27.07.2012 07:30

Autor: Tomek Milewski

Edward Sharpe and The Magnetic Zeros – “Here”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Edward Sharpe and The Magnetic Zeros – “Here”
Vagrant Records/Rough Trade Records/2012

Folkowa rewolucja.

Z modą w muzyce jest taki problem, że przychodzi znikąd, gości na tapecie nie wiadomo jak długo i popada w zapomnienie równie szybko jak się pojawia. Po całym tym hajpie, kiedy emocje już opadają, zapamiętani zostaną jedynie ci, którzy swoją twórczość oparli na szczerości… oczywiście ździebko talentu też się przydaje.

Ostatnimi czasy oprócz najróżniejszych fuzji i kompilacji brzmień elektronicznych, wielkie odrodzenie przeżywa muzyka folkowa. Zapewne jako kontrpropozycja dla wydumania i eklektyczności, mniejsza o to. Wszystko sobie pięknie funkcjonuje. Pojawiają się kolejne płyty, raz lepsze, raz gorsze… aż tu nagle wpada dziesięcioosobowy skład Edward Sharpe and The Magnetic Zeros i redefiniuje brzmienie obecnego folku. Zostało napisane coś, co przez najbliższy czas może być cytowane i przekształcane w nieskończoność przez przeróżnych artystów. Tak zaczyna się modę… aczkolwiek mogę się mylić.

Na następcę poprawnego, ale niczym nie wyróżniającego się “Up For Below” czekaliśmy trzy lata. Pozwolę sobie teraz rzucić oklepanym tekstem – było warto! Z brzmienia, którym legitymował się zespół przy pierwszej płycie, pozostało tyle, ażeby móc jeszcze powiedzieć: “tak, to dalej jest Edward Sharpe and The Magnetic Zeros”. Pozostała część utopiona została w muzyce przełomu lat 60. i 70. Gdzieś w miejscu, w którym piątkę przybiliby sobie Bob Dylan, Muddy Waters i muzycy The Mamas & The Papas.

“Here” to totalny album retro. Od muzyki zaczynając, na produkcji kończąc. Nie wiem, gdzie muzycy grupy musieli się schować przed światem, żeby osiągnąć taki efekt, ale musi być to miejsce magiczne. Albo chociaż zamieszkane przez społeczność hipisowską, która odseparowana od teraźniejszości, żyje przeszłością. Świadomie lub mniej. Płytę otwiera “Man on Fire”, który swoją motoryką nieodzownie kojarzy mi się z “Walk the Line” Johnny’ego Cash’a, delikatnie upiększony harmoniami głosów i saloonowym pianinem. Kolejne dwa utwory, “That’s What’s Up” i “I Don’t Wanna Pray”, to już podróż na bluesowe południe USA z zabarwieniem gospelowym, w których banjo jest obowiązkiem. Stopy same wyrywają się do tańca. Czuć nieomalże namacalną radość i szczerość płynącą z muzyki. Po intensywności, którą dostarczyły poprzednie utwory chwila sielankowego spokoju przy rozmytych gitarach, dzwonkach i innych przeszkadzajkach, do których niepostrzeżenie przekrada się również wycofana sekcja dęta. Tak właśnie brzmi “Mayla”. Muzyką country trąci skoczna “Fiya Wata”. Oczywiście pisząc o jakichkolwiek zabarwieniach w kompozycjach mogę posługiwać się jedynie uproszczeniami, gdyż brzmienie jest na wskroś niejednoznaczne i wymyka się jakimkolwiek ramom. Album zamyka rewelacyjny “All Wash Out”.

Nie wiem jak można upchnąć dziesięciu muzyków w tak ascetycznych kompozycjach.
Nie wiem jak można zawrzeć tak wiele stylów w tak koncepcyjnym albumie.
Nie wiem jak można nagrać tak oderwaną od dzisiejszych czasów płytę.
Nie wiem jak można zrobić to wszystko z tak wielkim smakiem i wyczuciem.
Nie wiem, ale winszuję i gratuluję.

Tomek Milewski


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (8 głosów, średnio: 7,50 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.