09.12.2016 22:16

Autor: Dorota Szubska

Dziesięć odcieni kosmosu

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | | | |


Dziesięć odcieni kosmosu
Gdańsk/2-3.12.2016

Relacja z 6. edycji festiwalu SpaceFest.

Gdy sześć lat temu – kierowana silną potrzebą zobaczenia na żywo pewnego mało znanego, walijskiego zespołu – przedzierałam się w zimnie i deszczu przez owianą złą sławą gdańską dzielnicę, w najśmielszych wyobrażeniach nie spodziewałam się, iż od tej chwili co roku z utęsknieniem będę wyczekiwać grudnia. Nie była to bynajmniej zasługa unoszącej się w powietrzu przedświątecznej atmosfery ani tym bardziej urokliwych wzorków szkicowanych solą na zimowych butach. Nie, winnym tego stanu rzeczy był SpaceFest! – muzyczny twór powołany do życia przez Stowarzyszenie Nasiono, który na kilka cudownych, niezapomnianych godzin zabrał mnie w kosmiczną podróż do świata szczerej i nieskrępowanej formą muzyki.

Począwszy od swojej pierwszej edycji SpaceFest! konsekwentnie udowadnia, iż do zrobienia dobrego festiwalu wcale nie potrzeba gwiazd wielkiego formatu, mnogości scen, kanonady świateł i wizualizacji ani wielkich banerów, z których nachalnie przypatruje się nam logo sponsora. Organizatorzy gdańskiego wydarzenia postawili na kameralność i przyjazną atmosferę – taką, w której muzyka i artyści są na wyciągnięcie ręki, w której twarze obcych ludzi stają się nam bliskie i znajome, skłaniając z czasem do wymiany uśmiechów lub kilku niezobowiązujących zdań.

Piątek, 2.12.2016r.

Nie inaczej było podczas tegorocznej, szóstej już edycji wydarzenia, dla której swoje podwoje po raz czwarty otworzył gdański klub Żak. Wszechobecna, rozluźniona atmosfera – tak charakterystyczna dla tego festiwalu – wyczuwalna była już z chwilą przekroczenia progu,  otulając zmarzniętego wędrowca niczym ciepły, wełniany koc. Publiczność niespiesznie gromadziła się w sali, na klubowych korytarzach i w przylegającym do nich barze, dopóki pierwsze dźwięki płynące ze sceny nie sprawiły, iż skierowała ku niej swoje trajektorie. Prowodyrem tego masowego poruszenia okazał się być warszawski zespół Rosa Vertov – czteroosobowy żeński kwartet, który na SpaceFest trafił (wspólnie z The Fruitcakes oraz Wild Books) w drodze konkursu dla młodych zespołów. To jeden z licznych przykładów świeżych, muzycznych odkryć, o jakie zatroszczyli się w tym roku organizatorzy. Koncert stołecznej grupy rozpoczął się stosunkowo niewinnie subtelnym, rozpływającym się w klubowej przestrzeni intrem. Jeżeli któryś z festiwalowiczów myślał jednak, że najbliższe kilkadziesiąt minut spędzi zanurzając się w smętnych, nostalgicznych melodiach, szybko został sprowadzony na ziemię przez narastającą furię gitar oraz dźwięki wtórującej im perkusji. Dziewczyny sprawnie budowały napięcie i wprowadzały do utworów różnorodność, przybierającą postać brzmiących niczym mroczna pozytywka klawiszy czy też często zmieniających się wokali.

Po stołecznym zespole przed gdańską publicznością pojawiła się pierwsza z zagranicznych gwiazd, czyli islandzko – niemiecko projekt The Third Sound. Psychodeliczna grupa z miejsca podbiła moje serce, głównie za sprawą długich, hipnotyzujących przejściówek, energicznej perkusji, przesterowanych gitar i szklanych riffów, spomiędzy których przebijał się charakterystyczny, zwielokrotniony wokal Hakona Adalsteinssona. Kiedy wydawało się, że ten wieczór nie może być już lepszy, na klubowej scenie pojawiło się trio Be Forest. Jak słusznie można było się spodziewać po zespole wywodzącym się z włoskiego miasteczka o shoegaze’owej tradycji, Costanza Delle Rose, Erica Terenzi i Nicola Lampredi dali występ na naprawdę wysokim poziomie. Dream pop w ich wykonaniu przybrał formę delikatnej, onirycznej pieśni, akcentowanej w odpowiednich miejscach uderzeniem perkusji i subtelnym, niemalże dziecięcym głosem wokalistki. Przyjemnie senne otępienie prawdopodobnie towarzyszyłoby mi do końca festiwalowego wieczoru, gdyby nie pewien zespół, który z impetem przejął scenę po swoim włoskim poprzedniku. Mowa oczywiście o niemieckiej krautrockowej grupie Camera, która dała udany i niezwykle energetyczny koncert, bazujący w dużej mierze na mocnych, transowych bębnach oraz rozbudowanych improwizacjach. Zwieńczeniem wieczoru był występ pochodzącego z Warszawy garage’owo-punkowego tria Wild Books, które głośnymi gitarami i mocną perkusją zatroszczyło się o to, aby muzyka jeszcze długo po wyjściu z klubu wibrowała w uszach festiwalowiczów.

