koncert jazzowy można było zobaczyć pod sceną zaskakująco dużo tańczących i bawiących się ludzi.

Już kilka minut na Fenech- Soler pozwalało stwierdzić, że zespół jest pełen energii, którą zaraził zgromadzoną na Second Stage publiczność. Ich występ był porcją elektroniki z punkowym zacięciem i skutecznie podgrzał atmosferę.

W pozytywnym nastroju udałam się na Grolsch Stage, gdzie za chwilę miało zagrać Mum. Sporo dobrego słyszałam o ich występach na żywo, jednak dla mnie okazał się on nieco smętny. Folk- elektronika, nawet przy tak urozmaiconym instrumentarium, to jednak nie moja bajka. A jako że na drugiej scenie za chwilę miał pojawić się Oszibarack, chęć zobaczenia poczynań wrocławskiego zespołu wygrała u mnie z tym, co Mum miał zaprezentować na końcu.

Oszibarack dał bardzo sympatyczny i wciągający koncert, grając trochę nowych kawałków, ale i nie zapominając o starszych (przy których niejednokrotnie słyszałam komentarz za plecami “o, teraz będzie fajnie” (i trzeba przyznać, że faktycznie było). Filigranowa wokalistka skutecznie przyciągała uwagę, chociaż niczym właściwie o nią nie zabiegała. Momentami ciężko było oderwać wzrok od Agima Dżeljilji, który energią mógłby chyba obdarować pół sali, aż dziw, że nie trzeba go było znosić ze sceny. Występ był czasem mocno psychodeliczny, a dodatkowo wzbogacał go udział drugiego perkusisty.

Nadeszła północ, a tym samym pora na gwiazdę drugiego wieczoru, czyli The Streets. Występowi niemalże do końca towarzyszył niepokój, gdyż Mike Skinner już dwa razy w tym roku odwołał koncert w Polsce, jednak niepokój został w pewnym momencie rozwiany na Facebooku przez organizatorów festiwalu: “Mike jest w Polsce – kazał was pozdrowić”. Wielu pewnie ulżyło, bo mogłoby nie być już więcej okazji na zobaczenie koncertu The Streets w naszym kraju. W związku z tym występ przyciągnął naprawdę mnóstwo ludzi, Grolsh Stage chyba jeszcze ani razu w ciągu tych dwóch dni nie była aż tak wypełniona. Na koncercie przeważał materiał z debiutanckiej płyty “Original Pirate Material”. Mike Skinner szalał na scenie, przez cały czas utrzymując przy tym kontakt z widownią i wciągając ją w zabawę (standardowe już chyba polecenie kucnięcia przy “Blinded By The Lights”). Tym bardziej szkoda rozwiązania zespołu.

Wreszcie przyszła kolej na oczekiwanego przeze mnie Mr. Oizo. Jego set na zakończenie festiwalu okazał się idealny. Chociaż kazał na siebie trochę czekać, co i raz wywoływany przez niecierpliwiącą się publiczność, jego wyjściu towarzyszył prawdziwy wybuch entuzjazmu. Ostre electro i częste zmiany tempa wprawiły zgromadzonych ludzi w prawdziwe szaleństwo. Mocno zmęczona, ale szczęśliwa mogłam wrócić do domu i wreszcie się wyspać.

Anna Wojciechowska
Zdjęcia autorstwa Anny Lenarcik





Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.