21.11.2014 09:00

Autor: Mateusz Grzeszczuk

“Dostaliśmy pigułkę z dawką dla konia” – wywiad z Poprzytula

Kategorie: Czytelnia, POLECAMY, Wywiady

Wykonawcy:


“Dostaliśmy pigułkę z dawką dla konia” – wywiad z Poprzytula

Muzyczne spełnienie snów szesnastolatków.

Mateusz Grzeszczuk: Zapewne otrzymujecie często takie pytanie, ale wiadomo, że po występie w X-Factorze w waszym życiu zmieniło się dosyć sporo. Było to lekkie trzęsienie ziemi pod nogami, czy jednak wywrócenie muzycznego “światka” do góry nogami?

Kuba: Czy zmieniło się dość sporo… Hm… W dalszym ciągu jesteśmy w pewnym miejscu drogi, na której próbujemy dotrzeć z naszą muzyką do ludzi, którzy odczuwają emocje na podobnej płaszczyźnie, co my. Jesteśmy po prostu kilka kroczków dalej, niż przed występem w programie.

Alicja: Nie ma co ukrywać, ucieszył nas odzew publiczności. To mocno motywująca sprawa i na pewno dodało nam to wiary i energii. Medium, z którego skorzystaliśmy, wysłało nasze aranże i muzykę poprzytulną w Polskę. Okazało się, że są tacy, którzy chcą zasysać nasze dźwięki. I super! Ten program można by potraktować jako papierek lakmusowy. Moje osobiste badanie rynku daje bardzo pozytywne wnioski i tego się będę trzymać. Były kontrowersje i dyskusje po naszym odpadnięciu z programu, to świadczy o zaangażowaniu słuchacza. Bardzo mi z tym dobrze. A teraz jesteśmy trochę bardziej rozpoznawani, ludzie zaczęli kopać w sieci w poszukiwaniu naszych dźwięków. Kiedy nasza muza krąży i wraca do nas gdzieś w sieci podana przez znajomego znajomego, który to na fejsie dostał “coś takiego zarąbistego” od kogoś tam, to trudno nie mówić o dumie i radości. Małymi kroczkami, ale w dobrą stronę. Walczymy dalej.

Ten moment, kiedy koniunktura się napędza, muzyka przechodzi początkowo z niszy w coraz większy obieg. Nagle zwiększa się liczba wyświetleń, fanów. Ten czas musi rodzić jakieś podniecenie, nagle dzieje się coś przełomowego. Tak pytając szczerze, jak jest z uwalnianiem z siebie tych emocji, jak sobie człowiek radzi z tym, co przeżywa w trakcie tego “boom”?

Kuba: Z tym rodzajem emocji dość łatwo sobie poradzić (śmiech). Chyba nawet najwięksi artystyczni idealiści potrzebują być docenieni, potrzebują feedbacku, który umocni ich wiarę w samych siebie, który potwierdzi, że tak, że to, co robią jest dobre. My dostaliśmy to na raz w pigułce z dawką dla konia. To było miłe, było wręcz powodem euforycznego uniesienia. Poza tym było to też podsumowaniem bardzo pracowitego okresu, który związany był z udziałem w programie. Sporo pracy, której efekt do czasu emisji programu był bardzo ciężki do przewidzenia. Tym większa więc radość z faktu, że nie przepłynęliśmy przez program niezauważeni. Sporo więc narkotycznej wręcz nakrętki, ale, jak mówiłem na początku, nie mieliśmy raczej problemu z tym, żeby ją uciągnąć. Jeśli chodzi o przełom, to rozumiem go trochę jako spełnienie snu szesnastolatka, w którym ktoś umożliwiłby nam oderwanie się od rzeczywistości i skupienie całej swojej uwagi na pracy twórczej. Program dał nam raczej na kilka kroków siedmiomilowego buta.

Po programie pojawiły się jakieś konkretne propozycje od ludzi, którzy pomogą wam zaistnieć jeszcze bardziej?

Kuba: Tak. Poza propozycjami koncertów, które raz na jakiś czas do nas docierają, pojawiło się kilka nowych możliwości. Nie są to w większości bezpośrednie propozycje współpracy. Bardziej komunikaty o tym, że drzwi, które do czasu programu uważaliśmy za co najwyżej uchylone, są otwarte na nasze dźwięki i naszą obecność.

Chciałbym zapytać o teledysk do “Nibylandii”. Skąd zrodziła się akurat taka koncepcja? Dlaczego zdecydowaliście się na współpracę z Marcinem Pawełczakiem, fotografem, rysownikiem, operatorem?

Pomysł na klip wziął się prosto z tekstu. Chodziło o przedstawienie pewnego rodzaju chaosu i względności pojęć. Trochę buddyjski polot, choć ja sam z buddyzmem nie mam nic wspólnego. Tym tropem dotarliśmy do operowania kształtami wygenerowanymi przez przypadkowe zdarzenia, coś w stylu wróżenia z wosku, gdzie ta sama figura w zależności od fizycznego punktu widzenia i osobowości osoby, która na nią patrzy będzie przedstawiać za każdym razem coś zupełnie innego. Zrodził się więc pomysł wody i mieszania kolorów i zabawy kształtami utworzonymi z tych kolorów. Efekty rozprzestrzeniających się barwników w wodzie są uważane za dość oklepany środek wyrazu w środowisku filmowym, są też proste do osiągnięcia w sztuczny, komputerowy sposób. Nikt z nas nie ma natury dreptacza po utartych ścieżkach, więc pomyślałem sobie, że jedynym sposobem na ocalenie pomysłu przed nami samymi jest nadanie mu tego czegoś, co odciągnie go trochę od wizualnej sztampy. Żeby zwiększyć szanse na powodzenie całej operacji trzeba było zmienić punkt wyjścia. Poszliśmy więc w nieznane. Zbudowaliśmy dość znacznych rozmiarów akwarium z systemem rurek doprowadzających farbki i powietrze. Procesu opisywać nie będę, bo powstałaby niezła książka. Trwał długo i kilkukrotnie trzeba było cofać się o kilka kroków ze względu na nasze luki w szkolnej edukacji. Uczonymi w naukach ścisłych raczej nie jesteśmy, a prawa fizyki to coś, z czym polemizować niestety nie sposób. Najzabawniejsze jest jednak to, że ostatecznie żadnemu z filmowców, którym puszczaliśmy klip nie przyszło do głowy, że efekty mogły zostać uzyskane dzięki budowie fizycznego akwarium. Wszyscy uznali z urzędu, że są to komputerowo wygenerowane obrazki. Pozostaje się tylko uśmiechnąć z siebie (śmiech).

