08.08.2016 15:46

Autor: Katarzyna Borowiec

Dlaczego ja – relacja z Off Festivalu dzień 3

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | | | | | |


Dlaczego ja – relacja z Off Festivalu dzień 3

07.08.2016/Katowice

Na fali nieszczęść.

Tegoroczna edycja przejdzie do historii jako najbardziej pechowa – po wszystkich zmianach w programie i niespodziewanych odwołaniach, po słabym piątku i budującej sobocie, w niedzielę publiczność w Dolinie Trzech Stawów dowiedziała się o chorobie Anohni, czyli z programu wypadł kolejny headliner. Czegoś takiego jeszcze nie było i organizatorom należy się ogromne współczucie, zwłaszcza, że informacja wywołała oczywiście falę hejtu, w znakomitej większości nieuzasadnionego. Głowiłam się mocno – to było całkiem zabawne zajęcie – jaki to spisek mógłby stać za tym, żeby organizator imprezy sam ją sobie psuł, wymyśliłam kilka rzeczy, ale wszystkie o bardzo niskim poziomie realizmu. Więc nadal nie wiem, co miały w głowach osoby sugerujące, że “tylu odwołanych artystów to nie może być przypadek”.

Ponieważ nie należę do grona osób, którym brak jednego koncertu psuje cały dzień, ba, nawet nie należę do tych, którzy jeżdżą na headlinerów, niedziela w moich oczach była całkiem udana. Choć oczywiście cała sytuacja nawet na takich jak ja entuzjastów muzyki, którą niekoniecznie znali wcześniej nie pozostała bez wpływu. Zwyczajnie smutno było patrzeć na garstkę osób oglądających występ Thundercata na głównej scenie, w kulminacyjnym momencie kończącym i wieńczącym festiwal. Ale o końcu na końcu, zacznijmy od początku.

W niedzielę przywitały mnie słodkie dźwięki Kero Kero Bonito – Brytyjczycy udający Japończyków to dosyć zabawny widok. Beach Slang, który w związku z przesunięciem występu Thundercata okazał się jedynym wyborem w kolejnej godzinie, wypadł o wiele mniej radośnie, choć wokalista James Alex dwoił się i troił próbując swoich ulubionych sucharów. Muzycznie przypomniało mi to erę emo – taki ni to Green Day, ni to Panic! At the Disco.

Nie jeżdżę na Offa dla headlinerów, ale oczywiście mam swoje typy i ulubieńców – w tym roku był to duet Lightning Bolt, który szczęśliwie ominęła plaga odwołań (to w sumie zabawne bo tak naprawdę nie odbyło się tylko 5 z zaplanowanych 69 koncertów). Dwóch Brianów to para, której słucham namiętnie w momentach, w których potrzebuję agresywnego, mocnego uderzenia dźwiękowego. I tak było w namiocie eksperymentalnym – przede wszystkim niesamowicie głośno, pełno opętańczych, szalejących rytmów, nieustannej galopady łomotu. Czyli cudownie. Brian Chippendale grzmocił perkusję aż miło, na twarzy mając bardzo sprytny wynalazek – maskę z mikrofonem podłączonym do efektów, dzięki czemu mógł dodawać do kompozycji zniekształcone wokale (na ogół krzyki), Brian Gibson tarmosił bas wyciągając z niego zupełnie nietypowe dla takiej gitary dźwięki. Publiczność tańcowała aż do zgubienia butów. Materiał z “Fantasy Empire” i starszych płyt sprawdził się wyśmienicie, a panowie uraczyli nas jeszcze anegdotą o tym, jak googlali za cichym parkiem do drzemki (spali biedni tylko 3 godziny przed przyjazdem do Katowic) i trafili do Doliny Trzech Stawów, gdzie właśnie hałasowali na próbach artyści z Offa.