Sobota, 3.12.2016r.

Drugi dzień festiwalu rozpoczął się występem trójmiejskiej formacji The Fruitcakes. Do tego koncertu byłam nastawiona nieco negatywnie – w dużej mierze z powodu kilku wyszukanych w sieci archiwalnych, do cna przesyconych słodyczą nagrań. Moje uprzedzenia rozpłynęły się jednak w powietrzu już po kilku pierwszych utworach, a to głównie za sprawą wybijających się na pierwszy plan komplementujących się i harmonizujących ze sobą wokali. Pozytywna, stylizowana na lata 60-te muzyka okazała się być miłym i łatwym w odbiorze przerywnikiem dla zmultiplikowanych efektów, agresywnych gitar i przesterów. Tych ostatnich – jak miało okazać się już wkrótce – na klubowej scenie pojawiło się całkiem sporo, przede wszystkim w postaci londyńskiego duetu MDME SPKR. Pomimo stosunkowo skromnego instrumentarium w formie przesterowanego basu i perkusji, Lau Betti i James Innes tworzą muzykę, która niejednego, odpornego na ostre brzmienia słuchacza potrafiłaby wcisnąć głęboko w ziemię. Z zupełnie innej, delikatniejszej strony zaprezentował się czeski zespół DIV I DED, który wypełnił Salę Suwnicową hipnotyzującą mieszanką shoegaze’u i dream popu. Pewnym mankamentem okazało się być niewystarczające nagłośnienie, w efekcie czego  melancholijny, dodający kompozycjom uroku głos wokalistki gubił się często w gąszczu rozlanych w przestrzeni dźwięków.

Około godziny 23.00 przyszedł czas na główny i najprawdopodobniej najbardziej wyczekiwany punkt festiwalowego programu, czyli na występ Pure Phase Ensemble. Początek koncertu tej efemerycznej, powstałej na potrzeby SpaceFestu grupy zapowiadał się niezwykle obiecująco – było i spokojne, rozwijające się powoli intro, przekształcające się z czasem w głośną ścianę gitar, jak i wieloteksturowe aranżacje, przez które od czasu do czasu przebijał się głos Antona Newcombe’a czy Karola Szwarza. Kiedy emocje na klubowej sali sięgały już zenitu stało się jednak coś, co nie jedną osobę wpędziło w niemałe osłupienie – po zagraniu raptem kilku utworów zespół opuścił scenę. Czy powodem tego były mało inspirujące kilkudniowe warsztaty dla artystów poprzedzające koncert i związany z tym brak materiału, czy też zadziałała inna siła wyższa – nie wiadomo. Faktem jest, iż publiczność jeszcze przez długi czas z nadzieją wpatrywała się w prowadzące na backstage drzwi.

Na kolejny koncert przyszło nam czekać około godziny. Lonker See, któremu przypadł w udziale zaszczyt oficjalnego zamknięcia szóstej edycji SpaceFestu, zaoferował publiczności sporą dawkę jazzowego space-rocka, który z nawiązką wynagrodził trudy czekania i zniwelował lekki niesmak pozostały po koncercie PPE. O ile prywatnie fanką jazzu nie jestem, o tyle kosmiczna muzyka prezentowana przez trójmiejski kwartet – okraszona domieszką takich gatunków, jak ambient czy downtempo – zauroczyła mnie do tego stopnia, iż bardzo chętnie cofnęłabym się w czasie i obejrzała ich występ raz jeszcze.

Tegoroczna edycja SpaceFestu ugruntowuje jego pozycję jako solidnego wydarzenia na festiwalowej mapie kraju, które – choć niszowe – z roku na rok zyskuje coraz większe grono oddanych odbiorców. Unikatowa (jak na festiwal) intymność to nie jedyny atut tego wydarzenia -  sporym plusem jest również zaskakujący line-up, który w większości składał się ze świeżych muzycznych odkryć, które zaintrygowały organizatorów swoim brzmieniem. I chociaż nie obyło się bez małych wtop wiem już, że w przyszłym roku znowu będę wyczekiwać grudnia.

Tekst: Dorota Szubska
Zdjęcia: Paweł Wroniak




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.