Jeśli chodzi o osobę Marcina Pawełczaka, to zawsze bardzo ceniliśmy sobie współpracę z grupą Holeinmoon, na której czele stoi Marcin. Mają na swoim koncie kilka naprawdę dobrych klipów. Poza tym, pochodzimy z jednego miasta, co bardzo ułatwia wspólne robienie rzeczy.

Ostatni, a zarazem jedyny wasz koncert, na którym mogłem się pojawić, to ten na FAMIE. Wtedy jeszcze pewnie oprawa wizualna u was nie funkcjonowała. Czy myśleliście o wzbogaceniu koncertów właśnie poprzez tego typu zabiegi?

Kilka miesięcy przed FAMĄ uruchomiliśmy poprzytulny skład koncertowy. Zaczęliśmy dość nietypowo, bo materiał naszpikowany różnego rodzaju elektroniką graliśmy w surowych, akustycznych aranżacjach. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Dość długo eksperymentowaliśmy z różnymi sposobami zaaranżowania naszych piosenek tak, żeby oddać jak najwierniej charakter całej płyty, a przy tym dopalić go jeszcze koncertową energią. Ostatecznie zdecydowaliśmy się powiększyć skład o jedną osobę. Dołączył do nas Andrzej Jeżewski, a z nim nowe siły i możliwości aranżacyjne. Od tamtej pory, choć nadal z przyjemnością koncertujemy akustycznie, to jednak tam, gdzie jest taka sposobność, prezentujemy się w elektronicznym wydaniu. Niedługo później, przy okazji jednego z koncertów zdecydowaliśmy się podejść także do tematu wizuali jako wisienki na torcie. Zadanie powierzyliśmy Kubie Kubarze. Do tej pory mieliśmy dwukrotnie okazję zagrać z jego wizualami i jesteśmy bardzo zadowoleni z efektów tej współpracy. Niestety na niewielu scenach klubowych są warunki pozwalające na realizację takiego przedsięwzięcia.

Zapewne trzeba by zapytać Andrzeja o jego emocje i wrażenia, co do dołączenia do składu, ale zapytam ciebie. Jak to jest przyjąć do składu nowego muzyka? Co ważne, składu, który przez długi okres był niezmienny. Przy pewnej “asymilacji” trzeba na coś szczególnego zwracać uwagę?

Jestem bardzo ostrożny w doborze ludzi do współpracy przy projektach muzycznych. Ludzie to kluczowy element i bardzo wiele czynników z nimi związanych może zaważyć na powodzeniu całego przedsięwzięcia. Poza rodzajem wrażliwości i smaku muzycznego bardzo istotne są kwestie czysto personalne. Musi być to po prostu ktoś, z kim łatwo będzie można się dogadać. Jeśli chodzi o Jeża, to trafiliśmy w dziesiątkę. Dość długo zmagaliśmy się ze znalezieniem pomysłu na koncertowe aranżacje piosenek z płyty. Wersja akustyczna działała od początku, a elektrycznej wciąż czegoś brakowało. Tak naprawdę dopiero dzięki Jeżowi się udało. Wniósł swoje pełne zaangażowanie, świeżą energię i brzmienia, które nadały piosenkom charakter, którego wszyscy oczekiwaliśmy.

Za wami także ostatnia próba “udźwiękowiania” wystawy fotografii Ewy Wanat Gałki i Michała Shumi Szumińskiego. Jak wypadł wieczór w Browarze Mieszczańskim, skąd ten pomysł?

Wieczór udał się bardzo. Pomimo jesiennej, ponurej aury, wytworzył się ciepły, kameralny klimat. Co do samego pomysłu, to do udziału w wystawie zaprosiła nas Ewa. My z kolei zaprosiliśmy Ewę chwilę wcześniej do współpracy przy naszej nowej sesji zdjęciowej. Efekty już wkrótce pojawią się w internecie. Zdradzę tylko, że za drugą połowę przedsięwzięcia odpowiada Roksana Robok.

Jakie najbliższe plany przed Poprzytula?

W najbliższych dniach zaczynamy nagrania pewnej piosenki. To niespodzianka, więc trzymam język za zębami. Pracujemy nad materiałem na nasze nowe EP, zbieramy się do produkcji nowych klipów i ogarniamy koncerty. Pracy w bród. Dobrą wiadomością jest też to, że w końcu odwiedzimy Warszawę i 10 stycznia zagramy w Skwerze, więc już teraz zapraszamy. Kolejne daty koncertowe i wszelkie nowości będą pojawiać się na pewno na naszym fanpage’u, więc odsyłamy do internetu.

Dziękuję za rozmowę!

Rozmawiał: Mateusz Grzeszczuk




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.