Księżyc sprawdziłby się fantastycznie, gdyby przywrócono na Off czwartek jako dzień otwierający i ulokowano ich w jakimś klimatycznym kościele. W namiocie trójkowym ciężko było odnaleźć odpowiednią atmosferę do tej nastrojowej muzyki. Mudhoney grali tak, jakby nadal były lata 90. – pełnia grunge’owej energii, wspaniałe, melancholijne i gitarowo brudne jednocześnie utwory.

Pantha du Prince zaprezentował kolejny piękny projekt – “The Triad” wraz ze Scottem Mou (kolega Noaha Lennoxa z Animal Collective, razem grają w Jane) oraz Bendikiem Hovikiem Kjeldsbergiem na perkusji. Występ robił niesamowite wrażenie, zwłaszcza, kiedy się pomyślało o aerobiku, jaki na tej samej scenie (Electronic Beats) zafundowali nam GusGus dzień wcześniej. Tutaj rytm płynął, unosił w niebo, uśmiechał się kokieteryjnie i nie pozwalał złapać. Scott okraszał kompozycje śpiewem, Pantha dorzucał migotliwie plumkania przypominające utwory z poprzedniego projektu pełnego dzwonków. Magia.

Nie mniej czarująco było podczas występu Williama Basinskiego na scenie eksperymentalnej. Artysta zamroczył nas monotonnym, dronowym dudnieniem, w które wplatały się dyskretne, lekko jazzujące dźwięki. Roztaczał pod powiekami nieziemskie krajobrazy, wciągając głębiej i głębiej w pulsujący rytm. Set był krótki i pozornie monotonny (jak na twórczość Basinskiego to naprawdę tryskający życiem i bardzo urozmaicony), ale bardzo intensywny i mocno hipnotyzujący.

Tymczasem na leśnej szaleli Kiasmos, czyli ulubieniec polskiej publiczności, Olafur Arnalds, z kolegą. Panowie dali czadu – przywieźli ze sobą spektakularne światła i lasery, a przede wszystkim mnóstwo kosmicznych dźwięków. Z laptopów lały się wibrujące basy, energiczne beaty, międzygwiezdne nuty. Otwierało się niebo. Było bardziej widowiskowo i popisowo niż  podczas zeszłorocznego występu na festiwalu Tauron Nowa Muzyka.

Na koniec w trójkowym namiocie rozszaleli się Flatbush Zombies - bardzo wesoła ekipa z USA, rapująca do podkładów niezwykle ciekawego producenta Mike Will Made It. Wprawdzie zaczęli od pokazania faka publiczności, ale umykało to na tle ich przezabawnych wygibasów i tańców. Świetnie poradzili sobie z rozruszaniem katowickiej publiczności, zabawiając klasyczną hiphopową wodzirejką (a teraz machamy łapami w prawo). Na scenie głównej cuda z basem wyprawiał Thundercat, ale niewielu zostało, by go posłuchać, a przynajmniej nie tylu, ilu dawniej bywało na kończącym Off Festival występie.

Cóż, owszem, zmiany w programie mogły być wyświetlane na telebimach, żeby wszystko było jasne, choć pewnie nie zmniejszyłoby to hejtu. Bałagan w postaci śmieci wszędzie był nadal (choć ja uważam, że było czyściutko – zawsze jest, gdy porównuje się stan trawnika do brodzenia w morzu plastikowych kubków podczas takiej Primavery), mimo plastikowych kubków za kaucją. I jest także trochę prawdy w głosach narzekających na zwiększenie liczby koncertów elektronicznych – T-mobile ma taki sam kolorek jak Tauron i dawniej na Offie elektronika była raczej na koniec każdego dnia. Mi osobiście taka jej ilość, jak w tym roku, nie przeszkadza, ale wolałabym więcej interesujących projektów jak Pantha czy nawet Kiasmos, zamiast DJów polecanych przez Resident Advisor, którzy rzeczywiście lepiej pasują do Nowej Muzyki.

To jak, widzimy się za rok? Trudno, żeby było gorzej, więc powinno być całkiem super.

Katarzyna Borowiec
fot. Anna Lenarcik




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.